Znad morza wróciliśmy w poniedziałek w nocy. Nie mieliśmy ochoty po raz drugi przeżywać męczarni związanej z przemieszczaniem się samochodem w 40 stopniowym upale. Dlatego pole namiotowe w Chałupach opuściliśmy dopiero koło 20.00. Potem zaliczyliśmy jeszcze szybką przerwę na gofry, najlepsze na Helu!!! Ja pochłonęłam jednego z dżemem truskawkowym, Karola z cukrem pudrem, a Maćko na bogato z bitą śmietaną, jagodami, malinami i truskawkami. Po słodkiej kolacji podróż do Warszawy nie wyglądała już tak strasznie :).
W stolicy wytrzymaliśmy zaledwie 4 dni… Już w czwartek zaczęłam nerwowo przeglądać oferty w internecie :). To już chyba rodzaj choroby :). Weszłam na moją ulubioną stronę pewnego biura podróży i zaczęłam przeglądać zdjęcia z różnych zakątków świata. Niestety wycieczki zagraniczne na razie nie są nam pisane, bo najmłodsza latorośl jeszcze nie doczekała się paszportu.
Część naszych znajomych wybierała się na weekend do Lublina, żeby popływać na wake’u. Stało się to dobrym pretekstem by przy okazji odwiedzić ponownie Kazimierz. Zadzwoniłam do Alinki i szybko usataliłyśmy szczegóły wyjazdu. W piątek wieczorem mieliśmy pojechać do Lublina, przespać się na polu namiotowym koło zalewu Zembrzyńskiego, a następnego dnia rano pływać cały dzień na wake,u. W rezultacie plany nieco uległy zmianie ponieważ w piątek wieczorem nikomu z nas nie chciało się jechać w nocy do Lublina, woleliśmy wstać wcześnie rano w sobotę i pojechać prosto na wyciąg.
Nad zalew dotarliśmy parę minut po 10.00, dzięki temu mogliśmy zacząć pływanie zaraz po uruchomieniu wyciągu. Ostatni raz w Lublinie byliśmy 2 lata temu. Wówczas udało mi się kilka razy wystartować z pomostu i przepłynąć… maksymalnie pół okrążenia…:).
Po tak długiej przerwie zaczynałam prawie od zera. Poza tym próbowałam na nowej desce, którą kupiliśmy w zeszłym roku. Jest śliczna, ale musiałam się sporo nawyginać żeby w ogóle coś zaczęło mi wychodzić. Pierwsze próby nie były przyjemne, bo w stopę wbił mi się kawałek szkła. Po szybkiej interwencji domorosłych chirurgów :) mogłam z powrotem kontynuować próby wystartowania z pomostu. Ponad 2 godziny później nie byłam nawet odrobinę bliżej sukcesu. W końcu pomógł mi pewien przystojny mężczyzna, który lekko podtrzymał deskę w wodzie, udzielił kilku złotych wskazówek oraz życzył przyjemnej jazdy i… udało się!!! Popłynęłam!!! Nie wiem, czy to zasługa przystojniaka, czy mojej desperacji, ale płynęłam!!! Deska pruła jak szalona. Tak przynajmniej mi się wydawało. Okazało się, że jechałam z prędkością… ok. 30 km/h. Minęłam pierwszy zakręt, za momenet drugi , choć ten przypominał bardziej desperacką walkę o utrzymanie się na powierzchni niż kontrolowane wejście w skręt. Przy trzecim zakręcie, byłam już taka szczęśliwa i dumna z siebie, że minęłam bojki nie z tej strony co trzeba i zaliczyłam supermena
( czyli po mega mocnym szarpnięciu do przodu przez wyciąg wylądowałam twarzą w wodzie :)
Choć był to pierwszy udany start postanowiłam moje zmagania z materią na tym zakończyć i w ten sposób pozostawić po sobie miłe wrażenie.
Ala i Maciek też nie mieli ochoty dłużej pływać dlatego postanowiliśmy przenieść się do Kazimierza, gdzie wcześniej zarezerwowałam nocleg w ” Czterech pokojach”. Tym razem dostaliśmy pokój pomarańczowy, który był większy od orientalnego, ale nie miał dodatkowego wyjścia na taras z basenem. Dlatego, nie chcąc obchodzić domu dookoła, musieliśmy na taras… wyskakiwać przez okno:) Co dość szybko przestało nam zupełnie przeszkadzać. Po szybkiej kapieli w basenie poszliśmy na obiad do” Zielonej Tawerny”. W Kazimierzu odbywał się Festiwal Muzyki Klezmerskiej, więc podczas naszych spacerów po rynku i okolicach cały czas dobiegały nas dźwięki granej na żywo muzyki. Czułam się jak w typowym małym śródziemnomorskim miasteczku. Gorące powietrze przemieszane z zapachem jedzenia dochodzącego z różnych restauracji, ludzie siedzący na ziemi zasłuchani koncertem, roześmiane dzieci biegające z roztopinonymi z upału lodami i my. Spaleni słońcem i wiecznie głodni :) W drodze na kolację również skusiliśmy się na lody, co spowodowało, że po dotarciu do celu wcale nie byliśmy pewni czy na kolację mamy jeszcze ochotę i miejsce. Zatrzymaliśmy się w Vincencie, ślicznej restauracji urządzonej w francuskim klimacie. Miękkie poduchy, jasne kolory, świece, nastrojowa muzyka i bardzo bogata karta win. Hmm karmienie piersią czasami jest uciążliwe :) Pozostała mi herbatka owocowa oraz ciasto z porzeczkami.
Kolejny dzień spędziliśmy praktycznie całkowicie w basenie. To była prawdziwa leniwa niedziela, po której w poniedziałek musieliśmy znowu wrócić do Warszawy. Całe szczęście nie na długo :) .
22 lipca 2010
Na powrót Maćka chyba najbardziej niecierpliwie czekała Karolina. Bardzo stęskniła się za tatą i nie mogła się doczekać obiecanych prezentów. Już od rana pytała kiedy Maciek przyjedzie, ale na moją propozycję wspólnego odebrania taty z lotniska odpowiedziała, że woli na niego zaczekać w domu. Dlatego wieczorem odciągnęłam pełną butelkę mleka dla Jagody i zostawiłam ją razem z Karoliną pod opieką dziadków. Tuż przed 20.00 pojechałam na lotnisko…
Maciek z Alą wracali z Delhi przez Kijów. Wylądowali w Warszawie przed czasem, więc mało brakowało, żebym się po nich spóźniła. Wyglądali jak dwa nieszczęścia:). W wymiętych ubraniach, obładowani pakunkami, z niewyspanymi twarzami. Aż mi ich było szkoda. Od razu zaczęli opowiadać o wyjeździe, ale szybko doszli do wniosku, że informacji jest zbyt wiele, a oni są bardzo zmęczeni. Na relację z podróży mieliśmy umówić się następnego dnia, ale…
Tuż przed odebraniem Maćka z lotniska dostałam telefon z bardzo kuszącą propozycją. Moja znajoma Agnieszka zaproponowała mi wyjazd na kilka dni nad morze na zawody Ford Kite Cup do Łeby. Problem polegał na tym , że mój mąż wracał do Warszawy we wtorek późnym wieczorem, a do Łeby mieliśmy przyjechać w czwartek… Więc mieliśmy jeden dzień na ogarnięcie wszystkich spraw. Oczywiście Maciek na moje pytanie, czy ma ochotę pojechać po tak atrakcyjnym wyjeździe na kilka dni nad polskie morze, odpowiedział:” Jasne, że tak!!!” Jeszcze nie zdążył wrócić na dobre do domu, a już czekało nas kolejne pakowanie walizek. Ale zanim to nastąpiło nadszedł długo wyczekiwany moment. Prezenty z Indii i Tajlandii, bo tam również Maciek poleciał z Alą na kilka dni. Zostałyśmy wprost zasypane upominkami. Nie bardzo wiedziałam od czego mam zacząć oglądanie, bo wyrosła przede mną góra ubrań i dodatków. Trudno mi było uwierzyć, że Maciek uniknął płacenia za nadbagaż, bo wszystkie rzeczy ważyły łącznie ładnych ” parę” kilogramów.
Dosatłyśmy piękne sukienki, buty, okulary, torebki i bardzo oryginalną, składającą się z drobnych kamyczków, cekinów i paciorków biżuterię. Przymierzanie wszystkiego zakończyłyśmy tuż przed północą.
Kolejny dzień minął nam ekspresowo, bo pod nieobecność Maćka narobiło się trochę zaległości, a jak już wspomniałam mieliśmy tylko jeden dzień na pozamykanie wszystkiego oraz spakowanie. Ta czynność poszła nam jednak zadziwiająco szybko. Do walizki wrzuciliśmy pare niezbędnych rzeczy wychodząc ze słusznego założenia, że i tak większość czasu będziemy spędzać na plaży.
W czwartek udało nam się wyjechać z Warszawy już o 7.30 rano!! Droga nie była zbyt przyjemna. Wszechogarniający upał dawał się nieźle we znaki zwłaszcza podczas stania w korkach. Przyzwoitej drogi z Warszawy nad morze jeszcze długo się nie doczekamy. Niby jakieś prace cały czas trwają, ale ich tempo jest nieprzyzwoicie powolne…
Po drodze do Łeby nie mogliśmy sobie odmówić pewnej przyjemności. Specjalnie zboczyliśmy nieco z trasy, żeby przejechać przez miejscowość Sasino, w której… No właśnie…
W Sasinie poza kilkoma domkami do wynajęcia, piękną plażą, jednym sklepem oraz ładnymi krajobrazami właściwie nic nie ma, ale ktoś sprytny parę ładnych lat temu wpadł na pomysł żeby właśnie tam otworzyć przeuroczą knajpkę o nazwie “Ewa zaprasza”. I w związku z tym Sasino stało się dla mnie obowiązkowym punktem każdej wycieczki w olkolice Łeby i nie tylko, bo nawet wybierając się na Hel zbaczamy z trasy , by u Ewy zjeść pyszny obiad. Dań w karcie zatrzęsienie, ja oczywiście polecam te wegetariańskie. Spróbowałam wszystkie i sama już nie wiem co smakuje lepiej czy szparagi w kremowym sosie, czy zapiekanka ziemniaczana, czy ” wegetariańskie co nieco”, w którego skład wchodzi m.in. panierowany ser. Jedno jest pewne. Obiad w Sasinie dostarcza niezapomnianych wrażeń zarówno smakowych jak i… wizualnych, bo przy ładnej pogodzie posiłek możemy zjeść w ogrodzie, a skutki przejedzenia odreagować podczas krótkiej drzemki w kolorowym hamaku. Dolce vita po polsku…
Kolejne dni nad morzem mijały nam w zastraszająco szybkim tempie. Dzięki wyjątkowej uprzejmości Jagody, która zaraz po dojściu na plażę zasypiała od szumu fal, mieliśmy dużo czasu na szaleństwa w wodzie ( w bardzo ciepłym Bałtyku), wygrzewanie na słonku oraz na pływanie na skuterach wodnych. Na naukę kitesurfingu niestety nie było wystarczająco dobrych warunków, musiało nam wystarczyć kibicowanie zawodowcom.
Po zakończonych zawodach Ford Kite Cup przenieśliśmy się na kolejne 2 dni do Chałup, bo tam czekało na nas kilkoro znajomych z dziećmi. Spanie na campingu z Jagodą przypomniało mi nasze pierwsze wakacje pod namiotem z niespełna roczną Karoliną. Ponieważ Jagoda ma 2 miesiące wybraliśmy opcję :domek kempingowy, ale i tak uważam to za duży wyczyn. Jagodzianka z pewnością była najmłodszym gościem pola namiotowego w Chałupach :).
15 lipca 2010
W Kazimierzu pewnie zostałybyśmy jeszcze dłużej gdyby nie kolejna impreza urodzinowa ;).
Tym razem mieliśmy świętować 3 urodziny Nelly, córeczki naszych przyjaciół z Milanówka.
Ponieważ pogoda była rewelacyjna, impreza miała odbyć się w ogrodzie.
Garden party wypadło znakomicie. Jak zwykle była masa pysznego jedzenia: makarony, duszone warzywa, sałatki, koktajle oraz… domowe ciasta… Placek z porzeczkami zniknął w oka mgnieniu, a jego autorka- Mariolka stała się prawdziwą gwiazdą wieczoru :). Dzieciaki biegały szczęśliwe po ogródku, dorośli rozpieszczali swoje kubki smakowe, a solenizantka z zapałem odpakowywała kolejne prezenty. Aż przykro było stamtąd wyjeżdżać. Jednak zaplanowana na kolejny dzień wycieczka zmusiła nas do opuszczenia przyjęcia.
Następnego dnia musiałyśmy wcześnie wstać, bo czekała nas przejażdżka … piaseczyńską kolejką wąskotorową. Żeby zorganizować dzieciakom taką atrakcję najlepiej kilka dni wcześniej na stronie internetowej zarezerwować sobie miejsca, a następnie albo zapłacić za nie przelewem, albo w dniu wycieczki pojawić się na stacji minimum pół godziny wcześniej. Jeżeli się spóźnimy, a bilety nie będą opłacone, wówczas rezerwacja przepada. Dlatego zapobiegawczo na miejscu pojawiłyśmy się już kilka minut po 10.00. Kolejka miała odjechać o 11.00. Na przejażdżkę umówiłam się z moją mamą i Gosią, która przyjechała ze swoją malutką córeczką Wiktorią i synkiem Oskarem. Do kolejki jest doczepiony specjalny dodatkowy ” wagon towarowy”, w którym można przewozić m.in. wózki dziecięce. Tabor jest więc perfekcyjnie przygotowana do transportu nawet najmłodszych pasażerów. Wycieczka kolejką w jedną stronę trwa ok. 30 minut. Wagoniki zatrzymują się przy zarośniętej brzózkami polance, na której podróżujący mogą zorganizować sobie piknik. My zabrałyśmy ze sobą owoce, chrupiące bułeczki, rozmaite sery oraz słodkie przekąski.
Dodatkową atrakcją była możliwość przejechania się drezyną elektryczną lub napędzaną siłą mięśni.
Karola z Oskarem wybrałą tę piewszą możliwość, ponieważ elektryczna… rozwijała większą prędkość :). Starsze dzieci pojechały razem z moją mamą i Gosią. Ja pilnowałam Jagódki i Wiktorii.
Po prawie trzech godzinach wypoczywania na polanie przyszedł czas na wyruszenie w drogę powrotną. Trasa kolejki nie jest może specjalnie długa, ale dzieci chyba i tak nie byłyby w stanie wytrzymać w niej dłużej. Do Piaseczna dojechaliśmy koło godziny 16.00.
Ostatnia rzeczą na jaką Karola miałą ochotę był powrót do domu, dlatego prosto ze stacji pojechałyśmy na działkę mojej mamy, która znajduje się w malutkiej miejscowości- Gołków obok Piaseczna. Tam spotkałyśmy moich dziadków, którzy pierwszy raz mogli zobaczyć na własne oczy Jagódkę:). Byli zachwyceni, a babcia nie mogła się na nią napatrzeć. Chyba najbardziej nie mogła uwierzyć w to, że ma już dwie prawnuczki !!!
Niestety w tym roku chyba nie doczekamy się na działce zbyt obfitych plonów. Początkowe powodzie i późniejsze upały spowodowały, że udało mi się znaleźć dosłownie kilka poziomek, malin i parę główek raczej mizernie wyglądającej sałaty… Nie ma porównania z zeszłym rokiem, kiedy udało się wyhodować m.in. pyszne pomidory, fasolkę szparagową, cukinię, ogórki i dynie. Dlatego do domu musiałyśmy wrócić niestety z pustymi rękami :(.
W poniedziałek z samego rana czekała nas wizyta w przychodni. Jagoda miała kontrolę stawów biodrowych. Całe badanie zniosła bardzo dzielnie pokazując pani doktor swoje najlepsze profile. Uśmiechała się do niej praktycznie przez cały czas. Po wizycie wróciłyśmy do domu na szybkie śniadanie ( podczas nieobecności Maćka doszłam do perfekcji w ich przygotowywaniu:), a po nim do dentysty. Tym razem Karola sprawowała się bardzo dzielnie, choć nie mogłam jej towarzyszyć. Z gabinetu wyszła jak zwykle z przyklejoną do sukienki naklejką z napisem ” Dzielny pacjent”:). Zasłużyła na nią, bo choć dziura w zębie była dość głęboka moja mróweczka nawet nie pisnęła. Ja u dentysty zawsze panikuje i proszę o znieczulenie nawet przy najdrobniejszym borowaniu :).
W nagrodę za taką wzorową postawę dziadek zabrał ją do zoo, co szczerze mówiąc było mi bardzo na rękę, bo od dłuższego czasu jakoś nie mogłam się do niego wybrać. Po powrocie Karolina z wypiekami na twarzy opowiadała mi o malutkim ptaszku, który siedział na jej ręce i delikatnie dziobał paluszki:).
Ponieważ Maciek przyjeżdżał następnego dnia chciałam zrobić mu niespodziankę i trochę “odświeżyć” nasz pokój. Dlatego razem z rodzicami Maćka pojechaliśmy do Ikea. Oni szukali prezentu urodzinowego dla Karoliny, a ja przytulnych dodatków. Ze sklepu wyjechałam z nową narzutą, poduszkami, dywanikiem, świecami oraz… suszarką na bieliznę ;) . Teraz już wszystko było gotowe na powrót Maćka…
7 lipca 2010
Chociaż czas leci jak szalony zaczynamy już trochę tęsknić za Maćkiem. Codziennie dostajemy smsy z informacją, gdzie są, jak im się podoba i co już udało im się zobaczyć. Nasza warszawska rzeczywistość pomimo przepięknej pogody nie wygląda aż tak zachwycająco. Karola coraz częściej pyta, kiedy tata wróci, a na moje odpowiedzi, że już za parę dni z wielką walizką prezentów, mówi przez łzy, że woli samego tatę jak najszybciej, bo prezenty nie są jej potrzebne… Z jednej strony to bardzo miłe, że dziecko jest tak przywiązane do ojca, ale z drugiej… serce mi pęka jak na nią patrzę.
Ponieważ chciałabym, żeby cierpiała z powodu jego braku jak najmniej, zaczynam wymyślać różne atrakcje, które trochę odciągną jej uwagę od tego przykrego dla niej tematu. Chodzimy do bemowskiej kawiarni Konrada, gdzie Karola zamawia szarlotkę. Po odwiedzinach z kawiarni przechodzimy na plac zabaw przy ul. Obrońców Tobruku. To chyba największy tego typu obiekt w Polsce. Na ogromnym terenie wydzielonym specjalnie dla dzieci z zabytkowych Fortów Bema, znajduje się wszystko, o czym dzieci mogą zamarzyć: huśtawki, liny do zdjeżdzania, rury, drewniane fortyfikacje, ściany do wspinaczki, sznurkowe pająki, metalowe koparki, zjeżdzalnie i wiele innych zabawek. Wszystko podzielone na kategorie wiekowe. Przy samym wejściu na plac zabaw najlepiej od razu zdjąć buty, bo cały teren wysypany jest drobniutkim piaskiem. Latem ten patent jest bardzo wygodny, ale podczas jesiennej pluchy praktycznie uniemożliwia korzystanie z placu. Zmęczone szaloną zabawą dzieci mogą napić się i przekąsić co nieco w znajdującej się tuż obok drewnianej budce, wypocząć na wystawionych do dyspozycji klientów leżakach lub udać się na spacer wzdłuż fosy, która przebiega dookoła fortów.
Samą fosą można się z kolei przepłynąć wypożyczając na miejscu jeden z bezpłatnych rowerów wodnych. Krótko mówiąc park jest doskonałym miejscem na spędzenie z dzieckiem przynajmniej kilku dni podczas wakacji w Warszawie. Nam udaje się spotkać tam kilkoro dzieci z przedszkola.
Ponieważ Karola uwielbia zwierzęta chcę zabrać ją do zoo. Była w nim tylko raz w życiu jako bardzo malutka dziewczynka, a o kolejną wizytę domaga się od conajmniej pół roku. Niestety z wycieczki do zoo nic nam nie wychodzi, bo za dużo czasu zajmuje mi… załatwienie noclegów w Kazimierzu.
Cóż, już tak to ze mną jest. Nie mogę zbyt długo siedzieć w jednym miejscu, bo zaczyna mnie nosić. Pomimo niezaprzeczalnych uroków Bemowa i okolic pomyślałam sobie, że warto byłoby zaryzykować i pojechać z dziewczynkami gdzieś dalej. Trasę na działkę Jagoda znosi bardzo dobrze, więc zaczynam szukać ciekawych miejscowości w promieniu 100 km od Warszawy. I tak pada na Kazimierz. Jest odrobinę dalej, ale przecież możemy po drodze zrobić sobie mały przystanek np. na karmienie.
W ten oto sposób w środę o 8.00 rano ( punktualnie!!!:) wyjeżdżamy na naszą pierwszą, w pełni samodzielną wycieczkę. Jedziemy przez Wawer trasą 801, którą polecam osobom wytrwałym. Tym, którym nie przeszkadzają gigantyczne ilości dziur, fragmenty z betonowych płyt oraz miejscami ograniczenia prędkości nawet do 30km/h. Niewątpliwym plusem drogi są przepiękne widoki, ale nie każdemu to wystarcza. Z krótkim przystankiem w Puławach do Kazimierza docieramy parę minut po 11.
Chociaż to początek wakacji udało mi się wynająć apartament zaraz przy kazimierskim rynku. Mamy śliczny pokój na parterze przytulnego domku. Miejsce znajduje się na ul. Sadowej 4 i nosi nazwę „Cztery pokoje”, ponieważ tyle pokoi można tutaj wynająć. Nasz jest wyjątkowy bo drzwi z łazienki prowadzą na taras, którego centralną cześć zajmuje… mały basen. Na jego widok Karola szaleje ze szczęścia. Polecam to miejsce i na wyjazd z dzieckiem ( w pokojach znajdują się aneksy kuchenne, niestety brak lodówek ) i na romantyczny weekend we dwoje :) . Z pewnością wrócę tutaj z Maćkiem :). W pobliżu znajduje się kilka restauracji, między innymi Zielona Tawerna, w której pochłaniam bardzo smaczne tagiatelle z gorgonzolą i szpinakiem. A dokładnie naprzeciwko naszego domu mieści się świetna lodziarnia. Okazało się to dla mnie przekleństwem, bo lody jem kilka razy dziennie :). Szczególnie polecam śmietankowe, są pyszne!!
Drugiego dnia do Kazimierza dojeżdża moja mama, która widząc basen reaguje podobnie do Karoliny :). I chociaż panie potrafią w wodzie spędzić kilka ładnych godzin zostaje nam, całe szczęście, wystarczająco dużo czasu na długie spacery oraz przesiadywanie w miejscowych knajpkach. Kazimierz czaruje nas tak bardzo, że w rezultacie, obładowane kogutami, kulebiakami i cebularzami, wracamy do Warszawy dzień później niż planowałyśmy. I tak sezon wakacyjny został oficjalnie rozpoczęty!
29 czerwca 2010
Niedziela minęła w sekundę, a od następnego dnia miałam zostać zupełnie sama.
Maciek wylatywał dopiero o 11.05 więc to ja pierwsza wyszłam z domu. Karolę zawiozłam do przedszkola, a Jagoda po wyjściu Maćka miała zostać z moją mamą.
To miało być moje pierwsze po porodzie gotowanie w Dzień Dobry TVN. Przygotowałam kuchnię kwiatową. Dzień wcześniej pojechałam do rodziny Maćka pod Warszawę, żeby kupić kwiaty cukinii, brokuły chińskie, sałaty i inne potrzebne rzeczy. Gospodarstwo rolne Ludwika Majlerta wygląda trochę jak te znajdujące się we Włoszech. Pobielone ściany z cegieł, wielkie zdjęcia w sepii przedstawiające przodków rodziny i pięknie prezentujące się dorodne warzywa… Nie wiedziałam, co wybrać. Wszystko wyglądało tak smakowicie.
Kwiaty cukinii z nadzieniem serowo-miętowym wyszły wyśmienicie, sałatka z kwiatów bratka, nasturcji i ogórecznika też była bardzo dobra, ale cieżko było przekonać kogokolwiek do jej spróbowania :). Na deser usmażyłam kwiaty czarnego bzu. Przyprószone mgiełką z cukru pudru, zamoczone w sosie z dzikiej róży rozpływały się w ustach.
Po programie spotkałam się z Gosią w kawiarni Słodki-Słony. Po raz pierwszy mogłam zobaczyć jej córeczkę. Jest prześliczna!
Potem czekała mnie jeszcze wycieczka do Karoliny szkoły, w której musiałyśmy kupić podręczniki, następnie zajęcia z tańca ( w rezultacie poszła na nie z babcią , a ja zostałam z Jagódką) i w końcu mogłam zacząć szykować się do wieczornego wyjścia :) Założyłam „małą czarną” wyszywaną cekinami i pojechałam do mojej znajomej-Eryki, która robi przepiękne makijaże. Tego wieczoru miał mi towarzyszyć mój mąż, ale ponieważ wyjechał… z opresji wyratował mnie mój wieloletni przyjaciel Marcin ( a właściwie jego żona, która wyraziła zgodę na nasze wyjście :)).
Udaliśmy się razem na imprezę Samochód Playboy’a. Było bardzo przyjemnie choć dość chłodno. Po 23 postanowiłam się zmyć, mój partner został, pod troskliwą opieką… znajomych Maćka. Z telefonu, który wykonał do mnie następnego dnia wywnioskowałam, że bawił się wyśmienicie- musiał wziąć w pracy urlop na żądanie…
Następnego dnia obudziłam się wtulona w moje dwa skarby. Niestety sielanka nie trwała zbyt długo. Musiałam wyjść na nagranie nowego teleturnieju kulinarnego, którego byłam gościem. Jagódka została pod opieką dziadka, który spisał się rewelacyjnie, a Karolę po drodze odwiozłam do przedszkola. W programie wystąpiłam razem z Jolą Słomą, Mirkiem Trymbulakiem i Michałem Pirógiem. Było dość śmiesznie ( program będzie na antenie KuchniaTV od września), ale nie zabrakło paru niespodzianek, co spowodowało, że z ledwością zdążyłam odebrać Karolcię z przedszkola.
Kolejnego dnia chciałam jej zrobić przyjemność i upiekłam do przedszkola placek z truskawkami. Wyglądał tak apetycznie, że ciężko było mi się powstrzymać, żeby go nie spróbować. Jakoś udało się :) go ocalić.
Piątek był ostatnim dniem w przedszkolu. Trudno mi uwierzyć, że od września już do niego nie przyjedziemy. Zabrałam wszystkie rzeczy Karoli i z trudem pożegnałam się ze wszystkimi przedszkolankami. Okazało się, że moja córeczka również ma świadomość końca pewnego okresu w jej życiu, bo po wyjściu… aż się popłakała.
Tuż przed weekendem było paskudnie, dlatego nie planowałam niczego specjalnego. Sobota przywitała nas bezchmurnym niebem. To wystarczyło żebym tuż po śniadaniu była z Karolą, Jagodą i moją mamą w drodze na działkę. Po obiedzie dojechał mój brat ze swoją dziewczyną . Tak spędziliśmy uroczy rodzinny weekend. Ponieważ Jagoda praktycznie po każdym karmieniu natychmiast zapadała w sen miałam dużo czasu dla Karoliny. Udało nam się nawet dwa razy pojechać na wycieczkę rowerową. Mrówka pedałowała tak szybko, że z trudem mogłam ją dogonić.
Okolice działki to typowo wioskowe klimaty: drewniane domki, pasące się krowy, bociany, pola, lasy oraz łąki z ogromnym bogactwem najróżniejszych kwiatów i ziół. Z nich powstają najpiękniejsze bukiety. Przygotowałyśmy jeden dla mojej mamy. Wyglądał imponująco.
W niedzielę wybraliśmy się na wycieczkę do Różana. To najbliższa, „większa” miejscowość w okolicy. W Różanie zrobiliśmy małe zakupy i udaliśmy się na długi spacer. Po powrocie przygotowaliśmy smakowity obiad zwieńczony wysokokalorycznym :) deserem, a po nim musieliśmy się zbierać do Warszawy :(
22 czerwca 2010
Impreza urodzinowa Ali, mojej przyjaciółki była zaplanowana na piątek, ale urodziny wypadały w środę. Wiedziałam , że będzie w tym dniu bardzo zapracowana i raczej nie znajdzie czasu, żeby się ze mną spotkać, więc wysłałam jej kurierem bukiet kwiatów. Dominowały w nim peonie i malutkie goździki, wszystko w kolorach cukierkowego różu- słodziak :). Do kwiatów dołączyłam malutki bilecik z dowcipnymi życzeniami. Na reakcję adresatki musiałam poczekać kilka godzin.
W rozmowie telefonicznej przyznała, że to najmilsza rzecz jaka ją w tym dniu spotkała… i zaproponowała, że wpadnie do mnie wieczorem. Ze spotkania nic nie wyszło, ponieważ Bemowo zostało oblężone przez fanów zespołu Metallica i nie było sposobu by do nas dojechać.
Na czwartek umówiłam się z Gosią, moją koleżanką, którą poznałam podczas realizacji zdjęć do książki poświęconej jodze dla kobiet w ciąży. Gosia była autorką fotografii, polubiłyśmy się na tyle mocno, że w dalszym ciągu udaje nam się kontynuować znajomość :). Gosia kilka dni przede mną również urodziła śliczną córeczkę Wiktorię. Spotkałyśmy się w Promenadzie na otwarciu stoiska z kosmetykami marki Make Up Store. Najbardziej spodobał mi się lakier do paznokci w kolorze miętowym. Mam zamiar go jak najszybciej wypróbować . Niestety z Gosią nie udało mi się zbyt długo porozmawiać, ponieważ miała pilne wezwanie do domu… Malutka nie chciała jeść mleka z butelki, więc mama musiała szybko wracać na karmienie:(. Jagoda wykazała się po raz kolejny ogromną wyrozumiałością, bo została grzecznie z Maćkiem :) .
W piątek w Karoliny przedszkolu odbyło się uroczyste pożegnanie dzieci, które odchodzą do szkoły. Karolcia niestety znalazła się w ich gronie. Nie mogę uwierzyć, że od września moja malutka córeczka nie będzie już przedszkolakiem tylko uczennicą pierwszej klasy szkoły podstawowej!!! To jakiś żart, przed chwilą była taka jak Jagoda. Teraz zna odpowiedź na chyba każde pytanie, stroi się przed lustrem, ma miliony pomysłów na sekundę. Aż się boję, że nie wysiedzi tylu godzin w ławce. Całe szczęście zmienił się program nauczania, więc jest szansa, że będzie miała czas, żeby się wyszaleć :). Na uroczystości panie przedszkolanki prezentowały dokonania każdego z dzieci. Karola przez 3 lata uczęszczania do przedszkola zebrała dwie ogromne teczki rysunków, samodzielnie wykonała kilka robótek ręcznych, zrobiła drewniany miecz, łuki, szmacianą laleczkę, filcowe piłki… Wszystko śliczne, kolorowe i super precyzyjne !!! Byłam w szoku… Dodatkową atrakcją był krótki występ przygotowany przez dzieci oraz poczęstunek. Moją drugą córeczkę z pewnością zapiszę do tego samego przedszkola :). Po zakończeniu uroczystości nie chciało nam się wracać do domu, więc zrobiliśmy sobie małą przyjemność i na obiad pojechaliśmy do Mielżyńskiego na ul. Burakowskiej. Na wino wybierzemy się tu najwcześniej za rok :) gdy przestanę karmić.
A wieczorem pojechaliśmy świętować 32 urodziny Aliny! Jagodę zostawiliśmy z moją mamą, a Karolinę zabraliśmy ze sobą. Wiedzieliśmy, że inni znajomi też planują przyjechać z dziećmi. Impreza odbyła się w kawiarni Konrada, brata Ali. Choć raz to my mieliśmy najbliżej, bo tak jak wcześniej wspominałam Forty Cafe mieszczą się na warszawskim Bemowie. Ala wyglądała jak zwykle zjawiskowo… Nie zostaliśmy długo. Wróciliśmy do domu przed 24:00, żeby niepotrzebnie nie stresować mojej mamy :).
Przez weekend musiałam wymyślić menu do poniedziałkowego Dzień Dobry TVN. Tym razem to ja miałam gotować, bo Maciek o godzinie 11.00 miał być już w … samolocie do Kijowa skąd dalej wybierał się do Delhi w Indiach. Pomysł z wyjazdem narodził się niespełna 2 tygodnie wcześniej. Miała wyjechać spora grupa znajomych, z których po wykruszeniu pozostał Maciek, Ala i Kamala, nasza znajoma, która Indie zna jak własną kieszeń. Była tam już ponad 30 razy!
I zaczęło się nerwowe poszukiwanie biletów, załatwianie wizy i masa innych drobiazgów. Dlatego ten weekend był mega zwariowany. Ja myślałam o poniedziałkowej kuchni, Maciek musiał wymienić pieniądze, kupić podstawowe lekarstwa, kosmetyki… W sobotę postanowił spędzić trochę czasu sam na sam z Karoliną i poszedł z nią do teatru Guliwer na przedstawienie o Calineczce. Przyznał, że ze zmęczenia trochę przysnął, ale Karolina była przeszczęśliwa, że przez 2 godziny miała tatusia tylko dla siebie.
Ja w tym czasie zjadłam kolację z Alą w Regeneracji na ul. Puławskiej. Jej również udzieliło się zmęczenie i przejęcie. Do wyjazdu zostały niecałe 2 dni a oni nawet nie byli spakowani :).
15 czerwca 2010
To był zwariowany tydzień.
Zaczęło się we wtorek. Miałam pojechać na zdjęcia próbne do serialu, którego realizacja rozpocznie się najprawdopodobniej jeszcze w te wakacje. Fragmenty scenariusza, które dostałam oraz krótki opis wszystkich odcinków bardzo mi się spodobały, dlatego tym bardziej ucieszyła mnie ta propozycja. Samym castingiem nie denerwowałam się aż tak bardzo, ale cały czas zastanawiałam się, czy Jagoda wytrzyma kilka godzin mojej nieobecności ( pomimo dwóch butelek odciągniętego mleka:) Moje obawy okazały się bezpodstawne. Mała podobno jadła z wielkim apetytem obdarzając tatusia ( czyli Maćka) szerokimi uśmiechami. Po moim powrocie spała słodko z błogim wyrazem twarzy.
Ponieważ wszystko poszło zadziwiająco gładko postanowiliśmy zaryzykować jeszcze bardziej i wyjść razem na piątkowe urodziny naszego przyjaciela. Miała nam w tym pomóc moja mama, która swierdziła, że będzie to dla niej czysta przyjemność… Z niecierpliwością czekałam na piątek…
W czwartek pojechałam na krótką prezentację nowej kolekcji Calzedonii i Intimissimi do Jazzowni na rynku Starego Miasta. Bielizna była bardzo smakowita :). Koronki, tiule, delikatna bawełna -istny raj dla kobiet.Upatrzyłam sobie kilka rzeczy.
Podobno już w lipcu będą dostępne w sklepach :).
Po wizycie na starówce pojechaliśmy z dziewczynkami na wizytę kontrolną do lekarza. Panienki mają niezły apetyt, bo obydwie mocno przytyły i urosły. Jagoda od urodzenia przybrała na masie prawie 1,5kg!!! Wizyta spowodowała, że sami poważnie zgłodnieliśmy, dlatego korzystając z pięknej pogody pojechaliśmy do Regeneracji na ul. Puławskiej, gdzie zjedliśmy pyszną sałątę z pestkami dynii, chłodnik i zapiekanki. Z ilością trochę przesadziliśmy, bo już idąc na obiad napchaliśmy się słodkimi truskawkami i równie smacznymi czereśniami. Byłam zakoczona, że już można kupić tak dobre czereśnie. I tu pora na drobną dygresję: jestem gigantyczną szczęściarą, bo moje maleństwo nie tylko pięknie przesypia noce, ale również ( odpukać) jak na razie nie wykazuje uczulenia na pokarmy, które pochłania jego mama ( czyli ja). A truskawek potrafię zjeść naprawdę dużo…
Obiad zajął nam trochę za dużo czasu i o mały włos Maciek spóźniłby się po odbiór wizy (wyjeżdża za 2 tygodnie, ale jeszcze nie będę zdradzać dokąd:). Po załatwieniu wszystkich formalności w ambasadzie wróciliśmy do domu, a wieczorem, w ramach spaceru, wybraliśmy się do kawiarni naszego znajomego Konrada ( Forty Cafe), gdzie czekała na mnie miła niespodzianka. Od Ewy i Kondzika dostałam… prezent urodzinowy. Kolczyki i broszkę z malutkim drewnianym misiem:).
Piątek rozpoczęłam wizytą w Dzień Dobry TVN. Znowu musiałam zadbać o zapas mleka dla Jagody. W studiu na Marszałkowskiej wszyscy przyjęli mnie bardzo ciepło, pytali o małą, o to jak się czuję i kiedy wrócę do poniedziałkowego gotowania:). Chciałabym jak najszybciej, ale nic nie będę robić kosztem Jagodzianki. Zobaczymy. Po programie rozpoczęłam nerwowe poszukiwania prezentu dla Marcina. To mój najlepszy przyjaciel ( właściwie jest jedynym przyjacielem, bo oprócz niego mam jeszcze tylko trzy przyjaciółki). Poznaliśmy się w podstawówce, ale dopiero w liceum zaczęliśmy traktować tę znajomość na poważnie. Marcin został chrzestnym Karolinki, a ja świadkową na jego ślubie. Możemy nie odzywać się do siebie miesiącami, ale wiem,że zawsze mogę na niego liczyć.Wieczorne wyjście na jego imprezę urodzinową całe szczęście przebiegało bez większych utrudnień. Jagoda trochę marudziła, ale udało mi się ją uspokoić przed wyjściem. Na miejscu dzwoniłam co prawda dwa razy do mamy, żeby się upewnić, czy wszystko ok. Było nawet lepiej niż ok :) więc wróciliśmy do domu o 24. Mała obudziła się dopiero koło 3 nad ranem i nakarmiona szybko zasnęła ponownie.
W sobotę bawiliśmy się na kolejnych urodzinach naszych przyjaciół z Milanówka. Ponieważ sami mają 2-letniego synka, przygotowali popołudniowe garden party, na które mogliśmy przyjechać całą rodziną. Karola zachwycona kąpała się z innmi dziećmi w wielkim dmuchanym basenie, a Jagoda prawie połowę imprezy przespała w wózku.
Na niedzielę przygotowaliśmy rewanż i to my zaprosiliśmy znajomych z dziećmi na 7 urodziny Karoliny na działkę mojej mamy. Maciek upiekł placki chleba, z którego robił prawdziwe włoskie panini. Był domowy tort czekoladowy, sałatki, bruschetty z pomidorami, warzywa w sosie jogurtowym, młoda kapustka w sosie pomidorowym i koktajl jogurtowy z mango.Gotowaliśmy do 1 w nocy, 5 godzin snu, a następnie od 6 rano… Karolina dostała taką masę prezentów, że cześć z nich rozpakowywała jeszcze następnego dnia :). A w tym tygodniu kolejne urodziny. Tym razem jednej z moich przyjaciółek… Oj będzie się działo :).
8 czerwca 2010
Gdy byłam małą dziewczynką z utęsknieniem czekałam na wiosnę i lato. Było to spowodowane różnymi czynnikami, ale najistotniejszym był fakt, że w maju obchodziłam imieniny oraz urodziny, 1 czerwca hucznie świętowałam Dzień Dziecka, a trzy tygodnie póżniej cieszyłam się z zakończenia roku szkolnego i rozpoczynających się wakacji. Wydłużone weekendy, których przyczyną była obecność pochodów 1-majowych, święta uchwalenia konstytucji 3 maja oraz Bożego Ciała były dodatkowym bonusem, który uatrakcyjniał ten okres.
Teraz mam 30 lat, edukację szkolną zakończyłam (przynajmniej na chwilę ; ) jakieś 5 lat temu, ale nadal są to moje ulubione miesiące w roku ;) Całe szczęście, że Karola jest tak podobna do mnie. Zima kojarzy jej się głównie z jazdą na nartach i sankach, ale i te atrakcje w pewnym momencie przestają jej wystarczać. Zaczyna się natomiast narzekanie na zbyt niską temperaturę, krótkie dni i konieczność wielowarstwowego ubierania się. Dlatego każdy ciepły, słoneczny dzień traktujemy jak ogromny dar od losu i staramy się jak najlepiej wykorzystać. Oczywiście często nie jest to możliwe, ale wówczas pamiętamy przynajmniej o krótkim spacerze. Dobrym pomysłem jest też przeniesienie miejsca spożywania posiłków na… balkon:) Ten nasz nie należy do największych, ale jest nienajgorszym substytutem wiejskiego tarasu :) I tak ziarnko do ziarnka i okazuje się, że lato w mieście jest do wytrzymania.
Nasze lato w mieście na razie przebiega bardzo obiecująco. Co prawda dalej nie mogę się pogodzić z brakiem możliwości wyjazdu na Thasoss, ale to dodatkowo mobilizuje mnie do organizowania większej ilości atrakcji w zasięgu granic naszego pięknego kraju:).
Pierwsze próby podjełam właśnie 1 czerwca, czyli w Dzień Dziecka. Wiedziałam, że cieżko będzie wybrać się nam gdziekolwiek całą rodziną, bo Maciek zaczyna pomału gonić własny cień. Dlatego pomyślałam sobie, że zaryzykuję i zupełnie sama wybiorę się gdzieś z dziewczynkami. Jagoda skończyła właśnie 3 tygodnie, więc było to dosyć ryzykowne. Zapakowałam małą do samochodu, wzięłam głęboki oddech i… wyruszyłam do przedszkola Karoliny. Nie obyło sie bez małych stęków, ale do przedszkola dotarłyśmy całe i zdrowe. Zachęcona pierwszym sukcesem zapytałam Karolkę, czy w związku z jej świętem ma ochotę pojechać na plac Wilsona do Kalimby i na plac zabaw. Odpowiedź była łatwa do przewidzenia. Na miejscu zamówiłyśmy ciastka, kawę zbożową i gorącą czekoladę. Jagoda na razie musiała zadowolić się mlekiem. Byłam z siebie taka dumna. Zwłaszcza podczas jednoczesnego karmienia i jedzenia puszystego sernika lewą ręką. Do tego gazetka, a nad głową rozwrzeszczane dzieciaki ( usiadłyśmy pod antresolą :) Cudownie !!!
Wielki weekend czerwcowy nie zapowiadał się zbyt optymistycznie. Wisiała nade mną wizja czterodniowego siedzenia w domu ( Maćkowi zostało ostatnich 5 dni na wyprowadzenie się z pracowni). Może za sprawą mojej jednoznacznej miny, a może w związku ze świetną organizacją pracy, Maćkowi udało się zakończyć działania w pracowni w czwartek rano. Na moją reakcję nie musiał czekać zbyt długo. Spakowałam się w oka mgnieniu. Zadzwoniłam do mojej mamy, której na wyjazdy również nie trzeba namawiać. Zaprosiliśmy mojego brata z dziewczyną i koło godziny 14 wyruszyliśmy na działkę.
Zaraz po przyjeździe poszliśmy na długi spacer, z którego wróciliśmy kompletnie mokrzy. Choć nic na to nie wskazywało najpierw zaczęło delikatnie kropić, a po chwili lunęło nie zostawiając na nas suchej nitki. Jagoda, szczęściara, śpiąc wygodnie w wózku przykrytym szczelnie folią przeciwdeszczową chyba nawet nie zorientowała się, że z nieba ktoś wylał na nas parę kubłów lodowatej wody. Ulewa była chyba tylko elementem powitalnym, bo przez kolejne dni temperatura sięgała ponad 20 stopni, a na niebie nie pojawiały sie najmniejsze chmurki. Dlatego zrobiliśmy Karolinie przyjemność i pojechaliśmy z nią do sąsiedniej miejscowości -Bindużki- na konie. Karola siedziała na koniu może 2 razy w życiu, a patrząc na nią miałam wrażenie, że jeździ konno od urodzenia.
Stadnina w Bindużce ma coś z klimatu ” Spalonych słońcem”. Pan Paweł ( właściciel) w białym, lnianym garniturze wygląda jak żywcem przeniesiony z innej epoki, a łąki okalające posiadłość tylko zachęcają do udania się na krótką przejażdżkę. Przyglądając się córeczce sama nabrałam na to ochoty. Może następnym razem…?
1 czerwca 2010
Jak na razie pogoda nas nie rozpieszcza. Gdy już wydaje mi się, że w końcu zrobi się naprawdę ciepło, znowu zaczyna lać … Mam dosyć.
Dlatego w zeszłym tygodniu wpadłam na sprytny plan :). Chciałam wyrobić jak najszybciej Jagodzie paszport, żeby jeszcze w czerwcu wyjechać na tydzień na jedną z greckich wysp np. na Thassos. Byliśmy do tej pory na Rodos, Krecie oraz Korfu i każda z tych wysp bardzo nam się podobała. Szybko przejrzałam dostępne oferty, ceny mnie zamurowały, więc już cieszyłam się perspektywą rychłego opuszczenia Warszawy… Niestety, nie tak szybko…
Sprawdziłam bardzo dokładnie jakie dokumenty są wymagane w Urzędzie Paszportowym, zrobiłam Jagodzie zdjęcia ( wyszły dość dziwnie, ale taki paszport jest przyznawany tylko na rok, więc i tak szybko będziemy musieli go wymienić), wyciągnęłam Maćka ( bo przy podpisywaniu papierów muszą być obecni obydwoje rodzice) i pełna optymizmu pojechałam na ul. Kruczą w Warszawie. A tu doszło do szybkiego zderzenia z rzeczywistością… Przede mną w kolejce czekało… prawie 50 osób!!! Czyli minimum 1,5 h czekania. Poza tym zapomniałam, że poza aktem urodzenia potrzebny jest mi również pesel dziecka, a ten Jagoda bedzie miała najwcześniej za 3 tygodnie. Czas oczekiwania na paszport to kolejne 4, więc … z naszego czerwcowego wyjazdu nici :(
Pozostaje działka i tysiące żarłocznych komarów ;).
We wtorek miałyśmy niezapowiedziane odwiedziny położnej środowiskowej. Nie lubię takich wizyt, bo łapię paranoję, że zaraz ktoś będzie sprawdzać, czy wszędzie jest wystarczający porządek, czy mała ma odpowiednie ubranka, pieluchy, kosmetyki itd. Ale nie było najgorzej, przestraszyłam się tylko szybkim skierowaniem do przychodni ze wzgledu na niepokojacy wygląd pępka Jagody. W przychodni nastraszono mnie jeszcze bardziej, ponieważ dostałam kolejne skierowanie tym razem do szpitala. Dodatkowo okazało sie, że mała ma przepuklinę pępkową. I zaczęło się straszenie operacjami itp. Dlatego pędem wróciłam do domu i razem z Maćkiem pojechałam do najbliższego szpitala na ostry dyżur. Na miejscu okazało się, że pępek wystarczy co drugi dzień w szpitalu przypalać lapisem, a przepuklina najprawdopodobniej sama sie wchłonie. Uff , a już zaczęłam panikować… Przy okazji powinnam chyba pochwalić sprawność działania szpitala na ul.Działodowskiej, bo właśnie do niego pojechaliśmy. Jestem w szoku, ponieważ każda z wizyt ( a byliśmy do tej pory 3 razy) trwała nie dłużej niż 15 minut (!!!). Okazuje się, że można. Sam wygląd szpitala może nie budzi zaufania ( przydałby mu sie generalny remont), ale atmosfera jest naprawdę godna pozazdroszczenia. Tak trzymać:)!
Dzień Dziecka zaczęliśmy swiętować już w sobotę 29 maja:). Na naszym osiedlu z inicjatywy Urzędu Gminy zorganizowano całą masę atrakcji dla dzieci. Był pokaz tańca, sztuk walki, tor przeszkód dla najmłodszych, konkursy i kilogramy waty cukrowej :). Karola nie chciała brać czynnego udziału w zabawie. Wolała przyglądać się z boku,a potem wyciągneła nas na plac zabaw. Swoją drogą z coraz większym przerażeniem patrzę na to, co wyprawia na różnego rodzaju drabinkach, rurkach, zjeżdżalniach itp.
Największe atrakcje zaplanowaliśmy jednak na niedzielę. Najpierw sama z Karolą pojechałam do Egurrola Dance Studio ( Maciek w tym czasie spacerował z Jagodą po parku Szczęśliwickim). Tam poza nauką tańca, czekały na dzieci rozmaite gry i zabawy. Było malowanie buzi ( Karola wybrała wzór w kształcie motylka), słodkie i słone przekąski oraz… wykład dotyczący zagrożeń czyhających na dzieci podczas wakacji ( choroby układu pokarmowego, intensywne opalanie, choroba lokomocyjna, ugryzienia owadów itp.). Impreza zakończyła się wręczeniem dzieciom masy upominków. Karola była zachwycona :)
Po imprezie całą rodziną pojechaliśmy na Saską Kępę. Najpierw wylądowalismy w kawiarni Rue de Paris na małej przekąsce, a potem na obiad udaliśmy się do Trattoria Rucola, gdzie zjedliśmy pyszną sałatkę ze szpinakiem, najlepszą w Warszawie pizzę ( nie żartuję) oraz focaccie z solą i rozmarynem. Niestety to tylko rozdrażniło nasze kubki smakowe, dlatego umówiliśmy sie z naszymi przyjaciółmi z Milanówka i wspólnie wybraliśmy się jeszcze na hinduski deser ( słodki ryż oraz halawę). Po zjedzeniu solidnej porcji poczułam się usatysfakcjonowana :).
24 maja 2010
Pogoda na początku tygodnia nie zachęcała do wychodzenia na dwór.
Jagódka okazała się małym zmarźlakiem, ktory nawet w domu chętnie nosi czapkę i ciepłe skarpetki, dlatego z pierwszym spacerem postanowiliśmy zaczekać na odrobine wyższą temperaturę i brak opadów deszczu.
Już we wtorek musieliśmy przynajmniej na chwilę opuścić nasze zaciszne mieszkanko ze względu na kontrolną wizytę w szpitalu spowodowaną moim cesarskim cięciem. Po wizycie w szpitalu postanowiliśmy zrobić Karolinie niespodziankę i przyjechaliśmy po nią do przedszkola razem z Jagódką. Była zachwycona, bo mogła pochwalić sie swoją młodszą siostrą wszystkim koleżankom i kolegom. Nam również było bardzo miło, bo wszyscy nam gratulowali i życzyli powodzenia oraz dużo zdrowia.
Po południu przed odebraniem Karoliny z przedszkola, ponieważ pogoda coraz bardziej przypominała wiosenną, a nie z połowy listopada :) podjechaliśmy obejrzeć pierwszą na Bemowie prawdziwą kawiarnię naszego znajomego Konrada. Forty Cafe znajdują sie na ul.Osmańczyka i zajmują narożnik na parterze jednego z budynków. To bardzo przytulne, rodzinne miejsce, w którym można napić się wyśmienitej kawy, zjeść domową szarlotkę, ciasto marchewkowe i zamówić koktajl owocowy. Jest to również miejsce przyjazne dzieciom, które znajdą tu dla siebie dużo gier planszowych i specjalne miejsce do malowania i rysowania. W kawiarni nie wolno palić, co np. dla mnie jest dość istotną informacją.
Pod koniec tygodnia już zaczęło mnie nosić:) Postanowiliśmy z Maćkiem, że jeżeli pogoda w dalszym ciągu będzie ładna, wybierzemy się na weekend z naszymi dziewczynkami na działkę rodziców.
W czwartek wieczorem otrzymałam bardzo miłego i zaskakującego maila. Nasza druga książka “Fajna babka, ale ciacho” została zauważona aż w Hiszpanii!!! Główny organizator międzynarodowego konkursu dotyczącego książek kulinarnych poprosił o przesłanie trzech egzemplarzy ksiązki wraz z wypełnionym kwestionariuszem. Najpierw są wybierane najlepsze książki ze swojej kategorii językowej, potem z tych najlepszych w języku polskim, angielskim, niemieckim, hiszpańskim itd ( języów wymienionych było ok. 20!!!) jest wybieranych pięć z każdej kategorii tematycznej. Ogółem ok. 100 książek z całego świata, z czego 20 tych naj naj zostaje przetłumaczonych i wydanych w kilku językach. Trzymajcie kciuki!!! Chyba padłabym z wrażenia widząc swoją książkę w księgarnii za granicą przetłumaczoną na język obcy :).
Dlatego w piątek szybciutko wypełniłam zgłoszenie, zapakowałam do koperty trzy książki i pobiegłam na pocztę. Ogłoszenie wyników niestety dopiero w listopadzie…
Mielismy nadzieję, że uda nam się wyjechać w piątek z Warszawy zaraz po odebraniu Karoli z przedszkola, ale konieczność dzielenia się obowiązkami ze względu na opiekę nad Jagodzianką trochę nam te plany pokrzyżowała. Przez Wisłę przeprawialismy się w porze największych korków. Zdecydowanie można było wyczuć ogólne poddenerwowanie i irytację. W końcu koło 20.00 udało nam się dotrzec na działkę. Odetchnęliśmy z ulgą. Dwa dni na świeżym powietrzu, full słońca, spacery z naszym zielonym x-landerem:) i … gigatnyczne ilości komarów. Tak mniej wiecej w skrócie można opisać ten weekend. Karolina ze swoją młodszą siostrą cioteczną Łucją w końcu mogły nacieszyć się swoim towarzystwem, powygrzewać na slońcu a nawet popluskać w dmuchanym basenie oraz zamoczyć stopy w pobliskim jeziorku. Jagoda nie spędziła tego wyjazdu może aż tak aktywnie, ale duża ilość świeżego powietrza bardzo jej służyła. Moskitiera założona na gondolkę wózka zdecydowanie uratowała ją przed atakiem wygłodniałych komarów. A podróż samochodem? Po zainstalowaniu w foteliku samochodowym trójkątnej poduszki, która była w zestawie, okazał się on wystarczająco wygodny nawet dla 2-tygodniowego malucha. Jagoda przespała w nim praktycznie całą podróż. Dlatego planujemy już kolejne wypady na działkę, a może nawet dalej:)