Tuż przed świętami postanowiłam zrobić sobie „mały prezent”… i wyjechać gdzieś na kilka dni.
16 grudnia wstaję o 5 rano, szybko wrzucam do torby najpotrzebniejsze drobiazgi w postaci dresu i paru kosmetyków, zabieram deskę snowboardową i parę minut po 6 jestem już w taksówce, która wiezie mnie na dworzec centralny w Warszawie. O 7.20 odjeżdżam razem z Alą pociągiem Inter City do Krakowa. Czuję lekki niepokój, czy Maciek na pewno ze wszystkim sobie poradzi, czy Karola nie spóźni się do szkoły, czy Jagódka będzie grzecznie spać w nocy. Z drugiej strony już nie mogę się doczekać kiedy zapnę wiązania deski i na krechę zjadę ze stoku :-).
Bezpośredni pociąg do Zakopanego jedzie niemiłosiernie długo, dlatego w Krakowie zmieniamy środek lokomocji na pks i w ten prosty sposób parę minut po 12 jesteśmy w górach. Jest mnóstwo śniegu, mało turystów i … piękne słońce! Nocleg zarezerwowałyśmy u zaprzyjaźnionej gaździny na ulicy Droga do Rojów. Mamy przytulny apartament z kuchnią, łazienką i balkonem, z którego rozpościera się widok na Giewont. Szybka kanapka, ciepłe skarpety, ocieplane spodnie, kurtka i już jesteśmy w drodze na wyciąg na Szymoszkową. Ludzi jak na lekarstwo, stok świeżo zratrakowany, zero kolejek do kas i na wyciąg. Oczom nie wierzę! Szybko wskakujemy na wyciąg. Jeszcze nie ma 14, kilka godzin temu wyjechałam z Warszawy, a za moment pierwszy raz od 1,5 roku zjadę na mojej ukochanej desce.
Po dojechaniu na górę nie od razu zjeżdżamy na dół. Siedzimy na śniegu i podziwiamy panoramę Tatr. Boże jak tu pięknie. To zdanie cały czas krąży mi w myślach. Po pierwszym zjeździe przychodzi kolejny i następny i jeszcze jeden, i tak aż do zmierzchu, a nawet dłużej, bo wyciąg jest oświetlony. W trakcie jazdy robimy sobie tylko krótkie, parominutowe przerwy na kubek gorącego wina. Nigdzie nie piłam tak dobrego grzańca :-). Po prawie 3 godzinach jeżdżenia wracamy do domu w super nastroju. Dawno nie spędziłam tyle czasu na świeżym powietrzu, bo spacery z Jagodą o tej porze roku po warszawskim blokowisku nie należą do najprzyjemniejszych i nigdy nie trwają dłużej niż godzinę…
W pokoju przygotowujemy szybki obiad, pijemy gorącą herbatę malinową, przebieramy się w dresiki :-) i ruszamy w miasto. Ze sprawozdania telefonicznego wiem, że w domu wszystko w porządku. Dziewczynki są bardzo grzeczne, a Jagódka zjada wszystko, co Maciek jej ugotuje. Po tym telefonie jestem spokojniejsza.
Wieczorem temperatura spada do prawie -20 stopni. Śnieg trzeszczy pod butami, policzki szczypią od mrozu, a dookoła jest cicho i spokojnie. Nawet na Krupówkach. To niesamowite jak zmieni się to miejsce za tydzień podczas Świąt i Sylwestra. Wchodzimy do góralskiej knajpy żeby zjeść jeszcze coś na kolację. Zamawiamy oscypki i moskole, czyli placki ziemniaczane. Podoba mi się to, że górale tak mocno są związani ze swoją tradycją. Noszą regionalne stroje, grają muzykę, robią sery, wyroby z drewna… Podczas jedzenia akurat trafiamy na występ kapeli góralskiej. Grają cudnie! Z ogromnym zaangażowaniem, sercem. Tak jakby występowali nie dla garstki klientów restauracji, tylko przed wielotysięcznym tłumem najbardziej oddanych fanów. Aż ciarki chodzą po plecach. Ala mówi nawet, że mogłaby mieć męża górala :-).
Po tak intensywnym dniu jesteśmy tak wykończone, że zasypiamy jak niemowlaki tuż po 22.00.
Następnego dnia nie udaje nam się wstać o świcie :-), ale zjadamy śniadanie i po 10 jesteśmy na stoku. Znowu piękna pogoda! Słońce i mrozek w okolicach -10, więc da się przeżyć. Moja częstotliwość powtarzania mantry „jak tu pięknie” powoli wyprowadza Alę z równowagi, więc po jakimś czasie zaczynam się ograniczać tylko do znaczącego wzdychania. Śmieszy ją to, ale przyznaje mi rację. JEST PIĘKNIE! Nie przypominam sobie żebym kiedykolwiek jeździła w aż tak świetnych warunkach w polskich górach. Przez noc armatki pracowały jak głupie i śniegu jest jeszcze więcej niż poprzedniego dnia. Po kilku zjazdach czujem się jak królowe stoku! Do czasu, gdy w Alę wpada rozpędzony narciarz… Całe szczęście wypadek nie jest groźny, ale mamy wyraźny sygnał, by trochę przystopować :-). W połowie dnia robimy sobie przerwę na obiad. Tutaj nawet zwykłe ziemniaki smakują wyjątkowo. Ponieważ możemy praktyczne jeździć na okrągło, bo nie stoimy w kolejkach do wyciągów, nasza częstotliwość jeżdżenia jest na tyle duża, jakbyśmy w sezonie jeździły przez 4 dni. Zaczynamy czuć to w nogach i na …poobijanej pupie :-).
Wieczór znowu spędzamy w centrum, w kolejnej zakopiańskiej knajpie z kapelą na żywo. O mały włos nie padamy ofiarą podrywu pijanych chłopców w wieku 25-30 lat ze stolika obok, którzy ostatecznie dochodzą do wniosku, że takie „małolaty” jak my ich nie interesują :-). Różowa bluza z kapturem potrafi jednak zdziałać cuda! Jest to dla nas największy komplement wyjazdu :-).
Trzeciego dnia jeździmy od samego rana do godziny 14, potem szybko wracamy do domu gaździny, przebieramy się, wskakujemy w taksówkę, o 15.30 w pks do Krakowa, a stamtąd o 18.10 w pociąg do Warszawy. Uśmiechnięte, wymęczone i szczęśliwe. Boże jaki to był piękny wyjazd!
Weekend spędzamy na… gotowaniu. Już niedługo nie będziemy w ogóle wychodzić z kuchni :-).
W sobotę prowadzimy warsztaty z gotowania dla dorosłych. Z „kursantami” spotykamy się równo w południe w kuchni restauracji Vega. Mamy do przygotowania boczniaki po grecku, ciasto z makiem, bigos i vege-pasztet. Zaczynamy od boczniaków. Wszyscy z zapałem ścierają na tarkach warzywa, a następnie wrzucają je do ogromnego garnka. Tam duszą się na oliwie około 30 minut. W międzyczasie smażymy boczniaki. Obtoczone w cieście i bułce tartej przyrumieniają się na patelni z dwóch stron, a potem … bardzo szybko lądują w naszych brzuchach :-). Oczywiście nie wszystkie, ale naprawdę trudno nam się powstrzymać. Kolejną potrawą jest bigos, do którego dodajemy dużą ilość suszonych śliwek i przypraw korzennych. Pachnie obłędnie. Pasztet powstaje bardzo szybko, bo jego głównym składnikiem są pieczarki oraz tofu. Zmiksowany na jednolitą masę stanowi świetną pastę do smarowania kanapek. Na końcu pieczemy ciasto. Piegus wychodzi REWELACYJNIE pomimo trudności w obsłudze piekarnika. Wszystko smakuje znakomicie tylko… jest tego baaaaaaaaardzo dużo. Dlatego każdy dostaje dużą porcję jedzenia na wynos. Śmiejemy się, że do świąt jeszcze 2 tygodnie, a my już jesteśmy przejedzeni!!
Następnego dnia spotykamy się dziećmi na warsztatach z przygotowywania pierników, pralinek i … pakowania prezentów. Maciek rozdaje dzieciom dwa rodzaje ciasta, z którego dzieci wycinają foremkami różne kształty i przenoszą je na blachy. Te w następnej kolejności są zanoszone do pieca. Gdy ciasto się kończy, zaczynamy rozpuszczać czekoladę na pralinki. Do czekolady dzieci dodają zmielone orzechy, mleko w proszku, kakao, wiórki kokosowe i lepią małe kuleczki. Pralinki prawie wszystkie po ulepieniu od razu lądują w buzi, a maluchy tylko mruczą z rozkoszą. Są przepyszne, więc wcale im się nie dziwię. Gdy kończymy lepienie pralinek, Maciek z kuchni przynosi gotowe, upieczone pierniczki. Podczas ich stygnięcia pokazuję jak wykonać torebkę z papieru, w którą można schować nie tylko gotowe pierniki, ale również inny prezent dla np. dla rodziców. Na zakończenie dzieci dekorują ciastka zrobionym przez Maćka lukrem pomarańczowym.
Po warsztatch mamy taki przesyt słodyczy, że jedziemy razem z Alą na szybką zupę tajską do „Dzikiego ryżu”. Jest pyszna i delikatna. O tym właśnie marzyłam.
13 grudnia chcemy w Dzień Dobry przygotować w związku ze specyficzna datą jakieś odjechane potrawy. Najlepiej 13 różnych :-), ale w rezultacie gotujemy według przepisów z poradnika DDTVN, w którym znalazło się kilka naszych potraw. Czyli takie małe dejavu. Dania wychodzą jeszcze smaczniej. Makaron z bobem, fasolką szparagową i groszkiem przyciąga swoim zapachem każdego głodomora, który znajduje się w studio. Sama nakładam sobie duuuuuuuużą porcję. Jest wyśmienity, ale bruschetty z pietruszkowym pesto też budzą porządanie :-).
W połowie tygodnia ponownie pojawiamy się na rogu Marszałkowskiej i Hożej. Bierzemy udział w nagraniu świątecznego teledysku do kolędy nagranej w zeszłym roku. Zadanie nie jest proste, bo całość ma być podzielona tylko na kilka ujęć, a w nagraniu ma wziąć udział… kiladziesiąt osób! Po wielu próbach w końcu udaje się osiągnąć zamierzony efekt. Ja z Maćkiem „śpiewam” jeden wers refrenu. Bawiliśmy się super, tylko potwornie zmarzliśmy, bo zdjęcia odbywały się na dole w holu. Początkowo mieliśmy pomysł, by zabrać ze soba Karolę z Jagodą i przebrać je za aniołki, ale biedactwa przemarzłyby na kość. Ponieważ w nagraniu bierze udział również Grzesio Łapanowski, po zdjęciach odwozimy go do domu. W ramach zupełnie niepotrzebnego, ale niezmiernie miłego podziękowania dostajemy od niego butelkę tłoczonego na zimno oleju rzepakowego. Łapa mieszka na Powiślu, więc przy okazji odwiedzamy atelier Joli i Mirka. Choć rzadko bywają w Warszawie szczęśliwie udaje nam się ich zastać. Spotkanie ma charakter ekspresowy, bo spieszą się na zajęcia, a my do Jagódki, która na czas nagrania została pod opieką babci. Od Trymbulaków również dostajemy wyjątkowy upominek. Ich najnowszą książkę kucharską, która pachnie malinami i jest jak zwykle bardzo efektownie wydana. Znajduje się w niej 108 przepisów bogato ilustrowanych fotografiami. Jest podział na dania bezglutenowe, bezcukrowe i bezmleczne, a dodatkowe wyliczenia ilości kalorii z pewnością ucieszą tych, którzy dbają o linię. Po spotkaniu jedziemy prosto do Karolci szkoły, w której odbywa się Świąteczny jarmark. Rano, przed zdjęciami piekłam na niego babeczki z orzechami. Na jarmarku poza ciastami można kupić rzeczy przygotowane przez uczniów szkoły. Ja kupuję dwie filcowe choinki, które po powrocie do domu wieszam na drzwiach kredensu. Myślałam , że komuś je sprezentuję, ale chyba zostaną w naszym domu :-).
Nagły atak zimy powoduje, że muszę zrezygnować z kilku spotkań i wyjść. Temperatura spada do
-10 i wolę nie ryzykować utknięcia wieczorem gdzieś na mieście. Wychodzę tylko na koncert Radia Pin, ale podczas podróży powrotnej do domu taksówką, która jedzie zawrotną prędkością 30km/h i ślizga się na każdym najmniejszym zakręcie modlę się żeby mieć to już za sobą :-).
Weekend spędzamy w bardzo rodzinnym gronie. W sobotę w ramach prezentu urodzinowego dla Bartka- brata Maćka, zostajemy z jego córeczkami, 6-letnią Łucją i 5-miesięczną Alinką, a on razem z Dominiką- swoją żoną jedzie na uroczystą kolację-niespodziankę, którą dla nich zorganizowaliśmy. Alinka trochę tęskni, a Łucja szaleje z Karoliną. Robią nam pokaz mody, malują się. Wyglądają… starsznie, ale chyba dobrze się bawią :-).
W niedzielę po tak intensywnej sobocie musimy trochę odpocząć… Karola pół dnia spędza zamknięta w pokoju i przygotowuje mikołajkowe prezenty. Już się nie mogę doczekać, co pięknego od niej dostaniemy :-).
6 grudnia budzimy się bardzo wcześnie rano ponieważ gotujemy w Dzień Dobry. Pod moją poduszką odnajduję piękny kalendarz z sentencjami Paulo Coelho oraz tekturowe pudełeczko, w którym jest prezent od Karolci :-). W środku znajduje się malutki kotek zrobiony przez nią własnoręcznie z piłeczki ping-pongowej. Ma łapki, ogon i uszy z niebieskiej plasteliny i namalowany błękitnym flamastrem pyszczek. Cudo! Pod Maćka poduszką znajduje się również tekturowe pudełko oraz instrukcja niezbędna do odnalezienia prezentu ode mnie ( kieliszki i butelka szampana :-). Gdy Maciek otwiera pudełko z upominkiem od Karolci obydwoje wybuchamy śmiechem, bo leży w nim wykonany z dwóch patyczków do szaszłyków, włóczki i plasteliny… krucyfiks!!! Nie bardzo wiemy jak to odebrać , ale krzyż zostaje od razu postawiony w widocznym miejscu. Podobnie zresztą jak kotek :-). Przy kreatywności Karoliny nasze prezenty wydają mi się banalne… Karolka od „Mikołaja” dostaje wymarzonego kameleona- przytulankę oraz kredki, a Jagódka zabawki do kąpieli.
W programie również przygotowujemy smakołyki, które mogą stać się słodkim drobiazgiem z okazji Mikołajek dla ukochanej osoby. Pokazujemy jak zrobić domowe czekoladki marcepanowe, świąteczne chlebki z rodzynkami, ciasteczka z migdałami i …jak to wszystko opakować. Ciasteczka wrzucamy do szklanych ozdobnych słoików, które dekorujemy złotymi aniołkami, czekoladki do kolorowych pudełek, a mini chlebki pakujemy w przezroczystą folię i obwiązujemy różnorodnymi tasiemkami. Po jednym słodkim upominku dajemy Marcinowi i Dorocie, którzy w tym dniu prowadzą program.
Po powrocie do domu zupełnie niespodziewanie dostajemy przesyłkę od mojej koleżanki Eweliny. W środku znajdują się prześliczne wykonane przez Ewcię maskotki dla dziewczynek ( kot-przytulanka i kot-grzechotka). Ja dostaję broszki, a Maciek ocieplacz na kubek :-). Nie bardzo mam pomysł jak się jej odwdzięczyć , bo z całą pewnością włożyła w te prezenty dużo pracy, a przede wszystkim serca.
Przed świętami życie nabiera jeszcze większego tempa. Dni mijają nie wiadomo kiedy. Z trudem udaje mi się napisać felieton do kolejnego E!Stilo. Dzieci zasypiają coraz później i gdy uda nam się już je spacyfikować ( a następuje to zazwyczaj w okolicach godziny 23!) to sama jestem już tak zmęczona, że mam problemy z oglądanie ze zrozumieniem telewizji o pisaniu nie wspominając. Jednak temat jak zwykle przychodzi sam i w rezultacie po 2 godzinach wysyłam gotowy materiał, który będzie można przeczytać w numerze marcowym :-).
Kolejnego dnia w końcu spotykam się z Gosią, która w moim domu robi mi kilka zdjęć do swojego nowego projektu, który zatytułowała „12 klatek”. Przy okazji pstryka mi parę ujęć z Jagódką , bo Karolcia jest w tym czasie niestety w szkole :-(.Gosia ma córeczkę Wiktorię, która jest o tydzień starsza od Jagody. Razem z dziećmi byłyśmy przez kilka dni podczas wakacji na działce rodziców Maćka i … od tamtego czasu widziałyśmy się tylko raz zupełnie przez przypadek w centrum miasta :-). Dlatego zdjęcia są dobrym pretekstem ,żeby się w końcu spotkać i spędzić ze sobą trochę czasu. Właściwie tego najbardziej mi w tej chwili brakuje. Czasu, który mogłabym poświęcić dla innych. Zatrzymać się. Może przed Bożym Narodzeniem warto o tym pomyśleć i nie skupiać się wyłącznie na kupowaniu wyszukanych prezentów dla przyjaciół i rodziny, tylko dać im to, co mamy najcenniejsze. Nie wiem, czy uda mi się ten pomysł wprowadzić w życie, ale mam już trochę dosyć tej przedświątecznej nerwówy i gonitwy. Chyba nie tak powinno to wszystko wyglądać…
Listopad mija mi tak szybko… Co kilka dni staram się dziewczynkom robić zdjęcia, by w ten sposób zatrzymać na moment czas.
Na zaproszenie Joli i Mirka pod koniec miesiąca jedziemy do księgarni Traffic na promocję ich najnowszej książki. Spotkanie prowadzi Michał Piróg. Autorzy chętnie odpowiadają na pytania zebranych gości, zdradzają swoje kulinarne patenty i na żywo pokazują jak przygotować… wegetariański smalec:-). Po części oficjalnej przychodzi czas na degustację różnych smakołyków ugotowanych na tę okazję przez duet Słoma-Trymbulak. Wymieniamy z Jolą i Mirkiem parę słów ( są oblegani przez fanów :) i ruszamy dalej w miasto na koncert zatytułowany „Poland why not”. Do projektu została zaproszona Patricia Kazadi i tak naprawdę to z jej powodu tam jedziemy. Niestety… nie udaje nam się znaleźć lokalu, w którym koncert ma się odbyć. Krążymy po okolicy dobrych 20 minut i nic. Zrezygnowani wracamy przed 22.00 do domu.
Od dłuższego czasu marzy nam się prowadzenie warsztatów z zakresu gotowania. Po spotkaniu z Agatą, Kingą i Vamaną z restauracji Vega wspólnie udaje nam się wymyślić koncept takich spotkań. Zaczniemy od kuchni świątecznej. Jeden dzień poświęcimy na gotowanie z dorosłymi, a drugi na kulinarne eksperymentowanie z dziećmi. Warsztaty mają odbyć się w połowie grudnia, więc mamy wystarczająco dużo czasu żeby się do nich rzetelnie przygotować. Pozostaje tylko ich rozreklamowanie… Damy radę :-)
Wieczorem mamy wybrać się na imprezę Andrzejkową organizowaną przez ekipę z DDTVN i MKAS. Niestety Jagódka od rana nie czuje się najlepiej, dlatego Maciek wieczorem wychodzi beze mnie, ale zabiera ze sobą … moją przyjaciółkę Alę :-), która podobno bawi się bardzo dobrze :-).
Ponieważ na imprezie zamkniętej nie obowiązuje wprowadzony od 15 listopada zakaz palenia Maćko wraca do domu śmierdzący jak popielniczka. Dla niego poranek nie jest niczym przyjemnym, niechętnie wstaje z łóżka. Zostawiam go „pod opieką” :-) Jagódki, a z Karoliną jadę do TVN Warszawa poopowiadać o BioBazarze, który tego dnia rusza na ulicy Żelaznej 51/53. Karolina opowiada o naturalnych zabawkach, a ja o miejscach, w których najchętniej kupujemy produkty spożywcze. Po nagraniu jedziemy przekonać się na własne oczy jak to wszystko wygląda.
Jest super! Mamy godzinę 9 z minutami, a tam nie da się szpilki wcisnąć! Poza tym zaskakuje mnie bogactwo asortymentu. Kupujemy miód, olej lniany, sery produkowane na Mazurach i moje ukochane vege-żelki. Mało jest tylko stoisk z zabawkami. Karola jest tym faktem trochę rozczarowana, ale dodatkowe opakowanie słodkich miśków jakoś rekompensuje jej te braki. Targ ma się odbywać w każdą sobotę aż do świąt, w tym samym miejscu w godzinach 8.00-17.00 Polecam! To kolejna miła alternatywa dla soboty spędzonej w centrum handlowym :-).
W poniedziałek zaczyna się prawdziwa zima. Rano bez większych trudności dojeżdżamy do Dzień Dobry, ale już po wyjściu ze studia, po godzinie 11 ledwo udaje nam się wyjechać samochodem z parkingu. Ponieważ Maciek wybiera się razem ze swoim kolegą koło południa do Austrii na deskę, podrzuca mnie na spotkanie do restauracji Goode Foode, a sam wraca szybko do domu spakować się.
W Goode Foode odbywa się zamknięta konferencja poświęcona nowej generacji kosmetykom Skin Ceuticals. Jemy pyszne śniadanie, które składa się z granoli z jogurtem i kilku owocowych koktajli. Smarujemy się rozmaitymi olejkami, kremami i… z przerażeniem patrzymy na to, co się dzieje za oknem. Przed wyjściem szczelnie zawijam się szalikiem i dochodzę do wniosku, że do domu najszybciej wrócę tramwajem. I to jest słuszna decyzja… Jadąc tramwajem widzę zakorkowane ulice i cieszę się, że zdecydowałam się na taki środek lokomocji. Kilka godzin później dostaję telefony od znajomych, że trasa, którą normalnie pokonywali w 15-30 minut przez opady śniegu i paraliż miasta wydłużyła im się średnio od 3 do 5 godzin…
W domu zastaję Maćka, który razem z Rafałem zastanawia się, czy nie odwołać wypadu do Soelden. Przez CB dowiadują się, że wyjazd z samej Warszawy zajmie im około 6 godzin… Wygrywa zdrowy rozsądek. Panowie przekładają wyjazd na następny tydzień.
Zamiast biegać po głośnych centrach handlowych w poszukiwaniu mało oryginalnych prezentów gwiazdkowych dobrze jest wybrać się z dziećmi na jakiś przedświąteczny jarmark. My mamy to szczęście, że odbywa się taki co roku w Karoliny przedszkolu. Dochodzimy więc do wniosku, że stanowi to świetny pretekst, by w końcu odwiedzić to miejsce. Już przy wejściu spotykamy znajomych rodziców, porównujemy dzieci, bo w ciągu ostatniego roku urodziło się ich trochę.
Jagódka jest bardzo zainteresowana, wszystkiemu się przygląda, do każdego uśmiecha, na paniach przedszkolankach chyba chce zrobić szczególnie dobre wrażenie, by za 3 lata ją tutaj przyjęły :-).
Karolina w sekundę po wejściu do budynku znika nam z pola widzenia. Spotyka dużo swoich koleżanek, za którymi się bardzo stęskniła. Ponieważ na jarmarku jak zwykle można kupić przepiękne zabawki, świeczki, naczynka, przetwory zaczynamy wszystko dokłądnie oglądać w poszukiwaniu czegoś na prezenty. Korzystając z nieobecności naszej starszej księżniczki kupujemy dla niej i jej ciotecznej siostry Łucji dwa komplety ślicznych naturalnych woskowych kredek w malutkich metalowych pudełkach. Będę świetnym dodatkiem do świątecznych upominków. Karola rysowała nimi w przedszkolu przepiekne prace, więc chyba ucieszy się z tego drobiazgu. Poza stoiskami z rozmaitymi ręcznie wykonanymi produktami na jarmarku dzieci mogą zwiedzić grotę krasnala, kowala, zrobić ozdoby na choinkę, posłuchać bajki, a gdy zgłodnieją zjeść kawałek jakiegoś ciasta i napić się soku lub herbaty. Czas i Karolci i nam mija bardzo szybko, ale udaje się nam chociaż chwilę z prawie każdym porozmawiać. To naprawdę magiczne miejsce. Super, że Jagódka również będzie mogła się o tym przekonać.
Kolejny tydzień zaczynam intensywnie. Pobudka 6 rano, Karola do szkoły, my na 7.30 do Dzień Dobry. Do 11 w studio, potem szybkie ogarnięcie i na 11. 45 do studia Polsat Cafe na nagranie programu Dobrenocki. Całe szcęście jest małe opóźnienie i mogę wyskoczyć do Promenady na skromne śniadanie i kawę. O 14.30 kończymy i parę minut po 15 jestem w domu… padnięta. O 19 w kinie na Sadybie ma się odbyć premiera 50 filmu Walta Disneya pt. ” Zaplątani”. Wiem, że nie dam rady, dlatego Mąciek leci na 16.00 do szkoły odebrać Karolę, ja w tym czasie robię obiad. Wracają o 16.30. Jedzą i biegiem na 17.00 na taniec. Po zajęciach mają już nie wracać do domu tylko pojechać prosto do kina, a ja zostaję z Jagodzianką :-). Okazuje się, że decyzja była słuszna, bo wracają z kina po 22, gdy ja już prawie zasypiam. Podobno akurat w ich sali była mała awaria i film puszczono z godzinnym opóźnieniem… W moim stanie chyba bym tego nie wytrzymała :-). Mimo to Karola wraca zachwycona. Twierdzi, że film był super!
Gdy mam nienajlepszy humor lub gdy źle się czuję poza moją najbliższą rodziną bardzo pomagają mi moje dwie przyjaciółki. Wiem, że zawsze mogę na nie liczyć. Jak tylko mogę staram się odwdzięczyć im tym samym. Dlatego gdy po telefonie do jednej z nich dowiaduję się, że nie może się ze mną spotkać, bo z bólem gardła siedzi pod kołdrą w domu, postanawiam zrobić jej niespodziankę i wieczorem, po pracy i przygotowaniu dziewczynek do spania pojechać do niej i zawieść jej coś smacznego i rozgrzewającego do jedzenia. Z domu wychodzę z zupą ogórkową, dużym kawałkiem imbiru, świeżo wyciskanym sokiem marchwiowym, aromatyczną pomarańczką i małą bieliźnianą niespodzianką :-). Ponieważ Ala mieszka na Saskiej Kępie koło, podobno, bardzo dobrej cukierni, w ostatniej chwili kupuję w niej jeszcze dwie kruche babeczki z owocami. Będą świetne do herabaty.
Niespodzianka sie udaje, Ala jest mega zdziwiona, gdy słyszy mój głos w domofonie. Po wejściu do mieszkania od razu siadamy w kuchni, bo to chyba takie miejsce w prawie każdym mieszkaniu, w którym najlepiej się rozmawia. Ala faktycznie wygląda kiepsko, w przykrótkim sweterku, grubych skarpetach wygląda jak jedno wielkie nieszczęście. Po zajrzeniu do torebki z ciastkami zaskoczona pyta skąd wiedziałam, że to jej ulubione, ale gdy wyciągamy babeczki obydwie wybuchamy śmiechem, ponieważ jedna z nich jest… nadgryziona :-). Jak widać są tak pyszne, że aż nie można się im oprzeć. Wracam do cukierni i gdy pokazuję sprzedawczyni mój niekompletny zakup, ta robi się purpurowa ze wstydu i tłumaczy, że ciastko musiało się ukruszyć podczas pakowania. Ciekawe w takim razie gdzie wyparował brakujący kawałek :-).
Wracam z nowymi ciastkami. Babeczki są wyśmienite. Po dwugodzinnej wymianie spostrzeżeń dotyczących otaczającej rzeczywistości opuszczam Saską Kępę i wracam do domu, a tam w wygrzanym łóżku0 ,zamiast męża, czekaja na mnie dwie najpiekniejsze istotki na świecie.
Do tej pory na różnego rodzaju spotkania w szkole Karoliny (przygotowanie do pasowania na ucznia, spotkanie informacyjne, pierwsze zebranie…) wysyłałam Maćka . W końcu przyszedł czas na mnie…
Myśląc tylko o tym żeby się nie spóźnić biegnę do podstawówki Karoliny pełna obaw. Czy dobrze się uczy, jak się odnajduje w nowym środowisku, czy nie sprawia kłopotów. Od Karoliny uzyskujemy z Maćkiem dość szczątkowe informacje na temat tego , co się dzieje na lekcjach, dlatego próg budynku szkoły mijam z lekko podwyższonym ciśnieniem :-)
Na początku spotkania każdy z rodziców otrzymuje teczkę z aktualnymi dokonaniami dziecka. Otwieram. Moim oczom ukazuje się plik kilkunastu kartek ze sprawdzianami z polskiego, matematyki i angielskiego. Na praktycznie każdym… maksymalna ilość punktów. A moje dziecko twierdzi , że jest prawie najgorsze w klasie… Na zakończenie czytam kartę z opisem dokonań ucznia. Kolejne zaskoczenie. Czuję się jakbym wychowywała geniusza :-) Karola albo zbyt krytycznie do wszystkiego podchodzi, albo… chciała mi zrobić niespodziankę. Po takim rozpoczęciu dalsza część zebrania przebiega w bardzo pozytywnym nastroju. Do domu wracam jak na skrzydłach. Wbiegam do pokoju Karoliny i ściskam ją tak mocno, że mało nie uduszę! A gdy opowiadam o moim zaskoczeniu tak dobrymi ocenami, Karola robi wielkie oczy i tłumaczy, że wcale nie są dobre. Czyli jednak mamy przewrażliwione dziecko. Na zakończenie mówię jej, że dla mnie jej wyniki w nauce są naprawdę satysfakcjonujące :-).
Następnego dnia wyjeżdżam do Poznania. W ciągu ostatnich 2 miesięcy to juz moja trzecia wizyta w tym mieście. Wstaję wcześnie i na dworzec centralny docieram przed 9 rano. Kupuję grudniowe Elle, bo jest w nim artykuł, poświęcony m.in. naszej rodzinie :-. Mam pociąg o 9:40, więc spokojnie staję w kolejce do kasy. Gdy proszę o bilet z miejscówką kasjer odpowiada mi, że miejscówki nie może mi sprzedać. Dlaczego? Bo można je kupić najpóźniej na 2 godziny przed planowanym odjazdem pociągu. Paranoja. Pytam czy wynika to z braku miejsc siedzących. Otóż nie, taki po prostu ktoś wymyślił przepis. Od okienka odchodzę z biletem na przejazd 1 klasą, ale bez miejsca siedzącego. Z gigantyczną torbą pod pachą będę najwyżej stać na korytarzu… przez ponad 3 godziny… Super perspektywa, a to jeszcze nie koniec… Kolejne pytanie brzmi: skąd odchodzi w/w pociąg? Na elektronicznej tablicy widnieje peron 2, pani w informacji podaje peron 3, na rozpisce peron 4. Na chybił trafił schodzę na peron 4…, na który po kilkunastu minutach wjeżdża kolejka do Poznania. Zajmuję miejsce przy oknie w pierwszym przedziale wagonu i czekam, aż ktoś mnie z niego wyprosi :-). Oczywiście natychmiast pojawia się straszy mężczyzna, który z uśmiechem na ustach wyjaśnia, że zajęłam jego miejsce. Przenoszę się obok i czekam dalej. Wchodzi kolejny pan, ale tym razem nie muszę się przesiadać. Pociąg rusza, więc mam ok. 90% szans, że nikt mnie juz stąd nie wyprosi. Do Poznania dojeżdżam parę minut po 13 a z dworca odbierają mnie organizatorki spotkania „Świadoma mama”, które mam poprowadzić. Ponieważ ma się ono zacząć o 16:00 wspólnie jedziemy na obiad do Spotu, restauracji i designerskiego sklepu w jednym. Tam zjadamy pyszny makaron i omawiamy szczegóły spotkania.
Punktualnie o 16 rozpoczynamy. Pierwszym zaproszonym gościem jest psycholog, który omawia bardzo szczegółowo mechanizmy zachodzące w kobiecym ciele i psychice podczas ciąży i po porodzie, następnie na pytania ciężarnych pań ( a jest ich ponad 50) odpowiadają panie dietetyczki. Trzecim zaproszonym ekspertem jest poznańska doula, czyli kobieta pomagająca mentalnie podczas porodu. Każdy z wykładów jest poprzeplatany krótkimi pokazami mody ciążowej a na zakończenie spotkania zostaje wylosowanych 13 nagród przygotowanych specjalnie z myślą o kobietach w ciąży.
O 19 jest już po wszystkim, więc pędem gnam na dworzec, by zdążyć na ostatni pociąg do Warszawy. Tym razem z biletem na miejsce siedzące :-)
Kolejnego dnia muszę trochę odreagować, bo zmęczenie daje się we znaki w postaci potwornego bólu głowy i dreszczy, ale popołudniowa drzemka potrafi zdziałać cuda. Wstaję jak nowo narodzona. Wieczorem wychodzę z Maćkiem i naszymi znajomymi na wystawę do Zamku Ujazdowskiego. W Centrum Sztuki Współczesnej ma się odbyć uroczyste wręczenie nagród laureatom konkursu Samsung Art Master. Wystawa mnie nie poraża, ale cieszę się, że mają miejsce takie inicjatywy, a młodzi artyści mogą w nich zaistnieć. Jednak po godzinie postanawiamy zmienić miejsce , a doznania z zakresu kultury wysokiej zamienić na te nieco niższe. Po bezalkoholowej Margaricie i dużej porcji belgijskich frytek w pewnej głośnej knajpie w centrum Warszawy jestem w pełni usatysfakcjonowana i mogę wracać do domu.
Grześ Łapanowski jest jednym z moich ulubionych kucharzy. Bardzo lubię słuchać z jaką pasją opowiada o gotowaniu. Poznaliśmy go zanim razem z Maćkiem zaczęłam gotować w DDTVN. Podczas jednej z wizyt w programie widząc, że w kuchni akurat jest Łapa, postanowiłam do niego podejść i poznać go. Okazał się , tak jak się oczywiście spodziewałam, bardzo sympatycznym chłopakiem ( nawet próbowałam zeswatać go z moją koleżanką :-) , ale nic mi z tego nie wyszło…).
Nasza kuchnia różni się od tego, co przygotowuje Grześ, ale mamy jedną wspólną cechę. Poczucie misji :-). Chcemy przekonywać ludzi, że we własnym domu można przygotować cudowne rzeczy do jedzenia, a potem cieszyć się posiłkiem ze swoją rodziną lub przyjaciółmi. Kilka razy z inicjatywy Łapanowskiego bierzemy udział w różnego rodzaju wykładach i spotkaniach kulinarnych. Gościnnie uczestniczymy we współtworzonej przez niego fair trade’owej książce kulinarnej ( czyli takiej wspierającej idee sprawiedliwego handlu). Podczas prowadzonych wspólnie warsztatów kulinarnych w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie bawimy się tak dobrze, że na kolejne takie spotkanie Grześ nie musi nas długo namawiać. Mamy przygotować razem z 7-9 uczestnikami 2-3 potrawy. Prowadzimy jedno z 4 stanowisk. Grzegorz tym razem wciela się w rolę prowadzącego. Przez godzinę razem z naszą grupą przygotowujemy makaron ryżowy w zielonym curry z mleczkiem kokosowym, salsę pomidorowo-paprykową z grzankami oraz sałatkę z buraków, oscypka i sezamu. A potem to wszystko zjadamy! To cudowne uczucie podzielić się z kimś swoimi patentami i przepisami, a potem zjeść wspólnie przygotowany posiłek. Rewelacja!
Do domu wracamy tak naładowani pozytywną energią, że z tego wszystkiego nie możemy
zasnąć :-).
1 listopada w poniedziałek mimo Dnia Wszystkich Świętych gotujemy w Dzień Dobry. Nie bardzo wiedzieliśmy jak ugryźć ten temat żeby nikogo nie urazić, ale po przewertowaniu różnych stron w internecie okazuje się, że w wielu kulturach te święta mają nieco inny, weselszy charakter niż w Polsce. I tego postanawiamy się trzymać. Przygotowujemy meksykańską zupę z kukurdzą-pozole, meksykański deser z mąki kukurydzianej z dodatkiem kakao- champurrado, zielony groszek po włosku oraz niemieckie ciasto strietzel. W Polsce również do końca XIX w. był zwyczaj przygotowywania jedzenia i wspólnego biesiadowania podczas tych świąt, niestety zaniknął…
Listopad nie jest moim ulubionym miesiącem w roku. Przeważnie dopada mnie w tym okresie jesienna chandra. Tym razem jest trochę lepiej, ale coraz krótszy dzień i częste opady deszczu nie ułatwiają mi życia. Żeby poprawić sobie trochę humor jadę do sklepu z bielizną i wybieram biustonosz i figi w kolorze pięknego, intensywnego amarantu, z malutkimi czarnymi kokardkami. Ze sklepu wychodzę w nastroju rewelacyjnym :-). Proszę, jak niewiele potrzeba :-).
Poza zdjęciami do naszej książki musimy wykonać dodatkowo zdjęcie i przepis dla Cukru Królewskiego, z którym współpracowaliśmy przy naszej drugiej książce poświęconej słodyczom. Jest to doskonałym pretekstem do ponownego spotkania się z Jackiem, który był autorem zdjęć w książce. Z Jackiem pracuje się szybko, efektywnie i …przede wszystkim bezstresowo :-). My gotujemy, robimy aranżację , a on zajmuje się resztą. Po kilku godzinach mamy ponad 300 zdjęć, z których wybieramy 11 ustawień. Jak zwykle zdjęcia wyszły lepiej niż myśleliśmy :-).
11 listopada moja Jagódka kończy pół roczku!!! A ja tego dnia zupełnie wyjątkowo, w związku z aukcją dla chorego Kubusia gotuję w DDTVN razem z Tomkiem Jakubiakiem, który również zaangażował się w tę akcję ( więcej na ten temat na stronie Dzień Dobry TVN). Tomek na aukcję wystawia… przygotowany w domu licytującego obiad, ja przygotowuję słój ręcznie robionych pralinek. Poza nami na allegro swoje łakocie, książki i inne rzeczy związane z kuchnią wystawiła całą masa kulinarnych blogerów. Mam nadzieję, że akcja przyniesie zamierzony skutek :-) i pomoże rodzicom Kuby zebrać pieniądze niezbędne do dalszej rehabilitacji chłopca.
Kolejny weekend staje się pretekstem do odwiedzenia Podlasia. Jedziemy do miejscowości Supraśl, by tam w hotelu Lipowy Most obejrzeć pokaz mody młodej ( ślicznej!) projektantki Elwiry Horosz. Elwira wykonuje rzeczy z niebywałą precyzją. Tworzy kreacje wręcz teatralne (kostiumografią również się zajmuje). Pokaz, któremu towarzyszy występ taneczny Białostockiej grupy Fair Play Crew ( jej członkowie występowali m.in. w programie „You can dance”) jest bardzo udany. Psuje go jedynie przydługi występ pewnego śpiewaka operowego, który niestety postanowił zdominować całe spotkanie…
Okolica hotelu jest przepiękna. Znajdujemy się w samym sercu Puszczy Knyszyńskiej. W drodze powrotnej zatrzymujemy się na obiad w Białymstoku. Zjadamy pyszny makaron, zwiedzamy rynek i tuż po zachodzie słońca wyjeżdżamy z miasta. Najbardziej żałuję, że nie daliśmy rady obejrzeć muzeum ikon w Supraślu, bo podobno to największy tego typu zbiór w Europie, ale może uda nam się to kolejnym razem :-).
Lubię wspierać ciekawe inicjatywy ;-). Może sama nie mam wystarczająco dużo czasu, żeby zorganizować coś samodzielnie ( wszystko przede mną :-), ale jeżeli tylko mogę i widzę, że ktoś robi coś mądrze, z głową to bardzo mu kibicuję. Dlatego biorę udział w październikowym szafingu dzięcięcym organizowanym przez Kingę z Polekonta i Alicję z portalu „Dzieci są ważne”. Razem z innymi mamami spotykam się na Saskiej Kępie w prywatnym mieszkaniu w okolicach południa z siatami wypchanymi ubrankami, z których wyrosły nasze dzieci. Do godziny 16:00 przymierzamy, porównujemy, kupujemy i wymieniamy spostrzeżenia dotyczące dziecięcej mody :-) Z radością pozbywam się większości ciuchów moich dziewczynek, a w zamian za nie udaje mi się wyszperać śliczne kalosze, trampki, kilka sztuk body dla Jagódki, czapkę, bluzę i kamizelkę. Imprezę opuszczam zachwycona! Nie wydałam ani złotówki ( niektóre ciuchy kupiłam za pieniądze ze sprzedaży moich ubranek, a pozostałe wymieniłam), a satysfakcję mam o wiele większą niż podczas wielogodzinnych wycieczek po centrum handlowym…
Gotowanie obiadów, nawet dla dużej ilości gości, raczej nie sprawia mi większych trudności, ale fajnie jest zjeść coś od czasu do czasu na mieście. A jeszcze przyjemniej jest zrobić to w rodzinnym gronie. U Mielżyńskiego zawsze można znaleźć coś smacznego. Na niedzielny obiad zamawiamy dyniowe gniocchi, a na przystawkę parmezan i oliwki. Do tego dobre (i niedrogie :-) białe, wytrawne wino. Oczywiście ja nie piję, ale wystarcza mi delikatne zamoczenie ust w kieliszku, by przekonać się, że niestety dużo mnie omija… Pozostaje mi woda mineralna. Cóż, ze względu na Jagódkę wolę nie ryzykować :-). Na wspólne jedzenie zapraszamy mamę Maćka i dzięki temu możemy w końcu spędzić z nią trochę czasu. Teoretycznie powinna być już na emeryturze, ale chyba jeszcze długo nie skorzysta z tego „przywileju” i chociaż mieszkamy bardzo blisko siebie, takie wyjścia oraz czasami wspólne wypady na działkę są jedyną możliwością do spotkania. Do domów wracamy w świetnym nastroju. Przed nami kolejny pracowity tydzień…
Po gotowaniu w Dzień Dobry TVN lęcę na nagranie dwóch odcinków programu Agaty Młynarskiej w Polsat Cafe, kolejnego dnia nagranie audycji Marzeny Rogalskiej w Radiu Złote Przeboje, następnego piszę felieton do magazynu Estilo, z którym współpracuję już ponad rok, w między czasie powstają kolejne zdjęcia do naszej trzeciej książki, a w połowie tygodnia udaje mi się wyrwać wieczorem na spotkanie… z moimi przyjaciólkami z podstawówki. Czas mija nam zbyt szybko. Czuję duuuuży niedosyt…
W piątek wieczorem nasz znajomy,Konrad zaprasza nas na swoje 27 urodziny. W prezencie przygotowujemy mu pyszny tort a la tiramisu, który dość mocno nasączamy alkoholem :-). Zapakowany w przezroczystą folię i obwiązany wielką złotą wstążką udaje nam się dowieźć na miejsce bez najmniejszego uszczerbku. Po pokrojeniu na porcje podobno znika w oka mgnieniu. Niestety nie możemy przekonać się o tym osobiście, bo następnego dnia mamy wyjechać z dziewczynkami dość wcześnie na działkę, dlatego z urodzin wracamy do domu przed północą.
To koniec października, a pogoda jest nadal bardzo ładna. Korzystając z łaskawej aury zaraz po przyjeździe i szybkim śniadaniu ruszamy na długi spacer. Miejsce, w którym znajduje się działka o tej porze roku w niczym nie przypomina gwarnego letniska. Jest cicho, spokojnie, na większość posesji już nikt nie odwiedza i choć dzień jest już krótki w tym okresie i wczesną wiosną najbardziej lubię tu przyjeżdżać. Ze spaceru wracamy z dużym bukietem… dzikiej mięty. Wykorzystamy ją podczas poniedziałkowego gotowania w telewizji :-). Wieczoru nie spędzamy już w zgodzie z naturą :-) Wciągnięci w zmagania „młodych, zdolnych” oglądamy klejny odcinek „Mam talent”. Kibicujemy Sabinie, której głos powala nas na kolana. Całe szczęście młoda wokalistka przechodzi dalej:-). Niedzielny poranek wita nas jeszcze piękniejszą pogodą. Przetleniona Jagoda prawie cały dzień śpi na dworzu w wózku, a my zupełnie nie przyzwyczajeni do takeigo komfortu nie bardzo wiemy, co zrobić z taką ilością wolnego czasu :-). Ja w końcu zabieram się za generalne sprzątanie samochodu. Wiem, że przy dwójce dzieci czystą tapicerką nie nacieszę się zbyt długo, ale nawet pozbycie się z samochodu nagromadzonej przez Karolinę rekordowej ilości butelek po wodzie powoduje, że daję słowo, samochód sprawia wrażenie dwukrotnie większego!!! Potem przychodzi czas na mycie i polerowanie karoserii. Po prawie 2-godzinnych zmaganiach samochód wygląda prawie jak nowy, nie licząc dwóch delikatnych obtarć lakieru :-). W końcu nie będę się wstydzić sąsiadów:-)
Od naszego wyjazdu na Kretę minął już miesiąc. Przez ten czas wydarzyło się wiele interesujących rzeczy…
Zaraz po powrocie z urlopu jedziemy na otwarcie nowego atelier Joli Słomy i Mirka Trymbulaka na warszawskim Powiślu. Poznaliśmy ich przy okazji pisania naszej pierwszej książki. Bardzo nam wówczas pomogli i udzielili wielu cennych wskazówek. Po rozmowie z nimi nabraliśmy przekonania, że wydawanie książek kucharskich jest w zasięgu naszych możliwości.
Salonik jest malutki, ale bardzo przytulnie urządzony, co jest z resztą typowe dla Joli i Mirka. Dzięki bogatej dekoracji wnętrza i dużej dbałości o szczegóły nadają mu wyjatkowy charakter. Wieczór jest poświęcony… koszulom szytym na miarę. Razem z Maćkiem przeglądamy wzorniki z przepięknymi, szlachetnymi materiałami, zapoznajemy się z możliwościami wykończenia oraz… mamy możliwość skosztowania różnych przekąsek przygotowanych na tę okazję przez duet Słoma-Trymbulak :-). Ze względu na dziewczynki nie zostajemy w atelier zbyt długo, ale wkrótce będziemy mieli możliwość spotkać się z Jolą i Mirkiem na dłużej, przy okazji planowanych warsztatów kulinarnych…
Jedną z przyjemniejszych rzeczy jest możliwość wspierania oraz wyszukiwania młodych talentów. Dlatego gdy dostaję propozycję bycia jednym z człoków jury konkursu ” Erotyzm w oczach kobiet”, który ma się odbyć w Poznaniu, nie zastanawiam się ani chwili.
Do Poznania wyjeżdżam razem z moją przyjaciółką. Zatrzymujemy się w przepieknym hotelu, który powstał w budynkach… starych koszar wojskowych :-). Jest świetnie zaadaptowany i robi ogromne wrażenie. Pokoje znajdują się na piętrze, parter zajmują lokale usługowe, a w dodatkowym budynku znajduje się śliczny, przeszklony, pokryty malusieńką mozaiką basen. Po szybkiej zupie, którą zjadamy w jednej z kawiarni, której specjalnością są różnego rodzaju bajgle pieczone na miejscu, udajemy się do kina Muza. Przez prawie 2 godziny będziemy tu oglądać filmy, zgłoszone na konkurs przez kobiety z całej Polski. Niestety poziom artystyczny nie jest specjalnie wysoki :-( Ze wszystkich ponad 30 zgłoszeń jedynie 2 zwracają naszą uwagę. Maria Peszek ( przewodnicząca jury) składa propozycję, by nie przyznawać żadnych nagród, jedynie wyróżnienia, co według niej ma zmobilizować kobiety do odważniejszej pracy przy kolejnych edycjach tego konkursu. W 100% podzielam jej stanowisko, ale postanawiam przyznać dodatkowe nagrody w postaci książek, które ze sobą przywiozłam. Do dwóch finalistek wędrują książki ” Fajna babka, ale ciacho” :-)
Po ” burzliwych” obradach udajemy się na wspólną kolację do winiarni Mielżyńskiego, która znajduje się na terenie kompleksu hotelowego. Na wspólnych rozmowach, którym towarzyszy przepyszne wino i rozmaite przekąski, mija nam cały wieczór. Koło 23 razem z moją ” best friend” :-) opuszczamy towarzystwo, bo chcemy trochę poplotkować:-) w rezultacie ona zasypia, a ja do późnej nocy oglądam jakieś bzdury w telewizji…
Drugi dzień zaczynamy od wizyty na wspomnianym wcześniej basenie. Jesteśmy pierwsze! Jest 8 rano, za oknami świeci słońce, a my mamy do swojej dyspozycji cały basen!
Po szybkim, smacznym śniadaniu, biorę udział w sesji zdjęciowej, która ma być opublikowana na stronie poświęconej erotyzmowi kobiet. Bez obaw:-), na zdjęciach nie jestem ani trochę roznegliżowana :-) towarzyszą mi jedynie… duże ilości… jabłek. To chyba ma nawiązywać do biblijnej Ewy…
Po sesji ponownie udajemy się do kina na oficjalne ogłoszenie wyników, a po całej uroczystości wyruszamy na podbój miasta. Jest pięknie. Postanawiam odwiedzić Łukasza Czajkowskiego, młodego poznańskiego projektanta, którego miesiąc wcześniej poznałam podczas pobytu w Puszczykowie. Udaje nam się spotkać w jego atelier. Poddasze starej kamienicy ma w sobie coś magicznego. W takiej przestrzeni z pewnością łątwiej jest pracować nad nowymi projektami. Łukasz spotyka się z nami tylko na chwilę, bo „urwał” się z sesji zdjęciowej, ale udaje nam się zjeść razem przepyszną szrlotkę i obejrzeć jego najnowsze pomysły. Jesteśmy pod ogromnym wrażeniem jego talentu, dlatego kupuję od Czajkowskiego kolejne spodnie…
Do domu wracam wytęskniona za moimi dziewczynkami, za Maćkiem też, ale one zawsze będą zajmowały pierwsze miejsce w moim sercu, ale chyba tak ma już każda matka…
Kolejny tydzień zaczynamy od sesji zdjęciowej dla miesięcznika Elle. Efekty będzie można oglądać w numerze świątecznym :-). W połowie tygodnia udaję się na przejażdżkę po Bemowie z ekipą programu emitowanego na antenie TVN Warszawa pt. ” Jazda warszawska”. Podczas 30-minutowej jeździe samochodem zwiedzamy różne zakątki dzielnicy, rozmawiając przy okazji na najróżniejsze tematy. Czas mija zadziwiająco szybko. Mam nadzieję, że widzom zleci równie błyskawicznie :-).
W połowie miesiąca przychodzi czas na wielkie cięcie. Obcinam włosy! A właciwie Januszek mi je obcina, a potem w domu włosy skaracają się jeszcze bardziej za sprawą mojego kochanego męża:-). Wszystko dlatego, że Karola nazwała mnie pudlem… cóż, dzieci potrafią być brutalne :-). W nowej fryzurze czuję się świetnie i chyba krótkie włosy zagoszczą na mojej głowie na dłużej…
Miejscowość Aghia Pelagia znajduje się w środkowej części Krety. Ponieważ mamy już za sobą zwiedzanie zachodniej części, kolejnego dnia wyruszamy na wschód. Chcemy dotrzeć na najdalej wysunięty kraniec, gdzie znajduje się najpiękniejsza na wyspie plaża, którą porastają palmy daktylowe. Wyruszamy z hotelu zaraz po śniadaniu. Pierwsze 50 km jedziemy szybką dwupasmową drogą, która niestety kończy się niespodziewanie, co poważnie spowalnia naszą podróż. Po kolejnych 20 jesteśmy tak umęczeni, że postanawiamy dotrzeć tylko do miejscowości Agios Nikolaos. Do bajecznej plaży pozostaje ok. 70 km. Trudno. Dochodzimy do wniosku, że stanie się to dobrym pretekstem, by Kretę odwiedzić ponownie. Nie musimy przecież przez tydzień dotrzeć do wszystkich ciekawych zakątków. W Agios Nikolaos zatrzymujemy się w cudownej kawiarni. Pijemy pyszną kawę, jemy greckie ciastka z fetą, a po małej przegryzce udajemy się na zwiedzanie miasta. Gdy dochodzimy do centrum nagle dociera do nas, że … już kiedyś byliśmy w tym miejscu (byliśmy na Krecie 5 lat temu). Po tym odkryciu szybko wracamy na parking i wyruszamy w dalszą drogę. Przez Gournię i Ierapetrę docieramy do dziury o nazwie Mirtos, o której w przewodniku napisano, że: „(…) jest miejscem, do którego przyjeżdża się na jeden dzień, a zostaje na kilka miesięcy (…)” No nie wiem, czy chciałabym w Mirtos zostać na kilka miesięcy, ale obiad zjadamy tu najlepszy na Krecie. Zamawiamy całą masę różnych wegetaraińskich smakołyków w bardzo przystępnych cenach. W ten sposób za niecałe 17 euro możemy skosztować duszonych z czosnkiem bakłażanów, grzanek z pomidorami i serem, pieczonych ziemniaków, czy greckiej sałatki:-), która w końcu smakuje tak, jak powinna. Po pysznym obiedzie po mału kierujemy się w stronę Iraklionu, jednak droga, która wybieramy jest wąska i kręta, dlatego powrót zajmuje nam potwornie dużo czasu. Gdy docieramy do stolicy wyspy próbuję namówić Maćka na minimalne zboczenie z trasy, żeby zobaczyć Arolithos, która podobno słynie z całej masy atrakcji turystycznych. Hmmm, jakoś nie zauważyłam. Po opuszczeniu Arolithos jedziemy już prosto do hotelu. Maciek jest tak zmęczony, że zostaje z Jagódką w pokoju, a ja z Karoliną szybko przebieramy się w kostiumy kąpielowe i wskakujemy do basenu :-). Kąpiel jest tak przyjemna, że po kilkunastu minutach wracam do pokoju i namawiam Maćka, żeby i on trochę popływał. Po krótkim relaksie w wodzie udajemy się na kolację. Hotelowi kucharze wyraźnie się rozkręcają, bo jedzenie jest coraz smaczniejsze. Wieczorem dochodzimy do wniosku, że już nie mamy ochoty na zwiedzanie wyspy i ostatnie dwa dni naszego urlopu chcemy spędzić nad basenem :-), opalać się, pływać i pić identyczny z naturalnym sok pomarańczowy :-).
Tak jak postanowiliśmy następnego dnia zaraz po śniadaniu rozkładamy się na trzech wygodnych leżaczkach. Jagoda wskakuje do basenu razem z Karoliną. Chociaż woda jest dość chłodna, Jagodzianka głośno protestuje krzykiem, gdy tylko próbujemy ją wyciągnąć. Zawsze wydawało mi się, że takie leżenie nad basenem jest potwornie nudne, a na zabawie w wodzie mija nam nie wiadomo kiedy prawie cały dzień. Wieczorem tradycyjnie z Karoliną siadamy nad książkami i przez prawie dwie godziny na tarasie kreślimy szlaczki, piszemy literki, kolorujemy kolorowanki. Karola pracuje z takim zapałem, że aż przyjemnie na nią popatrzeć:-). Gdyby zajęcia lekcyjne przy ładnej pogodzie odbywały się na świeżym powietrzu, 99% dzieciaków byłoby prymusami, jestem tego pewna.
Ostatniego dnia jest mi trochę smutno, że ten czas tak szybko minął. Zawsze po tygodniowym pobycie w danym miejscu, mam ochotę na zmiany, a tym razem czuję, że nad tym cholernym basenem, kompletnie nic nie robiąc, mogłabym spędzic kolejnych 7 dni. Pogoda jest piękna, temperatura w dalszym ciągu w okolicach 30 stopni, a w Warszawie podobno 9… Dla poprawienia nastroju dostajemy informację, że nasz powrotny samolot odleci z wyspy nie o 6 rano, tak jak było planowane tylko… o 12 w południe!!!
Wieczorem udajemy się na shopping. Chociaż sklepy z pamiątkami wszędzie oferuja podobne artykuły, w kilku udaje nam sie znaleźć coś sensownego. Dla siebie i paru znajomych kupujemy grecką oliwę w blaszanych puszkach, czarne oliwki, miód, mydła z dodatkiem oliwy z oliwek i greckie słodycze. Karolina ze sklepu wychodzi z malutkim szmacianym raczkiem i żółwiem. Nie są zbyt piękne, ale wiem, że będą jednymi z ulubionych zabawek, podobnie jak żmijki przywiezione pół roku wcześniej z Fuerteventury.
W dniu wyjazdu udaje nam się zjeść na spokojnie śniadanie i ostatni raz wskoczyć do basenu. Chociaż był to tylko tydzień, wszyscy bardzo odpoczęliśmy. Mimo to z dużymi oporami wsiadamy do autokaru, który odwozi nas na lotnisko.
Podczas odlatywania z wyspy siedzę z nosem przyklejonym do szyby, a w myślach wciąż krąży mi jedno pytanie:” Dlaczego nie przyjechaliśmy tu na dłużej?…”