Jakiś czas temu obiecałam sobie, że będę częściej chodzić do teatru. W telewizji już prawie nic nie nadaje się do oglądania, w kinie też trudno znaleźć coś wartościowego, albo przynajmniej śmiesznego, a osiedlową wypożyczalnię dvd zamknęli nam jakiś rok temu. Dlatego postawiłam na teatr :-) Załatwiając kilka spraw w okolicach placu Zbawiciela zaglądam do Współczesnego i … nie wiem, co wybrać. To miła niespodzianka. W końcu kupuję dwa bilety na spektakl „ To idzie młodość”, w którym gra m.in. moja ukochana aktorka Stanisława Celińska.
Na przedstawienie przychodzę z Alą. Siadamy na środku, w trzecim rzędzie. Akcja spektaklu rozgrywa się tuż po drugiej wojnie i opowiada głównie o losach młodzieży ślepo zapatrzonej w komunistyczną propagandę. W teatrze spędzamy bardzo przyjemne trzy godziny. Tak, opcja „teatr” jest zdecydowanie warta polecenia.
W połowie tygodnia odwiedzam z Maćkiem i dziewczynkami mojego znajomego, z którym mam nagrać krótki film na zaliczenie do jego szkoły. Karola i Jagoda bardzo skutecznie przeszkadzają nam w spotkaniu. Karla co chwilę rozkłada się na ziemi i powtarza, że się nudzi i jest potwornie zmęczona. A Jagoda z przyjemnością eksploruje mieszkanie. Na regałach przestawia książki, wyciąga szuflady (jedna z hukiem spada jej na stopę…, ale jakimś cudem Jagoda nie odnosi większych obrażeń) i zagląda we wszystkie zakamarki. W ten sposób po godzinie jesteśmy już tak wykończeni ich zachowaniem, że wracamy do domu. Karola jest zadowolona, Jadzia trochę mniej.
W weekend wyjeżdżamy poza Warszawę. Najpierw odwiedzamy Katowice i zaprzyjaźniony ośrodek pomocy najuboższym rodzinom z dzielnicy Zalęże- „Dom Aniołów Stróżów”. Tam razem z dzieciakami przygotowujemy 8 gigantycznych styropianowych jaj, które po udekorowaniu zostają kupione przez rozmaite firmy. Dochód z ich sprzedaży przyczyni się do wyremontowania sali gimnastycznej dla dzieci. W imprezie oprócz nas biorą udział Rafał Cieszyński i jego żona Beta Leńska, która jest w … 8 miesiącu ciąży!
To takie miłe, że samą swoją obecnością można komuś sprawić tyle przyjemności. Spotkanie mamy opuścić o 18.00, w rezultacie wyjeżdżamy przed 20.00…ale nie wracamy do domu. Jedziemy do Kielc, do mojej koleżanki ze studiów Ewelinki. Do Ewci, jej męża Pitera i dwóch synków; 6-letniego Błażka i 10-miesięcznego Miłosza docieramy po 22.00. Witają nas w trzyosobowym składzie. Miłek już śpi. Jesteśmy trochę zmęczeni, ale Piter ma dla nas niespodziankę. Rozwałkowuje wielki placek drożdżowego ciasta, nakłada na niego domowej roboty sos pomidorowy, ser, cebulę i po kilku minutach na stole ląduje piękna, pachnąca rozpływająca się w ustach pizza! Właściwie w domu nie jemy o tej porze, ale jedzenie wygląda tak smakowicie, że nie możemy się oprzeć. Koniec końców zjadamy trzy gigantyczne pizze… Mocno przejedzeni idziemy spać.
Następnego dnia budzi nas zapach kawy i naleśników. W kuchni znowu szaleje Piotrek. Naleśniki z domowymi przetworami z truskawek i jabłek są tak smaczne, że można oszaleć. Zaczynamy się zastanawiać, czy nie zamieszkać z Ewcią i Piotrkiem na stałe :-) Dobrze, że udaje nam się w końcu wyjść na spacer, bo pomału zaczynamy w ich kuchni zapuszczać korzenie :-)
Pogoda jest całkiem przyzwoita. Karolcia z Błażejem wskakują na rowery, a Jagoda z Miłoszem do wózków. Idziemy do lasu. Jest chłodno, ale świeci słońce, więc wybieramy dłuższą trasę.
W drodze powrotnej pogoda załamuje się i do domu wracamy przemarznięci na kość. Gorąca herbata stawia wszystkich na nogi.
Przed naszym powrotem do Warszawy Ewelina i Piotrek proponują żebyśmy jeszcze zostali chwilę , bo chcą przygotować szybki obiad. Nie muszą nas długo namawiać. Ewcia kroi cukinię, Piter ściera parmezan, w garnku ląduje duża porcja ryżu. O matko risotto! Po kilku minutach z nerwów zaczynamy przebierać nogami. To irracjonalne, bo przecież nawet nie jesteśmy jakoś wybitnie głodni. Ewcia w skupieniu miesza ryż żeby się nie przypalił, a ja jak zaczarowana patrzę na każdy jej najdrobniejszy ruch. Chyba jestem nienormalna, przecież to tylko garnek z bulgoczącym ryżem :-) Po kilkunastu minutach na stół wjeżdża półmisek z parującym risotto. Zjadam go zdecydowanie za dużo, ale co tam. Uwielbiam gotować dla moich znajomych, ale tak samo lubię, kiedy ktoś pichci specjalnie dla mnie. Zwłaszcza, gdy robi to tak dobrze :-)