X-lander

Blog X-lander

28 grudnia 2011

Wigilia 2011

Ojojojoj! Do Wigilii zostało 5 dni, ja mam za sobą szalony weekend, a tu jeszcze tyle rzeczy do zrobienia. Do poniedziałku miałam napisać felieton, a po Dzień Dobry jestem tak zmęczona, że marzę o tym, by przespać się choć 20 minut… Nic z tego. Szybko wracamy do domu, zabieramy zeszyty i na… angielski. Ola, która ma z nami konwersacje leci z materiałem jak szalona i nie stosuje żadnych taryf ulgowych. Sami tego chcieliśmy…
We wtorek Karolcia ma koncert kolęd. Muszę przygotować ubranie anioła ze skrzydłami i punktualnie o 16.40 stawić się przed klasą. Jadzia przez pierwsze 20 minut jest zachwycona, a potem… próbuje dostać się na scenę… W związku z tym muszę z nią wyjść na korytarz.
Po koncercie lecimy do moje ortodontki. Jadźka zasypia w samochodzie :-(((( Parkuję pod samymi drzwiami i każę Karolinie natychmiast przybiec do gabinetu, gdyby cokolwiek się działo. Nic lepszego nie przychodzi mi do głowy. Wizyta trwa 10 minut, ale mi wydaje się, że minęło minimum 40…
Po wizycie w klinice, szybko do domu. Przebieramy dziewczyny, pakuję jedzenie, które przygotowałam rano i jedziemy do Ali na kameralną Wigilię w gronie przyjaciół..
Dostaję w prezencie piękną kolorową torbę. Najwięcej prezentów zgarnia Karolcia i Jagódka. Jadzia najbardziej jednak zwraca uwagę na Holkę, pieska Ewy i Konrada. Lata za nim przez cały wieczór i piszczy zachwycona. Koło 23.00 Karolcia zasypia na kanapie. Hmmm, chyba powinniśmy się zbierać.
Kolejny dzień i kolejny maraton. Rano powtórka przed testem z angielskiego. Potem egzamin. Po egzaminie jedziemy zawieść prezenty, które razem z Alą, Ewą, Martą, Olą, Konradem i Marcinem przygotowaliśmy dla dzieciaków z pewnego małego domu dziecka na Bemowie.
Wieczorem Maciek zostaje z Karolcią i podziębioną Jadzią, a ja jadę na nagranie do radia Bajka. Półtorej godziny opowiadania o świątecznych zwyczajach w bardzo miłym gronie :-)
Gdy wracam parę minut przed 22.00 do domu, Maciek przypomina mi, że miałam jeszcze na następny dzień dla Karoliny klasy upiec pierniki do ozdabiania. Całe szczęście przygotowałam je w poniedziałek.
W czwartek i piątek postanawiam odrobinę zwolnić. Zajmuję się już tylko wypiekami i sprzątaniem. Tylko… Samo sprzątnięcie Karoliny pokoju zajmuje mi 3 godziny. Nigdy nie zgadlibyście, co może kryć się pod łóżkiem 8-latki. Gdy po 3 godzinach do pokoju mojej córeczki wchodzi Maciek, stwierdza, że chyba pomylił mieszkania :-)
W piątek, po całym dniu pucowania i gotowania, wsadzam Karolcię w samochód i jadę do Marcina i Oli. Jagódka w dalszym ciągu ma katar, nie chcę jej męczyć, poza tym mogłaby zarazić małego Mikołajka.
Do Oli ma przyjechać Ala i Kama, która na święta wyrwała się z Londynu. Przy „ degustowaniu” wypieków Oli i Marcina mija nam kilka godzin. Karolcia znowu zasypia na kanapie… Zaczynam mieć wątpliwości, czy jestem wystarczająco dobrą matką…
Półprzytomną Karolinkę wsadzam do samochodu i zabieram Kamę. Dzięki temu mamy jeszcze trochę czasu, żeby poplotkować. Za 3 tygodnie będzie go więcej, bo jedziemy razem na wielki, „rodzinny” wyjazd w góry, do Włoch!
Gdy docieramy do domu Karolcia jest bardzo dzielna. Udaje jej się nawet samodzielnie wejść po schodach, choć byłam pewna, że moją 25kg księżniczkę będę musiała nieść na rękach…Oj chyba nie jestem dobrą matką :-(
W końcu Wigilia!!! Rano szybko kupujemy jeszcze 3 ostatnie prezenty, które kompletnie wyleciały nam z głowy, a potem pozostaje już tylko ubieranie choinki, przymocowywanie jemioły i ozdabianie stołu. Gdy przychodzą goście wszystko jest już gotowe. Nie ma z nami moich dziadków, którzy bali się hałasu i zamieszania oraz Bartka z Dominiką i Alinką, która zachorowała na ospę, ale atmosfera jest i tak wyjątkowa. Składamy sobie życzenia, zjadamy wigilijną kolację, dziewczynki rozdają prezenty, a na koniec wszyscy śpiewamy kolędy. Cudowne chwile. Warto przygotowywać się do nich tak długo :-)

 

21 grudnia 2011

Tydzień do Wigilii

Grudzień to chyba najbardziej szalony miesiąc. Ludzie każdą wolną chwilę poświęcają na kupowanie prezentów. Wycieczka do centrum handlowego w tym okresie grozi poważną nerwicą. Z głośników dobiegają otumaniające dźwięki kolęd w każdym możliwym języku, poprzeplatane krótkimi lecz donośnymi reklamami zachwalającymi 35 promocję w sklepie x,y,z… I ja tu nie oszaleć?
Jakimś cudem większość prezentów udaje mi się kupić wcześniej. Na ostatnią chwilę zostawiam sobie tylko kilka. Pogoda za oknem w ogóle nie kojarzy się ze świętami, chyba że Wielkanocnymi, dlatego zaczynam trochę tęsknić za prawdziwą zimą. Tylko po co mi zima w mieście. Nie znoszę odśnieżać samochodu lub moczyć buty w roztopionej solą brei przy przystanku autobusowym i jeszcze ten wiatr i skostniałe palce… Ale śnieg w górach to co innego… No tak, ale w górach też go nie ma… A może by tak… Nie to chyba jednak głupi pomysł…
Na początku tygodnia jednak dzwonię do Ali. Chcę wybadać grunt, czy ewentualnie wybrałaby się ze mną na ostatni weekend przed świętami do Zakopanego. Od razu uprzedzam ją, że śniegu „prawie” nie ma, ale znając nasze szczęście na 100% spadnie. Ala wybucha śmiechem i odpowiada : „ Taaaa na pewno spadnie śnieg, pół metra świeżego puchu!”. A po chwili dodaje : „Ok, jedziemy!”. Zawsze można na nią liczyć :-)
W czwartek wieczorem na wyjazd decydują się jeszcze dwie nasze koleżanki. Ala naopowiadała im, że jestem czarownicą i, że gwarantuję pogodę na weekend. Hmmm ta odpowiedzialność zaczyna mnie trochę przytłaczać.
W piątek o 15:35 odjeżdżamy z Warszawy Centralnej do Krakowa, w którym o 18.40 wsiadamy w autobus do Zakopanego. Podczas podróży busem strasznie pada, a prognoza pogody w radio też nie napawa zbyt optymistycznie. Zapowiadają jeszcze większy wiatr, którego prędkość może dochodzić do 100 km/h. Dziewczyny mają dość rozczarowane miny, ale ja dalej brnę w cudowną przepowiednię pięknej zimowej pogody…
W Zakopcu śniegu brak :-(
Gdy docieramy do apartamentów „ U Giewonta” jest kilka minut po 21.00. Wieje silny wiatr i leje…
Po rozmowie z naszymi gospodarzami dziewczynom trochę poprawia się nastrój. W nocy podobno „coś” ma spaść :-)
W sobotę rano budzę się pierwsza i… nie mogę uwierzyć w to, co widzę za oknem. Jest biało!!!
Niebo jest zachmurzone, nie ma słońca, ale CAŁY CZAS PADA ŚNIEG!!!!
Gdy dziewczyny po przebudzeniu pytają zaskoczone : „ Jakim cudem spadło w ciągu nocy tyle śniegu?” Odpowiadam tylko: „ A nie mówiłam:-)”
Jedziemy do Białki. Stok nie jest najlepiej przygotowany, jest bardzo ślisko, ale szybko znajdujemy alternatywną trasę zjazdową pod wyciągiem, gdzie jedzie się całkiem przyjemnie. A po kubku grzanego wina czuję się prawie jak w Alpach :-) Stok jest oświetlony, więc jeździmy do 17.30. Wracamy do Zakopanego, przebieramy się w ciepłe dresy i idziemy do centrum na Krupówki na kolację. Jest tak samo cicho i przyjemnie jak rok temu. Mimo całego dnia jeżdżenia nie jesteśmy bardzo zmęczone, dlatego idziemy potańczyć!
W pierwszym klubie oprócz nas jest może 10 osób, więc na szalona imprezę raczej się nie zapowiada. Po 20 minutach zmieniamy miejsce. Tu osób jest zdecydowanie więcej, ale nikt nie tańczy :-( Góralki wystrojone, górale również, a my cztery w bawełnianych bluzach…Wypijamy po małym drinku i dochodzimy do wniosku, że szkoda nam czasu. Musimy trochę rozruszać to towarzystwo! Ala próbuje wynegocjować coś z dj’em, w końcu puszcza jakiś stary kawałek Michaela Jacksona :-) Wyskakujemy najpierw we dwie, a po chwili dołącza do nas Marta i Maria. Jak dobrze, że nie należę do rodziny królewskiej. Królowa matka by tego nie przeżyła :-) Szary dres, Zakopane, Jackson i moje kocie ruchy :-) O 1.00 w nocy podejmujemy męską decyzję. Wracamy grzecznie do domu. Zostawiamy roztańczoną salę. Już sobie chyba bez nas poradzą :-) Gdy wracamy do Giewonta cały czas sypie śnieg!
W niedzielę budzę się o 8.00! Za oknem biało i ŚWIECI SŁOŃCE!!!
Jeździmy do 15. Od czasu do czasu wysyłamy znajomym mmsy z ośnieżonym Giewontem w tle. W odpowiedzi dostajemy tylko krótkie; „ Ale wam się poszczęściło, nie denerwujcie ludzi!”.
Tak, to szczęście i … odrobina magii :-))))))

 

19 grudnia 2011

Rusza blog kulinarny!

5 grudnia 2011. Wielki dzień. W końcu ruszamy z naszym blogiem kulinarnym. Zapraszam na www.1000stopni.pl!
Miał on wystartować już we wrześniu, ale chcieliśmy najpierw dokończyć książkę. Pewnie na pierwszy rzut oka tego nie widać, ale mieliśmy z nim trochę pracy… W ostatnim momencie zmienialiśmy np. zdjęcia, które znajdują się na stronie główniej. Poprosiliśmy o pomoc jak zwykle Jacka z Eryką. Spisali się znakomicie. Potem było monotonne szkolenie z Arkiem, który jest programistą. Niestety często miałam wrażenie, ze mówi do mnie językiem, którego w ogóle nie rozumiem :-) W praktyce wszystko okazało się dużo prostsze niż w teorii, dzięki Bogu!
Na blogu od razu pojawiły się zdjęcia i przepisy, które wykonywaliśmy tego samego dnia w Dzień Dobry TVN oraz fotografie Karoliny i Jagódki. Mam nadzieję, że nasza strona odwiedzającym będzie podobać się przynajmniej tak bardzo jak mnie :-)))))
W tygodniu , po wyczerpujących umysłowo zajęciach z angielskiego lecę na spotkanie z Kasią, która współpracuje z Fabryką Trzciny. Ma pomysł żebyśmy w tym miejscu przygotowali warsztaty z gotowania. Bardzo lubię to miejsce. Chciałabym, żeby to wypaliło.
Kolejne spotkanie ma miejsce w wydawnictwie Estilo, do którego piszę felietony. Ponieważ cała współpraca do tej pory bazowała na kontakcie internetowym jest mi miło, że w końcu mogę poznać osoby, którym zapychałam skrzynki mailowe:-)
Omawiamy tematy jakie mają pojawić się na łamach magazynu w dwóch kolejnych wydaniach. Nie wiem kiedy mija godzina, a miałam wpaść tylko na 20 minut! Mam z centrum odebrać moja mamę, która przyjeżdża specjalnie z drugiego końca Warszawy, żebym razem z Maćkiem mogła pojechać do kina na premierę polskiego filmu z Cezarym Pazurą w roli głównej. Uff znajomość sprytnych objazdów zatłoczonych ulic jest umiejętnością, która w takiej sytuacji zawsze się przydaje. Spóźniam się zaledwie 3 minuty!
Gdy podjeżdżamy pod dom, mama wyskakuje żeby zmienić Maćka, a ja „jeszcze na sekundkę” jadę kupić dziewczynkom sok do spożywczaka. Jest blisko. Niby mogłabym pójść na piechotę, ale przecież samochodem będzie szybciej… Jadę uliczką osiedlową. Widzę, że ktoś jedzie z naprzeciwka, więc przytulam się maksymalnie do prawej strony. Samochód jedzie bardzo blisko, praktycznie na mnie, więc całkowicie hamuję, mimo to delikatnie zahacza o lewy błotnik :-((((
W głowie krąży mi tylko jedna myśl : „ Cholera, nie pójdę do kina!”
Szczęście w nieszczęściu kierowcą samochodu okazuje się… mama mojej sąsiadki z bloku :-)
Umawiamy się, że wszystkie formalności załatwimy drogą mailową. Internet jest najlepszym wynalazkiem XX wieku! 10 minut później razem z Maćkiem jestem już w drodze do kina.
Film zapowiada się ciekawie. Słuchając przemówienia producenta oraz poszczególnych osób z ekipy odnoszę wręcz wrażenie, że mam szansę obejrzeć jedną z lepszych polskich produkcji ostatnich lat. Niestety po kilku minutach emisji wiem, że nic szczególnego raczej się tutaj nie wydarzy. Po kolejnych dwóch godzinach zaczynam się też zastanawiać po co ten film jest taki długi? Tytułu zdradzać nie będę, ale do kin wchodzi właśnie tylko jeden film z Pazurą w roli główniej, więc to powinno być wystarczającą podpowiedzią… Szkoda, bo zapowiadało się naprawdę dobrze ;-(
Pod koniec tygodnia spotykam się z Tomkiem Woźniakiem, który jest młodym chłopakiem totalnie zakręconym na punkcie kuchni. Tomek zupełnym przypadkiem trafia na kubek, który zaprojektowałam dla Prima Sort ( wymyśliłam dwie kolorowe grafiki z motywem warszawskim:-). Tak bardzo mu się podoba, że chce… żebym coś podobnego stworzyła dla niego. Tego bym się chyba nigdy nie spodziewała. Rysowanie traktuję totalnie hobbystycznie, ale z przyjemnością będę to robić częściej:-)! Najśmieszniejsze jest to, że Tomek nie do końca orientuje się w moich innych „aktywnościach”. Rozmawia ze mną trochę tak, jakbym była zawodowym grafikiem. To tym bardziej miłe :-))))))) Nie pozostaje mi nic innego jak zabrać się do pracy!

 

17 grudnia 2011

Juz grudzien

Końcówka listopada oraz początek grudnia nie należą do najszczęśliwszych…
Gdy przyjeżdżamy do DDTVN już czuję, że coś jest nie tak. Gdy zaczynam kroić cebulę oraz inne warzywa jest mi już tak nie dobrze, że aż trudno mi to ukryć. Krople żołądkowe tylko pogarszają sytuację…
Poprzedniego dnia wszyscy jedliśmy dokładnie to samo. Maciek czuje się świetnie, więc podejrzewam, że może być to jakiś wirus. Ledwo udaje mi się dotrwać do 11.00.
Po programie jedziemy prosto do domu. Na samą myśl nawet o czymś do picia robi mi się słabo. Zakładam gruby, wełniany sweter i przykryta szczelnie kocem zasypiam. Gdy budzę się po 3 godzinach wcale nie jest lepiej. Próbuję usiąść do komputera, ale nie jestem w stanie. Boli mnie całe ciało i mam dreszcze. Najbardziej boję się, żeby dziewczynki nie zaraziły się ode mnie:-(
Idę z powrotem do łóżka.
Następnego dnia jest już w porządku, ale bardzo ostrożnie komponuję swoje śniadanie. Na wszelki wypadek staram się, żeby było lekko strawne :-)
Od dłuższego czasu obiecywałam sobie z Maćkiem, że w końcu zapiszemy się na lekcje języka angielskiego. Po pierwszych zajęciach wiem już, że nie jest tragicznie :-), ale mam świadomość ciężkiej pracy przed nami. Trafiliśmy na świetną lektorkę, Olę, więc wszystko wskazuje na to, że mimo wysiłku, będzie to bardzo przyjemny powrót do szkoły :-))))) Zaczynamy od 3 godzin tygodniowo. Jeżeli to nam nie wystarczy, zwiększymy częstotliwość spotkań. Poza walorami edukacyjnymi, bardzo motywujący i przyjemny jest fakt, że robimy to wyłącznie dla siebie, dla własnego komfortu, lepszego samopoczucia. Niesamowity przypływ pozytywnej energii czuję już po pierwszej lekcji :-)
Pod koniec tygodnia biorę udział w dwóch nagraniach. Jedno dla telewizji ITV, w której opowiadam o swoich pasjach i pokazuję moją i Maćka najnowszą książkę, a w piątek w DDTVN razem z innymi zaproszonymi gośćmi opowiadam o recepcie na przetrwanie w związku. Żebym ja tylko taką receptę znała :-))))) Ale faktycznie jako mężatka z 8-letnim stażem należę w dzisiejszym świecie do gatunku, któremu grozi wyginięcie.
Zaczął się grudzień, więc już co raz bardziej odczuwam wszystkimi zmysłami, że zbliżają się święta. W kawiarni Cava odbywa się dekorowanie pierników. Dochód z ich sprzedaży zasili konto Fundacji SOS Wioski Dziecięce. Razem z Karolinką bardzo się staramy, by stworzyć jak najpiękniejsze pierniki. My święta spędzimy w ciepłym, rodzinnym gronie. Byłoby super, gdyby okres świąt dla dzieci z rodzinnych domów dziecka był choć w małym procencie tak szczęśliwy jak dla nas.
Po dekorowaniu ciasteczek jadę razem z Karolką do Astanga Yoga Studio, gdzie na zmianę mam ćwiczyć z Maćkiem. Niestety znowu czuję się nie najlepiej. Tym razem leje mi się z nosa, boli mnie głowa i czuję się strasznie słabo. To chyba jakieś przesilenie jesienno-zimowe, bo nie pamiętam żebym rozłożyła się w tak krótkim odstępie czasu. O ćwiczeniu mogę zapomnieć. Gdy Maciek kończy zajęcia wracamy do domu i znowu ląduję w łóżku…
Nocna kuracja lekami homeopatycznymi potrafi jednak zdziałać cuda. Rano jest zdecydowanie lepiej.
Mam nadzieję, że limit przeziębień na ten sezon już wyczerpałam :-)
Wieczorem razem z moim przyjacielem ( ktoś musi zostać z dziećmi :-) jadę na uroczysty koncert zorganizowany z okazji 15 urodzin Fundacji Polsat, do Teatru Wielkiego. Choć zupełnie się na to nie nastawiałam, spędzam naprawdę przyjemny wieczór. Oczywiście nie mam na myśli mojego przyjaciela, z Marcinem zawsze jest przytrafia mi się coś śmiesznego, tylko samą imprezę. Występy zaproszonych artystów poprzeplatano zabawnymi wypowiedziami małych dzieci. Niektóre definicje rezolutnych przedszkolaków wywołują salwy śmiechu na sali i jest to bardzo dobry zabieg, bo inaczej cały koncert mógłby wypaść zbyt patetycznie. Gdy wracam do domu po 23, wszyscy już śpią i ja też marzę tylko o tym , by w końcu położyć się w ciepłym łóżku.

 

15 grudnia 2011

Alladyn i inne atrakcje

No i przed nami kolejny tydzień!
W Dzień Dobry TVN gotujemy potrawy z wykorzystaniem kokosa, który poza niezaprzeczalnymi walorami smakowymi ma też całe mnóstwo zdrowotnych właściwości :-)
Ja nie mogę się oprzeć zupie tajskiej z mleczkiem kokosowym, do której dorzucam dużą ilość ryżu jaśminowego ugotowanego również z mleczkiem kokosowym.
Po programie wracamy na chwilę do domu odrobinę się odświeżyć, odbieramy Karolinę ze szkoły, pakujemy Jadzię do samochodu i jedziemy do Jacka i Eryki zrobić zdjęcia na naszą nową stronę.
Jacek był autorem zdjęć do naszej drugiej książki „ Fajna babka, ale ciacho”. Tym razem chodzi nam oczywiście o zupełnie inny klimat fotografii, ale wiemy, że Jacek zrobi to najlepiej.
Zaczynamy od delikatnego make up’u autorstwa Eryki. Jak ona to robi? Wyglądam bardzo naturalnie, świeżo, jakbym właśnie wróciła z dłuuuugiego urlopu :-)
Po 3 godzinach jest już po wszystkim. Efekt? Dokładnie o coś takiego nam chodziło.
Po zdjęciach szybko wracamy do domu, bo wieczorem wychodzę razem z Alą na imprezę „YES”.
Make up gotowy, więc pozostaje TYLKO ubranie… odwieczny problem…
Nie mogę założyć sukienki, którą już miałam na sobie ( bo podobno tak nie wypada :-), nie chcę być zbyt elegancka, bo obowiązują stroje KOKTAJLOWE :-), jeansy też odpadają, kozaki wyglądają zbyt ciężko, a na sandałki jest już za zimno…. Matko, pomocy!!! Czy ktoś może wie, co mam na siebie założyć?
Wychodzę w wąskich granatowych spodniach, beżowym swetrze z futerkiem ( sztucznym:-), czarnych szpilkach i z torebką w stylu vintage. Szału nie ma, ale jest ok.
Na miejsce nie udaje mi się dotrzeć punktualnie na 19.30, ale impreza oficjalnie zaczyna się i tak parę minut po 20.00
Najpierw odbywa się licytacja zdjęć z kalendarza Yes, a po niej koncert Moniki Brodki. Monia jest świetna! Wygląda super, a jej piosenki powodują, że aż chce mi się tańczyć.
W domu jestem przed 23.00, byłabym wcześniej, ale nie ma to jak babskie ploty w samochodzie na parkingu :-)))))
We wrześniu zaangażowałam się w jedną z akcji Greenpeace dotyczącą odnawialnych źródeł energii, dzięki tej akcji poznałam Joankę, aktywistkę tej organizacji. Mailowo umawiamy się na spotkanie, bo Joanka chce przeprowadzić ze mną wywiad, który umieści na stronie Greenpeace.
Przez 3 godziny poruszamy tysiące tematów, pod koniec zaczynam jej współczuć, że będzie musiała to wszystko spisać z dyktafonu… Pod koniec naszej rozmowy dołącza do nas Maciek, który ma mnie z Jagódką zabrać do domu. Joanka wychodzi, a do nas przysiada się właścicielka kawiarni Tamika. Magdę poznaliśmy ją podczas warsztatów z gotowania, które prowadziliśmy w tym miejscu podczas wakacji. Od słowa do słowa ustalamy termin… kolejnego kursu. Tym razem dla najmłodszych.
Wracając do domu zabieramy ze szkoły Karolcię. Maciek na wieczorne „szkolenie” z Arkiem, w związku ze stroną internetową, jedzie sam. Ja zostaję z szalejącymi dziewczynkami w domu…
Okazuje się, że moje zadanie jest o niebo trudniejsze:-)
Pod koniec tygodnia znowu wycieczka po Warszawie. Rozwożenie książek, zdjęcia próbne oraz poszukiwanie adresu pewnego wydawnictwa… Wieczorem obiecujemy sobie, że w końcu obejrzymy film na dvd, który Maciek kupił 2 miesiące temu, ale… nic z tego. Jadzia zasypia o 23:-(
W sobotę przyjeżdżają do nas nasi bliscy znajomi z Kielc: Ewcia, Piter, 6-letni Błażej i 1,5 roczny Miłosz. Pół dnia spędzamy w kuchni. Gotujemy makaron z sosem, a potem tajską zupę… W końcu robi się 16.00 i ruszamy się z domu. Jedziemy na …deser do kawiarni Kalimba. Dzieciaki szaleją, a my obmyślamy plan rowerowego wyjazdu na Bornholm :-)
Wieczorem idziemy na premierę spektaklu Alladyn, do teatru Roma. Przez ponad godzinę, razem z dziećmi bawimy się pierwszorzędnie. Jagoda bardzo żywiołowo reaguje na to, co dzieje się na scenie: krzyczy, śmieje się, piszczy. Aż miło na nią popatrzeć. A myśleliśmy, że tylko Karolcia wytrzyma do końca przedstawienia.
Kolejny dzień spędzam z Karolcią na przedświątecznym kiermaszu. Reprodukcje odbywają się na Solcu w klubie 1500. Cóż, inaczej to sobie wyobrażałam. Jest ścisk, masa ludzi, ogólnie nie do końca mój klimat. W połowie przyjeżdża Ala z prowiantem, który ratuje nam życie :-), a Karolcia chwilę później postanawia wrócić z dziadkami do domu. I tak zostaję z kramikiem obładowanym jej koszulkami i świątecznymi, zrobionymi z filcu ozdobami… Na kolejny kiermasz wybieram się wyłącznie jako kupujący.

 

10 grudnia 2011

Warsztaty w Hotelarnii

Czy ktoś mógłby odrobinę powstrzymać ten lecący czas? Matko, jeszcze nie zdążę na dobre oswoić się z poniedziałkową rzeczywistością, a już kalendarz pokazuje mi, że kończy się piątek…
Dzień Dobry TVN, spotkanie Lady Mama, joga, basen z Karolcią, rozwożenie książek po wydawnictwach, szkolenie u Arka w związku z naszą nową stroną internetową, rezerwacja noclegów na ferie we Włoszech, odgruzowywanie skrzynki mailowej, pisanie bloga, wysyłanie informacji prasowych o książce, powtórka z Karolcią przed dyktandem, nauka piosenki do szkoły, znowu joga, w nocy szycie ozdób przed kiermaszem świątecznym i… mamy piątek…
Jeszcze tylko wymyślić i napisać 6 przepisów do kolejnego DDTVN i możemy wsiadać do pociągu do Poznania :)
Wagony są tak zatłoczone, że musimy stać na korytarzu… Ostatni raz podróżowałam tak chyba 12 lat temu, ale mam ze sobą książkę, na którą brak mi czasu, więc wygodnie siadam na walizce i zabieram się do lektury. Maciek robi to samo. W połowie drogi udaje mi się usiąść w przedziale :-)
Do Poznania docieramy o 19.30, a 40 minut później jesteśmy w Puszczykowie w Hotelarni.
Po lekkiej kolacji idziemy na basen i do łaźni. Po powrocie do pokoju o 23 padamy jak muchy. Choć miałam zamiar jeszcze poczytać…
Do Hotelarni przyjechaliśmy poprowadzić warsztaty kulinarne, dlatego rano po śniadaniu sprawdzamy, czy wszystko zostało kupione i czy niczego nie brakuje. Potem spotykamy się z Moniką i Bartoszem, którzy są współwłaścicielami obiektu.
Po obejrzeniu zdjęć z ich wakacji w Chorwacji i Norwegii, Bartosz zabiera nas do domu swojego przyjaciela, żeby pochwalić się swoim ostatnim projektem. Jest architektem. Jednym z jego pierwszych projektów była Hotelarnia i Spalarnia ( spa znajdujące się obok hotelu), które są tak naprawdę jego najlepszą wizytówką. Śmieje się, że nie ma potrzeby przygotowywania strony internetowej, bo cały czas i tak pracuje.
Dom na wzgórzu, do którego zabiera nas Bartosz miał przypominać… stodołę. Wygląda rewelacyjne! To oczywiście taka wariacja na temat stodoły, ale skojarzenie jest natychmiastowe. W środku duża, otwarta przestrzeń. Wielkie okna, antresola i kominek, który całą przestrzeń dzieli na część mieszkalną oraz biurową. Świetny dom.
Gdy wracamy do hotelu jest już po 14.00. Mamy jeszcze chwilę żeby zjeść obiad i powtórzyć sobie najistotniejsze rzeczy przed warsztatami.
Sala jest przygotowana bardzo profesjonalnie. Przy każdym stanowisku, które przeznaczone jest dla 2 maksymalnie 3 osób, znajduje się dwupalnikowa kuchenka, noże, deski i patelnia. Przy dużym stole na końcu sali znajdują się wszystkie produkty potrzebne do gotowania.
Kilka minut po 16.00 zaczynamy. W warsztatach bierze udział 15 osób. Przez 1,5 godziny mamy wspólnie przygotować 4 potrawy.
My dajemy wskazówki, a „ kursanci” :-) gotują.
Na pierwszy ogień idzie sałatka z cienkich plasterków buraka i oscypka, którą polewamy pietruszkowym sosem oraz odparowanym octem balsamicznym. Początkowo kilka osób kręci nosem, bo buraki nie kojarzą się z super eleganckim daniem, ale gdy caprese z buraka i wędzonego sera jest gotowe, znikają wszelkie wątpliwości dotyczące tego połączenia, a z kilku miejsc na sali daje się nawet usłyszeć, że faktycznie to połączenie jest przepyszne:-)
Po caprese zabieramy się do krojenia czerwonej cebuli, która jest jednym ze składników grzanek z twarożkiem i suszonymi pomidorami.
Dwie przystawki gotowe. Czas ugotować makaron. Łączymy go z prostym sosem na bazie śmietanki, cukinii, parmezanu i natki pietruszki. W tym momencie wszyscy robią sobie przerwę i przechodzą do sali obok, by przy stole oddać się degustacji, która odrobinę się przeciąga :-)
Na koniec słodki, łatwy deser. Palmiry z miodem i orzechami. Przygotowanie jest dziecinnie proste.
Po 15 minutach w piekarniku ciasteczka są gotowe. Zapach jest tak intensywny, że nie mogę się im oprzeć i kilka podkradam. Z mojego punktu widzenia warsztaty się baaaardzo udały. Wszytko wyszło :-)
Po warsztatach spotkamy się jeszcze z poznańskimi paniami dietetyczkami, które współorganizują akcję ZdrowyPrzedszkolak.org, w którą zaangażowaliśmy się razem z Maćkiem. Po spotkaniu, które przeciąga się do godziny 21, wpadamy jeszcze na 2 godziny do Bartosza i Moniki, którzy spędzają wieczór w gronie przyjaciół.
A następnego dnia, po śniadaniu, biegniemy na spa, żeby wymasować się przed wyjazdem.
Ta godzina mija za szybko :-), a potem już tylko pakowanie, uściski na do widzenia i czytanie książki w pociągu do Warszawy.

 

3 grudnia 2011

Ptasia osada

Jeśli chodzi o organizację krótkich wyjazdów, to mogę nieskromnie powiedzieć, że nie mam sobie równych :-)
Za nami bardzo intensywny okres. Przed nami również, bo trzeba zadbać o promocję książki, dlatego przyda nam się kilka dni oddechu. A akurat mamy długi weekend :-)
Od dłuższego czasu marzyliśmy o pobycie w … ruskiej bani, dlatego moje poszukiwania są zdeterminowane bliską lokalizacją sauny opalanej drewnem. Wcale nie jest to takie proste, bo w pierwszej kolejności w wyszukiwarce wyskakują mi sami producenci… W końcu udaje mi się trafić na piękne miejsce za Augustowem, gdzie bania została zbudowana nad samym jeziorem, żeby po solidnym wygrzaniu kości wskoczyć bezpośrednio do lodowatej wody! Wygląda super, tylko czy jest sens jechać z dzieciakami taki kawał na niecałe trzy dni?
Szukam dalej.
„Ptasia osada” w malutkiej miejscowości Ploski, nad Narwią wydaje się być idealnym miejscem. Jest dużo bliżej, bo w połowie drogi między Białą Podlaską, a Białymstokiem.
Z Warszawy wyjeżdżamy w piątek o 10.15 i o 13.00 jesteśmy na miejscu. Osada w rzeczywistości wygląda jeszcze ładniej niż na zdjęciach. Zarezerwowaliśmy największy domek, bo na wyjazd namówiliśmy jeszcze Bartka ( brata Maćka ) z żoną Dominiką, 6-letnią Łucją i 1,5 roczną Alinką. Nasza Karolina powiedziała, że bez Łucji nigdzie nie jedzie… a myślałam, że bunt zaliczymy w okolicach 13 roku życia…
Ponieważ do osady docieramy 2 godziny przed czasem, nasz domek nie jest jeszcze dostatecznie nagrzany. Mimo próśb pani recepcji, żeby Maciek z rozpalaniem kominka zaczekał na zajmującego się tym pana, mój mąż podejmuje próbę samodzielnego nagrzania w naszym domku…Ja na wszelki wypadek zabieram dziewczynki do znajdującej się na terenie „Ptasiej osady” restauracji na pierogi. Gdy w domu jest już szaro od dymu, Maciek. decyduje się jednak na pomoc. W końcu we dwójkę raźniej… Razem z „panem specjalistą” mój mąż doprowadza do takiego stopnia zadymienia, że włącza się… alarm przeciwpożarowy…
Pierogi kresowe z marchewką, kapustą i serem oraz ruskie są wprost cudowne! Gdy dziewczynki są po obiedzie, Maćkowi udaje się opanować kominkową awarię. Podobno komin był mocno wychłodzony i dlatego dym wracał do pomieszczenia, a nie wylatywał na zewnątrz…W środku czuć jeszcze zapach wędzonki, ale sama siebie przekonuję, że przecież o to właśnie mi chodziło.
Bartek z Dominiką przyjeżdżają 3 godziny po nas. Pokoje są już wywietrzone i wystarczająco nagrzane, a na stole w jadalni czeka na wszystkich obiad, wino i świece, bo Bartek ma imieniny :-)
O 19.30 idziemy z dzieciakami do ruskiej bani. Na zewnątrz jest bardzo zimno, ale w pokoju, który jest dołączony do sauny jest około 30 stopni C ! Dzieci rozbierają się na golasa, ale nie chcą wchodzić do środka. Jagódka wchodzi na sekundę z Maćkiem, ale wyskakuje jak oparzona krzycząc głośno : „Siiiii!”
Na zmianę zajmujemy się maluchami tak, że w bani jednocześnie leżą dwie osoby.
Jest piekielnie gorąco, ale tego właśnie potrzebowałam. Po kilku minutach również na golasa wybiegam na zewnątrz z wiadrem zimnej wody, którą polewam całe ciało. Ale uczucie!!! Jakbym duszkiem wypiła trzy napoje energetyzujące!!!
Wychodzimy po godzinie i na kolejny dzień zamawiamy banię na 2 godziny. O 21.00 jesteśmy tak zmęczeni, że z trudnością trzymamy się na nogach. Niestety Jagoda z Aliną są w dużo lepszej kondycji…
Kolejnego dnia jedziemy do Białowieży odnaleźć jedno z miejsc mocy. Zanim docieramy na miejsce jest już szarawo i szybko robi się ciemno. Spacer przez stary las już dostarcza adrenaliny, bo jesteśmy pewni, że zgubiliśmy drogę. W końcu trafiamy do celu. Nikt nic nie czuje, ale wszyscy macają wielkie kamienie, korzenie i drzewa stojące dookoła. Tak na wszelki wypadek :-)
Wieczorem znowu powtórka w ruskiej bani i wszyscy zasypiamy jak niemowlaki.
W niedzielę po długim spacerze opuszczamy „Ptasią Osadę”i jedziemy na obiad do rodziców, którzy postanowili ostatni weekend spędzić na działce. Tutaj wszystko smakuje wyjątkowo, nawet zwykły kalafior z bułką tartą.

 

28 listopada 2011

Przemytnicy na wakacjach z x-landerem

Listopad zaczynam pod znakiem piękna :-)
Czuję, jak moje ciało domaga się intensywniejszego wysiłku, dlatego kupuję karnet na 8 wejść w miesiącu na astanga jogę. Może efektów „cielesnych” jeszcze nie widać, ale za to jaki mam „piękny umysł” hi hi :-) Oj tak, żarty żartami, ale joga naprawdę dobrze robi na głowę :-)
Ogromną radość sprawia mi również odebranie pierwszych egzemplarzy naszej trzeciej książki p.t.”Przemytnicy na wakacjach”, której X-LANDER jest głównym sponsorem, ponieważ w książce znalazły się zdjęcia z naszej x-landerowej, wakacyjnej wyprawy :-) Wyszła przepięknie. W KSIĘGARNIACH JEST DOSTĘPNA OD 9 LISTOPADA!
Tuż przed pojawieniem się publikacji na rynku wpadamy na szalony pomysł nagrania booktrailera, czyli video zapowiedzi naszej książki. O pomoc prosimy Patryka Bugajskiego, który przygotowywał już wcześniej podobne materiały.
Dzień przed zdjęciami dostajemy od niego dokładną listę rzeczy, które będą mu potrzebne: mąka, olej, świeże warzywa, patelnia, miski… To wszystko mamy, ale muszę kupić jeszcze kolorową kredę(?). Patryk nie chce zdradzać szczegółów. W dniu zdjęć też nie opowiada nam o całej koncepcji filmu, tylko mówi, co będziemy po kolei kręcić. Smażymy placki, kroimy warzywa, wsypujemy do miski mąkę, a potem wychodzimy na spacer… Po skończonych zdjęciach Patryk tylko informuje nas, że najprawdopodobniej następnego dnia film będzie gotowy. Tempo pracy ma imponujące:-)
Gdy Maciek dostaje maila z adresem strony, na której możemy obejrzeć trailera, nie mogę się doczekać żeby w końcu nacisnąć PLAY! (tu link) Jest pięknie!!! Nie spodziewałam się, że będzie podobać mi się aż tak bardzo! Karolcia z Jagódką dodają mu wyjątkowego uroku. Chcę jeszcze!!! Film jest krótki, bo trwa tylko minutę, ale idealnie opisuje nas i książkę :-)
Czuję silną potrzebę, by naszymi małymi sukcesami podzielić się z gronem najbliższych przyjaciół. Zapraszamy kilka osób do nas na kolację. Maciek zajmuje się Jagódką, a ja szaleję w kuchni. Chcę żeby wszystko smakowało jeszcze lepiej niż zazwyczaj. Powstaje 10 dań!!! Wszystko wygląda świetnie, otwieram wino i wznosimy toast za naszą trzecią publikację!
W związku z premierą książki oraz akcją miesięcznika Zwierciadło „Piękno w zdrowiu” zostaję zaproszona do programu Katarzyny Montgomery „Mała Czarna”. Podtytuł Zwierciadła- Sens jest naszym patronem medialnym, dlatego przy okazji całej akcji, która na różnych płaszczyznach wspiera zdrowe inicjatywy, mogę opowiedzieć o jednym z naszych sposobów dbania o zdrowie- o gotowaniu. Jest to tylko zapowiedź tego, co będzie miało miejsce na finale akcji 5 listopada. Podczas imprezy poza opowieściami o zdrowym odżywianiu biorę udział w pokazie mody ekologicznej Odzieżowego Pola. Sukienki są piękne i w większości wykonane z naturalnych tkanin.
Dwa dni po promocji książki podczas imprezy Zwierciadła, gotujemy i opowiadamy o niej w Dzień Dobry TVN. Mimo wyjątkowo dużych ilości przygotowanego przez nas jedzenia kilka minut po zakończeniu programu stół świeci pustkami. To najlepsza rekomendacja dla „Przemytników…” :-)
Nie wiem, czy to zasługa naszego zapału do pracy, ale Karolcia od dłuższego czasu prosi nas, żebyśmy przygotowali koszulki z jej rysunkami, które będzie mogła sprzedawać podczas jednego z wielu kiermaszy odbywających się przed świętami w Warszawie. Ma całą teczkę cudnych prac, aż trudno coś wybrać. Na początek decydujemy się na małego, kolorowego kota. Kupuję kilka koszulek i dziecięce body. Tak na próbę. Chcę zobaczyć na czym wydruki będą wyglądać najlepiej.
Koszulki z długim rękawem to mój faworyt. Świetnie wyglądają też body. Do kiermaszu zostało jeszcze trochę czasu, więc może uda nam się zrobić kilka wzorów?
9 listopada jedziemy sprawdzić, czy „Przemytnicy na wakacjach” są już w księgarniach.
To niesamowite uczucie zobaczyć coś nad czym pracowało się tyle czasu na półce w największej księgarni w Polsce!!! Przed nami jeszcze dużo pracy związanej z promocją tytułu, ale już mam ogromną satysfakcję z tego, co udało nam się zrobić.
Chyba zasłużyliśmy na kilka dni urlopu :-)

 

21 listopada 2011

Trzy dni w Londynie

Mój ostatni wyjazd do Londynu miał miejsce jeszcze w czasie ciąży. Z okrągłym brzuszkiem biegałam po mieście, szukając wyjątkowych okazji na poświątecznych wyprzedażach. Szczególną uwagę zwracałam na malutkie kolorowe ubranka dla niemowlaków. Przywiozłam ich oczywiście zdecydowanie za dużo i nie mogłam się doczekać, kiedy założę je na mojego maluszka.
Ponieważ od tej wizyty minęło już bardzo dużo czasu wpadam na szalony pomysł. Po konsultacji z Maćkiem, który tydzień wcześniej zaliczył weekendowy wyjazd w męskim gronie, kupuję bilety w Wizzair i dzwonię do Kamili ( mojej przyjaciółki, która mieszka w Londynie na stałe). Jej reakcja jest łatwa do przewidzenia. Jest tylko trochę niepocieszona, że wpadnę na 3 dni, a nie na dłużej.
Zabieram tylko bagaż podręczny, żeby zminimalizować koszt przelotu, bo przy wszelkich dodatkowych atrakcjach, tanie loty są już tanie tylko z nazwy… Przed pakowaniem sprawdzam dokładnie zalecane wymiary bagażu, żeby na lotnisku nie mieć niespodzianki.
Walizka o kilka centymetrów jest mniejsza, więc zupełnie spokojna o 3.00 nad ranem w piątek wsiadam w taksówkę. Gdy dojeżdżam na lotnisko mam nieco ponad godzinę do odlotu.
Wszystko idzie jak z płatka, przechodzę do strefy bezcłowej. Kupuję kilka gazet, wodę do picia i wino dla Kamy :-) i biegiem do samolotu… Dwie stewardessy sprawdzają bilety oraz wymiary bagaży podręcznych. Gdy przychodzi moja kolej, podchodzę na pewniaka, ale jedna z nich każe mi wcisnąć walizkę do zespawanej z metalowych rurek skrzynki, która podobno ma wymiary takie jak wymiary bagażu podane na stronie Wizzair… , ale moja walizka nie mieści się… Najpierw na spokojnie staram się tłumaczyć, że mam metkę z wymiarami, która jest przyszyta przez producenta, ale pani jest nieubłagana. Informuje mnie tylko, że będę musiała dopłacić za nadbagaż (!!??). Jaki nadbagaż? Mam w walizce 2 pary majtek, sukienkę, kosmetyczkę, gazety i butelkę wina. Całość waży może 2 kilo! Druga stewardessa ma dużo milsze usposobienie i radzi mi żebym spróbowała włożyć walizkę do góry nogami. Jakoś się udaje.
Jest 5 rano. Rewelacyjnie rozpoczęłam dzień…
Trzy dni i dwie noce w Londynie…. Praktycznie cały czas spędzam z Kamą, jej nowym facetem, Olą, która chodziła z Kamą do liceum, ale też przeniosła się do Anglii oraz jej chłopakiem. Jest wyjątkowo, bo pierwszy raz widzę Londyn skąpany w słońcu, a nie szary, mokry i nieprzyjemny. Chodzimy po mieście, po sklepach ( przecież nie mogę wrócić bez prezentów dla dziewczynek:-), odwiedzamy londyńskie parki, puby i gotujemy… W sumie to ja gotuję, a reszta je i mruczy z rozkoszy. Uwielbiam takie reakcje. W niedzielę jedziemy na długi spacer, co chwilę zatrzymujemy się na kawę, kanapkę lub inną przekąskę. Nie potrafimy przestać jeść :-)
Po spacerze wracamy do Kamili domu, gotuję pożegnalny obiad, podczas którego umawiamy się wszyscy na wspólny, zimowy wyjazd do Włoch.
Na lotnisku Luton niestety ponownie czeka mnie przeprawa z kolejną uroczą stewardessą. Z tą idzie mi jeszcze gorzej niż w Warszawie. Po kilku minutach odpuszczam i idę zapłacić za moją „gigantyczną i super ciężką” walizkę… Jestem wściekła.
W botkach na obcasach, w krótkiej czarnej sukience, leginsach z portfelem i paszportem w ręku czuję się bardzo dziwnie. Po chwili chce mi się śmiać z całej sytuacji.
Gdy taksówką przyjeżdżam do domu jest 24.00, więc dziewczynki już śpią. Ja padam zaraz po umyciu zębów.
Za mną intensywny weekend, a przede mną pracowity tydzień. Poniedziałkowe DDTVN po 5 godzinach snu jest wyzwaniem. W ciągu kolejnych dni zastanawiam się, czy nie mam już rozdwojenia jaźni, bo felieton do listopadowego Playboya ( temat swoją drogą przyszedł mi do głowy podczas pobytu w Londynie) piszę zaraz po zapoznaniu się z planem warsztatów „ Zdrowy przedszkolak” podczas których mam opowiadać o moich patentach na zdrową dietę dla dzieci… Trochę dziwne zestawienie, ale kocham takie „ wybuchowe mieszanki”! Gdy jeszcze raz na jakiś czas mogę wskoczyć w buty na obcasie,założyć koronkową sukienkę i poczuć się przez chwilę jak 100% kobieta, to myślę sobie: „ Ale to życie jest fajne!” :-)

 

14 listopada 2011

Jesień jak wiosna

Ale jest pięknie. Może to skutek powiększającej się dziury ozonowej, może frontu atmosferycznego znad Afryki, a może mojego zaklinania pogody ( w końcu nie od dziś wiadomo, że jestem czarownicą :-) Ale jest pięknie! Ktoś postanowił nam zrobić duuuuży prezent i cały czas dmucha na nas powietrzem ciepłym jak z suszarki! Jesień? Jaka jesień, mamy wiosnę :-)
Jedziemy na działkę do mojej mamy. Mój brat po drodze zabiera babcię i dziadka. Moją babcię i dziadka , czyli Karolci i Jagódki pradziadków. Trzymają się świetnie. Dziadek cały czas żartuje, głownie z babci, a ona udaje, że nie słyszy, tylko wystawia twarz do słońca i opala się. Ja przygotowuję zupę. Myślałam, że będzie chłodno ( w końcu to jesień !) dlatego przywiozłam składniki na włoską rozgrzewającą zupę minestra di farro… Warzywa podsmażam na oliwie z masłem, dorzucam pozostałe ingrediencje, wlewam wodę i… idę się zdrzemnąć na kocyku. Mam ½h relaksu, bo mama obiecuje zająć się moimi rozwrzeszczanymi dziećmi. Słyszałam o zmianie czasu, ale zmiana pór roku???
Zupa gotowa! Dziadek nie dowierza, że bez solidnej porcji mięsa można w ogóle cokolwiek ugotować, ale już po pierwszej łyżce zupy stwierdza, że jest wyśmienita. Oj, z ust dziadka to ogromny komplement. Po obiedzie czas się ruszyć. Idziemy na spacer.
Działka mamy jest bardzo blisko Warszawy, ale w niczym nie przypomina takiej z podmiejskich willowych osiedli. Wystarczy położyć się na trawie, zrobić głęboki wdech i… jesteśmy na wsi:-)
To idealne miejsce na szybkie podładowanie baterii. Gdy wiemy, że czeka nas pracowity weekend i o wyjeździe na dwa dni nie ma mowy, to jedziemy na 2-3 godzinki do „ babci Bożenki”:-)
Jest jeszcze kilka miejsc, które nam, mieszczuchom ratują życie.
Mam kilku znajomych, którzy są bardzo mocno wkręceni w wakeboarding. Jeżdżą na zawody, „testują” nowe wyciągi i pływają nawet podczas mało sprzyjających warunków atmosferycznych, np. na Zalewie Zegrzyńskim. Na jedne z takich zawodów wybieram się z Alą, moją przyjaciółką i Jagódką. Zalew Zegrzyński nie kojarzy mi się najlepiej, ale plaża w Rynii, przy której odbywają się zawody, jest zupełnie inna od tej w Nieporęcie. Rozkładamy się między drzewami. Niestety w zasięgu wzroku Jagódki pojawia się chłopczyk z malutkim, czerwonym, dwukołowym rowerkiem bez pedałów… Mam pozamiatane. Po szybkiej ewakuacji przenosimy się do hotelu obok na obiad. Nie przypuszczałam, że będzie tak dobry:-) Gdy wracamy na zawody, chłopca, a co istotniejsze, rowerka już nie ma. W umiarkowanym spokoju możemy poobserwować zawodników na wodzie. Koło 17 w Rynii pojawia się Maciek z Karolcią. Zabiera Jagodę, a ja… mam wieczór dla siebie:-)
Planujemy z Alą szalony tour po stolicy, a w rezultacie… zostajemy w domu, w ciepłym łóżeczku i oglądamy… komedie. Jedna z nich to moja ulubiona – „ Kobiety pragną bardziej” , a druga polska. Jakby to powiedzieć… nie wiem co się stało z polskim kinem, bo kiedyś powstawały u nas wybitne filmy,ale ten, który oglądamy na pewno się do takich nie zalicza… Mimo to bawimy się świetnie:-)
Zaczynam pomału czuć, że Jagoda staje się dzieckiem, przy którym mogę sobie pozwolić na odrobinę swobody. Ma już prawie 1,5 roku! Od września zapisuję się na jogę. Na razie muszą mi wystarczyć zajęcia raz w tygodniu, ale dla mnie to i tak dużo. Jestem takim typem, który nie potrafi zmobilizować się do ćwiczeń w domu, a przynajmniej nie w takim zakresie, jaki by mnie satysfakcjonował. Ponieważ Ewa Jaros, z którą przygotowywałam się do zdjęć w książce „ Joga dla kobiet w ciąży” otworzyła właśnie szkołę w nowym miejscu, czuję, że to idealny moment dla mnie, by zacząć od zera :-)
Po pierwszych zajęciach w Astanga Joga Studio czuję się świetnie i dopiero teraz dociera do mnie, jak bardzo mi tego brakowało. W prezencie od Maćka dostaję też nową matę do jogi. Może to wpłynie na przyspieszenie efektów ćwiczenia :-) Jedno wiem na 100% Robię to wyłącznie dla siebie, nie mam zamiaru się z nikim ścigać i rozciągać na siłę. Przede wszystkim czuję jak odpoczywa moja…. głowa, a tego najbardziej w tej chwili potrzebuję. Na godzinę wyczyszczam ją ze wszystkich myśli ! To naprawdę działa.