X-lander

Archiwum Kwiecień 2010

 

Pokaz mody Arkady

26 kwietnia 2010

 

Poprzedni tydzień minął tak szybko, że nawet się nie zorientowałam i już mamy kolejny poniedziałek… To prawdopodobnie mój ostatni poniedziałek z brzuszkiem:)

Wtorek miał być dość spokojny, dlatego nastawiałam się na bieganie po sklepach w poszukiwaniu ostatnich rzeczy potrzebnych dla maleństwa.

W poniedziałek wieczorem okazało się, że nic z tego. Awaryjnie mieliśmy gotować w Dzień Dobry. Wstaliśmy o 5 rano, żeby od 8.30 przygotowywać na antenie różne smakowitości z wykorzystaniem oscypków.

Po Dzień Dobry sprintem poleciałam na wcześniej umowiony wywiad, z wywiadu do domu po książki i materiały dla dziennikarzy, żeby o 15 pojawić się na spotkaniu w związku z najnowszą książką w jednym z wydawnictw.

Koło 17 myślałam, że zasnę na stojąco. ..

Kolejne dni faktycznie nie były aż tak zwariowane, ale mimo wszystko przebiegały dość aktywnie. W środę razem z Maćkiem obejrzałam dyplomowy pokaz mody MSKPU, który odbył się w Arkadach Kubickiego (piękne miejsce). Ponieważ w pokazie wzięło udział 28 młodych projektantów, z których każdy przygotował po kilkanaście kreacji, cała impreza trawała ponad 2 godziny. Najboleśniej odczuły to wszystkie osoby, dla których nie starczyło miejsc siedzących ( a była ich znakomita większość). Mnie najbardziej podobała się kolekcja zatytułowana “Jestem w kropce”- niestety nie pamiętam nazwiska autorki :(

Piątek 23 kwietnia był całkowicie podporządkowany imprezie niespodziance, jaką chciałam zrobić Maćkowi.

Maciek ma urodziny dokładnie za miesiąc, ale z wiadomych przyczyn w tym terminie trudno byłoby mi cokolwiek przygotować. Dlatego obdzwoniłam wszystkich najbliższych przyjaciół i znajomych i zaprosiłam ich do nas do domu na piątek na godzinę 20.00. Od samego rana udawałam bardzo zmęczoną. Poprosiłam Maćka żeby odebrał Karolę z przedszkola i pojechał razem z nią na zakupy. Ja w tym czasie obskoczyłam kilka osiedlowych sklepików, zrobiłam zakupy spożywcze i przygotowałąm sobie wszystkie niezbędne składniki na wieczorną ucztę. Dzień wcześniej kupiłam bilety do kina na wieczorny seans bajki pt. ” Jak wytresować smoka”, ale oczywiście tuż przed wyjściem zapytałam Maćka , czy ze względu na moje kiepskie samopoczucie nie mógłby pójść z Karolą zamiast mnie. To dało mi niecałe 1,5 h na przygotowanie wszystkich przekąsek dla gości, którzy pojawili się wyjątkowo punktualnie :)
Parę minut po 21 w drzwiach pojawił się Maciek z Karolą ( która nawet nie psinęła o niespodziance). Gdy zobaczył, że w dużym pokoju czeka na niego ponad 20 osób z dziećmi i śpiewają mu ” Sto lat” zamurowało go…

W sobotę z Karoliną i jej 3 przyjaciółkami pojechałam na premierę przedstawienia ” Ferdynad Wspaniały” w teatrze Bajka. Dziewczynki były zachwycone, chociaż przedstawienie z krótką przerwą trwało prawie 2,5 godziny. Po spektaklu dla dzieci przygotowano niespodziankę w postaci ogromnego tortu i innych smakołyków. A w niedzielę? W niedzielę wylegiwaliśmy się na słońcu na Polach Mokotowskich, skąd przenieśliśmy się do naszej ulubionej kawiarni na Żoliborzu- Kalimby na pyszną kawę zbożową i lemoniadę… Po tak udanym weekendzie, aż miło od poniedziałku znowu zabrać się do pracy:)

 

Zakopane

20 kwietnia 2010

 

Na początku kwietnia wyjechaliśmy na kilka dni w góry, żeby spędzić tam święta i oficjalnie zamknąć kolejny sezon narciarsko-snowboardowy.

Udało nam się namówić rodziców Maćka żeby pojechali razem z nami, dlatego wynajęliśmy pół góralskiego domku, żeby wszyscy czuli się swobodnie.

Po drodze do Zakopanego na obiad zatrzymaliśmy się w rewelacyjnej pizzerii w Kielcach, którą, pomimo, że nie jest ulokowana w ścisłym centrum miasta, powinien odwiedzić KAŻDY wielbiciel włoskich placków z dodatkami. Zamówiliśmy pizzę z ricottą, ze szpinakiem i zwykłą margaritę. Na naszym stole wylądowały trzy ogromne cieniutkie placki, które miały ok. 45 cm średnicy!!! Nie daliśmy rady zjeść wszystkiego, chociaż pizza była baaardzo smaczna. Resztę zabraliśmy ze sobą.

Na miejsce dotarliśmy dość późno, zmęczeni dlatego szybko zaplanowaliśmy strategię na kolejny dzień i poszliśmy spać.

Następnego dnia rano zaraz po śniadaniu wyruszyliśmy w kierunku Kasprowego. Maciek z deską, Karola i tata z nartami, a ja z mamą… ciepło ubrane.

Do kolejki nie było … kolejki:), więc na górę dostaliśmy się bardzo szybko. Trafiliśmy na bardzo kiepskie warunki, była mgła, zaczął padać śnieg i otwarty był tylko wyciąg na Gąsiennicową. Karolina założyła narty, ale po przejechaniu dosłownie 20 m usiadła i zaczęła płakać, że bardzo się boi i nie chce dalej zjeżdżać. Dlatego we trzy z mamą poszłyśmy na gorąco czekoladę, a panowie postanowili zmagać się z górą.

Maciek odpuścił po jednym zjeździe i również wybrał odpoczynek w barze, natomiast tata dzielnie jeździł przez prawie 2 godziny ( później przyznał, że nie sprawiało mu to specjalnej przyjemności:).

Kolejny dzień zapowiadał się zupełnie inaczej. Ponieważ obudziło nas słoneczko, postanowiliśmy sprawdzić, czy działa wyciąg na Szymoszkowej. I to był strzał w dziesiątkę, przynajmniej jeśli chodzi o Karolinę. Jeździła z małą przerwą prawie 5 godzin (!!!) i nie wykazywała najmniejszych oznak zmęczenia. Ja z mamą wybrałam opalanie w jednym z barów usytuowanych na stoku. Było cudownie! Myślałam, że się rozpłynę z rozkoszy.

Ostatniego dnia naszego pobytu ponownie wybraliśmy sie w to samo miejsce. Tym razem w końcu udało nam sie spotkać z naszymi znajomymi i moją przyjaciółką Alą. Zazdrościłam im bardzo tego, że mogą tak aktywnie spędzać czas, dlatego wybrałam sie z mamą na spacer w stronę Gubałówki, żeby choć trochę sie ruszyć. A po obiedzie namówiłam wszystkich żebyśmy pojechali na spacer do doliny Kościeliskiej ( ostatni raz byłam tam będąc równolatką Karoliny).
Umiarkowana ilość turystów sprawiła , że spacer był bardzo przyjemny. I te widoki…
W lany poniedziałek ( oj działo sie działo:) niestety musieliśmy wyjechać z Zakopanego.
Po drodze zatrzymaliśmy się w WYŚMIENITEJ restauracji Mamma Mia w Krakowie na ul. Karmelickiej, odwiedziliśmy zawsze piękny kościół Mariacki i kupiliśmy kilka drobiazgów na rynku, W Kielcach również zaliczyliśmy godzinny przystanek u naszych znajomych, aż w końcu w późnych godzinach wieczornych dotarliśmy do Warszawy.

 

Fuerteventura część 3

13 kwietnia 2010

 

Samochód wypożyczyliśmy na 3 dni, więc po dwóch dniach zwiedzania środkowej i północnej części przyszedł czas na eksplorację południowych zakątków wyspy.

Pomimo złożonej obietnicy byliśmy zmuszeni ponownie wjechać w głąb lądu, ponieważ… tylko jedna droga prowadziła do południowych miejscowości.

Po krótkim przystanku w Tarajalejo, które niestety nie było zbyt zachwycające ( poza tym , co dość dziwne na Fuercie, plaża pokryta była drobniutkim czarnym piaskiem) udaliśmy się na plażę pomiędzy Bahia Calma i Playa Esmeralda. To chyba najlepsze miejsce na całej wyspie do uprawiania Kitesurfingu. Duża przestrzeń, łagodne zejście do morza i potwornie silny wiatr to tylko nieliczne atuty tego miejsca. Duże wrażenie robi ponadto bardzo zachęcający spot, w którym można wypożyczyć sprzęt, umówić się na lekcję, napić drinka lub poleżeć na leżaku wśród palm :).

Na sam dół wyspy za bardzo nie chciało nam się jechać dlatego po krótkim przystanku w Costa Calma wróciliśmy do naszej miejscowości Caleta del Fuste.

Resztę dnia postanowiliśmy spędzić nad basenem łapiąc ostatnie promyki słońca.
Karola szalała z Maćkiem w basenie, a ja wygrzewałam się na leżaku czytając książkę. Po prawie trzech godzinach baaaardzo głodni pobiegliśmy na kolację, po której wybraliśmy się na długi spacer.

Ostatni dzień naszego pobytu na wyspie spędziliśmy praktycznie cały nad wodą. Ćwiczenie jogi na plaży było bardzo przyjemnym doświadczeniem, chociaż swobodniej czułam się na tarasie naszego hotelowego pokoju ( zasłonięta ze wszystkich stron szczelnym żywopłotem:) Starałam się jednak o tym nie myśleć, bo plaża była praktycznie pusta.

Ostatni dzień pobytu na wakacjach wiąże się przeważnie z kupowaniem pamiątek z wyjazdu dla siebie oraz bliskich. Niestety poza paroma drobiazgami nie udało nam się znaleźć nic nadzwyczajnie interesującego. Po długim szukaniu stanęło na trzech małych książkach kucharskich, wiklinowej torbie, sosach mojo oraz kilku zwierzątkach z materiału, które Karola miała zamiar rozdać swoim koleżankom w Warszawie.

Przed kolacją zostaliśmy wyciągnięci jeszcze na plac zabaw. Do pokoju wróciliśmy bardzo późno. Żeby odsunąć od siebie myśl nieuchronnego wyjazdu postanowiliśmy spakować sie dopiero następnego dnia rano.

Lot do Warszawy wydawał się o wiele dłuższy niż na Fuertę. Dodatkowo prognozy pogody nie nastrajały nas zbyt optymistycznie. Wsiadając do samolotu miałam na sobie jedynie sukienkę i sandałki ( Karola podobnie). Gdy dolatywaliśmy do stolicy, większość pasażerów samolotu zaczęła nakładać na siebie kolejne warstwy ubrań. Panika okazała sie jednak zbędna, bo na zewnątrz panowała znośna 10 stopniowa temperatura.

A kolejnego dnia zaczęło świecić piękne słońce i rozpoczęła się prawdziwa wiosna :)

 

Fuerteventura część 2

6 kwietnia 2010

 

Miejscowość , w której mieszkaliśmy nazywała się Caleta del Fuste i była chyba najprzyjemniejszym miejscem na wyspie na tygodniowy urlop.

Jak zwykle przed wyjazdem zakładaliśmy, że będziemy jedynie wypoczywać, czytać książki, leżeć na plaży lub przy basenie, ale … po dwóch dniach wypożyczyliśmy samochód ( cudną zieloną micrę) i postanowiliśmy zwiedzić wyspę.

Pierwszego dnia pojechaliśmy do wysuniętej najbardziej na północ miejscowości Corralejo. Znajduje się w niej port, z którego można przepłynąć promem na Lanzarote oraz Lobos. Ponieważ Corralejo spodobało nam się, podjęliśmy decyzję, że zostaniemy w nim na dłużej. Najpierw, po zakupieniu prowiantu usiedliśmy w centrum miasteczka, na betonowej ławce wyłożonej kobaltowymi kafelkami i zabraliśmy się do… przygotowywania lunchu :)

Mijające osoby patrzyły na nas z niedowierzaniem, ale chyba również z lekką zazdrością, ponieważ poza kilkoma barami z kurczakami i frytkami oraz kiepskimi kawiarniami ciężko było znaleźć tam jakiekolwiek miejsce z dobrym jedzeniem. Nasz “obiad” był pyszny.

Następnie udaliśmy się na plaże, na której potwornie wiało, dlatego wytrzymaliśmy na niej zaledwie godzinę.

Miłym punktem dnia była kąpiel pod plażowym prysznicem ( ze słodką wodą!!!). Po niej czułam się jak nowo narodzona i parę kilo lżejsza.

Zaraz przy Corralejo znajdują się największe wydmy na wyspie, dlatego wracając do hotelu postanowiliśmy na chwilę się przy nich zatrzymać. Zrobiły się z tego… prawie 3 godziny. Większą cześć czasu spędziliśmy na plaży. Wiało równie silnie jak w Corralejo, ale widok warty był poświęcenia.

Kolejnego dnia udaliśmy się do El Cotilo, czyli miejsca, w którym są podobno najlepsze warunki do uprawiania surfingu. Po długich poszukiwaniach udało nam się w końcu znaleźć wspomniane miejsce. Przy malutkiej, uroczej plaży ćwiczyli swoje umiejętności ci zaawansowani oraz początkujący. Fale nie były może zbyt duże, ale wystarczały, by wykonać długi, piękny ślizg.

Gdy weszłam do wody na własnej skórze przekonałam się, że te “niewinnie” wyglądające fale, mogą z człowieka zrobić prawdziwą… mielonkę. Wystarczyła chwila nieuwagi i , stojąc w wodzie do kostek, zostałam zmyta przez falę i znalazłam się całkowicie pod wodą. Po szybkiej interwencji Maćka ( który lekko przeraził się tym widokiem) udało mi się wydostać na brzeg.

Wracając do hotelu zatrzymywaliśmy się jeszcze w kilku miejscowościach, w których ( zgodnie z przewodnikiem) miały czekać na nas jakieś niewyobrażalne atrakcje.

Właściwie poza Betancurią, w której faktycznie zobaczyliśmy śliczny kościół ( niestety tylko z zewnątrz:( nic innego nie było warte uwagi i delikatnie mówiąc mijało się z prawdą. Mimo to następnego dnia udaliśmy się na kolejną wycieczkę samochodową, z silnym postanowieniem, że nie będziemy zapuszczać się w głąb wyspy, tylko zwiedzać piękne plaże…

 

Fuerteventura część 1

2 kwietnia 2010

 

Tygodniowy wyjazd na Fuerteventurę już za nami.

Prawdę mówiąc nie wierzyłam , że w ogóle do niego dojdzie… Po pierwsze ilość rzeczy, które musieliśmy załatwić przed wyjazdem, była ciężka do ogarnięcia ( w końcu kilka z nich ” zleciliśmy” mojemu kochanemu teściowi), a po drugie zaczęliśmy mieć wątpliwości, czy 5-godzinny lot samolotem w moim stanie nie jest zbyt ryzykowny.

Przed wyjazdem udało mi się dostać od mojego lekarza zaświadczenie, w którym napisał, że nie widzi żadnych przeciwwskazań (zaświadczenie jest niezbędne między 27,a 34 tygodniem ciąży, bez niego kobieta może nie zostać wpuszczona na pokład samolotu).

Karolinie postanowiliśmy nic nie mówić i zrobić jej niespodziankę. Wieczorem 14 marca zamówiliśmy taksówkę, spakowaliśmy do torby krótkie spodenki, kostiumy kąpielowe, podkoszulki… i nastawiliśmy budzik na 4 rano. Nie mogłam uwierzyć, że następnego dnia wieczorem, będę mogła pójść na spacer w sukience na ramiączkach i sandałkach.

Pobudka była wyjątkowo łatwa, nawet Karolina specjalnie nie marudziła. Powiedzieliśmy jej, że jedziemy do Dzień Dobry TVN, a ją odwozimy do koleżanki, która odprowadzi ją do przedszkola. Dopiero gdy dojechaliśmy na lotnisko przyznaliśmy się, że mamy dla niej niespodziankę w postaci wyjazdu, ale na razie nie możemy jej zdradzić nic więcej. Była bardzo podekscytowana i zadawała mnóstwo pytań, ale byliśmy nieugięci.

Podczas odprawy mój brzuch wzbudził jednak pewne zainteresowanie, gdy zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że jestem w 34 tygodniu ciąży, ale mam odpowiednie zaświadczenie, zostałam poproszona o wyjście z kolejki.

Ta sytuacja trochę mnie zdenerwowała, bo już myślałam, że z naszego upragnionego wyjazdu nic nie wyjdzie. Po kilku minutach przyszła jakaś pani, która zaczęła zadawać pytania dotyczące mojego stanu, samopoczucia itp, a zaświadczenie obejrzała z każdej możliwej strony. Powiedziała, że gdy będziemy wracać będę już w 35 tygodniu i muszę się liczyć z tym, że mogę mieć problemy z wpuszczeniem na pokład samolotu. Powiedziałam, że liczę się ze wszystkimi konsekwencjami takiego wyjazdu, a w duchu pomyślałam, że w sumie nie miałabym nic przeciwko temu, by zostać na Fuercie aż do rozwiązania:)

Lot minął stosunkowo szybko. Na miejscu powitało nas słońce i temperatura 25 stopni. Karolina, gdy zobaczyła przez okno samolotu, że przy lotnisku rosną palmy, krzyknęła : Mamo tu rosną palmy! Tutaj MUSI być ciepło! ( przez całą drogę wkręcaliśmy ją, że jedziemy w góry i będziemy spać w super iglo:)

Ponieważ wybraliśmy hotel oddalony od lotniska o kilka kilometrów, już po 15 minutach jazdy autokarem byliśmy na miejscu. Wrzuciliśmy wszystkie bagaże do pokoju i udaliśmy się na długi spacer wzdłuż plaży.
Czułam się cudownie! W końcu udało nam się wyjechać na upragniony urlop w ciepłe miejsce!

A Karolina powiedziała, że nie mogliśmy jej zrobić lepszego prezentu:)