Na powrót Maćka chyba najbardziej niecierpliwie czekała Karolina. Bardzo stęskniła się za tatą i nie mogła się doczekać obiecanych prezentów. Już od rana pytała kiedy Maciek przyjedzie, ale na moją propozycję wspólnego odebrania taty z lotniska odpowiedziała, że woli na niego zaczekać w domu. Dlatego wieczorem odciągnęłam pełną butelkę mleka dla Jagody i zostawiłam ją razem z Karoliną pod opieką dziadków. Tuż przed 20.00 pojechałam na lotnisko…
Maciek z Alą wracali z Delhi przez Kijów. Wylądowali w Warszawie przed czasem, więc mało brakowało, żebym się po nich spóźniła. Wyglądali jak dwa nieszczęścia:). W wymiętych ubraniach, obładowani pakunkami, z niewyspanymi twarzami. Aż mi ich było szkoda. Od razu zaczęli opowiadać o wyjeździe, ale szybko doszli do wniosku, że informacji jest zbyt wiele, a oni są bardzo zmęczeni. Na relację z podróży mieliśmy umówić się następnego dnia, ale…
Tuż przed odebraniem Maćka z lotniska dostałam telefon z bardzo kuszącą propozycją. Moja znajoma Agnieszka zaproponowała mi wyjazd na kilka dni nad morze na zawody Ford Kite Cup do Łeby. Problem polegał na tym , że mój mąż wracał do Warszawy we wtorek późnym wieczorem, a do Łeby mieliśmy przyjechać w czwartek… Więc mieliśmy jeden dzień na ogarnięcie wszystkich spraw. Oczywiście Maciek na moje pytanie, czy ma ochotę pojechać po tak atrakcyjnym wyjeździe na kilka dni nad polskie morze, odpowiedział:” Jasne, że tak!!!” Jeszcze nie zdążył wrócić na dobre do domu, a już czekało nas kolejne pakowanie walizek. Ale zanim to nastąpiło nadszedł długo wyczekiwany moment. Prezenty z Indii i Tajlandii, bo tam również Maciek poleciał z Alą na kilka dni. Zostałyśmy wprost zasypane upominkami. Nie bardzo wiedziałam od czego mam zacząć oglądanie, bo wyrosła przede mną góra ubrań i dodatków. Trudno mi było uwierzyć, że Maciek uniknął płacenia za nadbagaż, bo wszystkie rzeczy ważyły łącznie ładnych ” parę” kilogramów.
Dosatłyśmy piękne sukienki, buty, okulary, torebki i bardzo oryginalną, składającą się z drobnych kamyczków, cekinów i paciorków biżuterię. Przymierzanie wszystkiego zakończyłyśmy tuż przed północą.
Kolejny dzień minął nam ekspresowo, bo pod nieobecność Maćka narobiło się trochę zaległości, a jak już wspomniałam mieliśmy tylko jeden dzień na pozamykanie wszystkiego oraz spakowanie. Ta czynność poszła nam jednak zadziwiająco szybko. Do walizki wrzuciliśmy pare niezbędnych rzeczy wychodząc ze słusznego założenia, że i tak większość czasu będziemy spędzać na plaży.
W czwartek udało nam się wyjechać z Warszawy już o 7.30 rano!! Droga nie była zbyt przyjemna. Wszechogarniający upał dawał się nieźle we znaki zwłaszcza podczas stania w korkach. Przyzwoitej drogi z Warszawy nad morze jeszcze długo się nie doczekamy. Niby jakieś prace cały czas trwają, ale ich tempo jest nieprzyzwoicie powolne…
Po drodze do Łeby nie mogliśmy sobie odmówić pewnej przyjemności. Specjalnie zboczyliśmy nieco z trasy, żeby przejechać przez miejscowość Sasino, w której… No właśnie…
W Sasinie poza kilkoma domkami do wynajęcia, piękną plażą, jednym sklepem oraz ładnymi krajobrazami właściwie nic nie ma, ale ktoś sprytny parę ładnych lat temu wpadł na pomysł żeby właśnie tam otworzyć przeuroczą knajpkę o nazwie “Ewa zaprasza”. I w związku z tym Sasino stało się dla mnie obowiązkowym punktem każdej wycieczki w olkolice Łeby i nie tylko, bo nawet wybierając się na Hel zbaczamy z trasy , by u Ewy zjeść pyszny obiad. Dań w karcie zatrzęsienie, ja oczywiście polecam te wegetariańskie. Spróbowałam wszystkie i sama już nie wiem co smakuje lepiej czy szparagi w kremowym sosie, czy zapiekanka ziemniaczana, czy ” wegetariańskie co nieco”, w którego skład wchodzi m.in. panierowany ser. Jedno jest pewne. Obiad w Sasinie dostarcza niezapomnianych wrażeń zarówno smakowych jak i… wizualnych, bo przy ładnej pogodzie posiłek możemy zjeść w ogrodzie, a skutki przejedzenia odreagować podczas krótkiej drzemki w kolorowym hamaku. Dolce vita po polsku…
Kolejne dni nad morzem mijały nam w zastraszająco szybkim tempie. Dzięki wyjątkowej uprzejmości Jagody, która zaraz po dojściu na plażę zasypiała od szumu fal, mieliśmy dużo czasu na szaleństwa w wodzie ( w bardzo ciepłym Bałtyku), wygrzewanie na słonku oraz na pływanie na skuterach wodnych. Na naukę kitesurfingu niestety nie było wystarczająco dobrych warunków, musiało nam wystarczyć kibicowanie zawodowcom.
Po zakończonych zawodach Ford Kite Cup przenieśliśmy się na kolejne 2 dni do Chałup, bo tam czekało na nas kilkoro znajomych z dziećmi. Spanie na campingu z Jagodą przypomniało mi nasze pierwsze wakacje pod namiotem z niespełna roczną Karoliną. Ponieważ Jagoda ma 2 miesiące wybraliśmy opcję :domek kempingowy, ale i tak uważam to za duży wyczyn. Jagodzianka z pewnością była najmłodszym gościem pola namiotowego w Chałupach :).