Jeśli chodzi o organizację krótkich wyjazdów, to mogę nieskromnie powiedzieć, że nie mam sobie równych :-)
Za nami bardzo intensywny okres. Przed nami również, bo trzeba zadbać o promocję książki, dlatego przyda nam się kilka dni oddechu. A akurat mamy długi weekend :-)
Od dłuższego czasu marzyliśmy o pobycie w … ruskiej bani, dlatego moje poszukiwania są zdeterminowane bliską lokalizacją sauny opalanej drewnem. Wcale nie jest to takie proste, bo w pierwszej kolejności w wyszukiwarce wyskakują mi sami producenci… W końcu udaje mi się trafić na piękne miejsce za Augustowem, gdzie bania została zbudowana nad samym jeziorem, żeby po solidnym wygrzaniu kości wskoczyć bezpośrednio do lodowatej wody! Wygląda super, tylko czy jest sens jechać z dzieciakami taki kawał na niecałe trzy dni?
Szukam dalej.
„Ptasia osada” w malutkiej miejscowości Ploski, nad Narwią wydaje się być idealnym miejscem. Jest dużo bliżej, bo w połowie drogi między Białą Podlaską, a Białymstokiem.
Z Warszawy wyjeżdżamy w piątek o 10.15 i o 13.00 jesteśmy na miejscu. Osada w rzeczywistości wygląda jeszcze ładniej niż na zdjęciach. Zarezerwowaliśmy największy domek, bo na wyjazd namówiliśmy jeszcze Bartka ( brata Maćka ) z żoną Dominiką, 6-letnią Łucją i 1,5 roczną Alinką. Nasza Karolina powiedziała, że bez Łucji nigdzie nie jedzie… a myślałam, że bunt zaliczymy w okolicach 13 roku życia…
Ponieważ do osady docieramy 2 godziny przed czasem, nasz domek nie jest jeszcze dostatecznie nagrzany. Mimo próśb pani recepcji, żeby Maciek z rozpalaniem kominka zaczekał na zajmującego się tym pana, mój mąż podejmuje próbę samodzielnego nagrzania w naszym domku…Ja na wszelki wypadek zabieram dziewczynki do znajdującej się na terenie „Ptasiej osady” restauracji na pierogi. Gdy w domu jest już szaro od dymu, Maciek. decyduje się jednak na pomoc. W końcu we dwójkę raźniej… Razem z „panem specjalistą” mój mąż doprowadza do takiego stopnia zadymienia, że włącza się… alarm przeciwpożarowy…
Pierogi kresowe z marchewką, kapustą i serem oraz ruskie są wprost cudowne! Gdy dziewczynki są po obiedzie, Maćkowi udaje się opanować kominkową awarię. Podobno komin był mocno wychłodzony i dlatego dym wracał do pomieszczenia, a nie wylatywał na zewnątrz…W środku czuć jeszcze zapach wędzonki, ale sama siebie przekonuję, że przecież o to właśnie mi chodziło.
Bartek z Dominiką przyjeżdżają 3 godziny po nas. Pokoje są już wywietrzone i wystarczająco nagrzane, a na stole w jadalni czeka na wszystkich obiad, wino i świece, bo Bartek ma imieniny :-)
O 19.30 idziemy z dzieciakami do ruskiej bani. Na zewnątrz jest bardzo zimno, ale w pokoju, który jest dołączony do sauny jest około 30 stopni C ! Dzieci rozbierają się na golasa, ale nie chcą wchodzić do środka. Jagódka wchodzi na sekundę z Maćkiem, ale wyskakuje jak oparzona krzycząc głośno : „Siiiii!”
Na zmianę zajmujemy się maluchami tak, że w bani jednocześnie leżą dwie osoby.
Jest piekielnie gorąco, ale tego właśnie potrzebowałam. Po kilku minutach również na golasa wybiegam na zewnątrz z wiadrem zimnej wody, którą polewam całe ciało. Ale uczucie!!! Jakbym duszkiem wypiła trzy napoje energetyzujące!!!
Wychodzimy po godzinie i na kolejny dzień zamawiamy banię na 2 godziny. O 21.00 jesteśmy tak zmęczeni, że z trudnością trzymamy się na nogach. Niestety Jagoda z Aliną są w dużo lepszej kondycji…
Kolejnego dnia jedziemy do Białowieży odnaleźć jedno z miejsc mocy. Zanim docieramy na miejsce jest już szarawo i szybko robi się ciemno. Spacer przez stary las już dostarcza adrenaliny, bo jesteśmy pewni, że zgubiliśmy drogę. W końcu trafiamy do celu. Nikt nic nie czuje, ale wszyscy macają wielkie kamienie, korzenie i drzewa stojące dookoła. Tak na wszelki wypadek :-)
Wieczorem znowu powtórka w ruskiej bani i wszyscy zasypiamy jak niemowlaki.
W niedzielę po długim spacerze opuszczamy „Ptasią Osadę”i jedziemy na obiad do rodziców, którzy postanowili ostatni weekend spędzić na działce. Tutaj wszystko smakuje wyjątkowo, nawet zwykły kalafior z bułką tartą.