Pogoda na początku tygodnia nie zachęcała do wychodzenia na dwór.
Jagódka okazała się małym zmarźlakiem, ktory nawet w domu chętnie nosi czapkę i ciepłe skarpetki, dlatego z pierwszym spacerem postanowiliśmy zaczekać na odrobine wyższą temperaturę i brak opadów deszczu.
Już we wtorek musieliśmy przynajmniej na chwilę opuścić nasze zaciszne mieszkanko ze względu na kontrolną wizytę w szpitalu spowodowaną moim cesarskim cięciem. Po wizycie w szpitalu postanowiliśmy zrobić Karolinie niespodziankę i przyjechaliśmy po nią do przedszkola razem z Jagódką. Była zachwycona, bo mogła pochwalić sie swoją młodszą siostrą wszystkim koleżankom i kolegom. Nam również było bardzo miło, bo wszyscy nam gratulowali i życzyli powodzenia oraz dużo zdrowia.
Po południu przed odebraniem Karoliny z przedszkola, ponieważ pogoda coraz bardziej przypominała wiosenną, a nie z połowy listopada :) podjechaliśmy obejrzeć pierwszą na Bemowie prawdziwą kawiarnię naszego znajomego Konrada. Forty Cafe znajdują sie na ul.Osmańczyka i zajmują narożnik na parterze jednego z budynków. To bardzo przytulne, rodzinne miejsce, w którym można napić się wyśmienitej kawy, zjeść domową szarlotkę, ciasto marchewkowe i zamówić koktajl owocowy. Jest to również miejsce przyjazne dzieciom, które znajdą tu dla siebie dużo gier planszowych i specjalne miejsce do malowania i rysowania. W kawiarni nie wolno palić, co np. dla mnie jest dość istotną informacją.
Pod koniec tygodnia już zaczęło mnie nosić:) Postanowiliśmy z Maćkiem, że jeżeli pogoda w dalszym ciągu będzie ładna, wybierzemy się na weekend z naszymi dziewczynkami na działkę rodziców.
W czwartek wieczorem otrzymałam bardzo miłego i zaskakującego maila. Nasza druga książka “Fajna babka, ale ciacho” została zauważona aż w Hiszpanii!!! Główny organizator międzynarodowego konkursu dotyczącego książek kulinarnych poprosił o przesłanie trzech egzemplarzy ksiązki wraz z wypełnionym kwestionariuszem. Najpierw są wybierane najlepsze książki ze swojej kategorii językowej, potem z tych najlepszych w języku polskim, angielskim, niemieckim, hiszpańskim itd ( języów wymienionych było ok. 20!!!) jest wybieranych pięć z każdej kategorii tematycznej. Ogółem ok. 100 książek z całego świata, z czego 20 tych naj naj zostaje przetłumaczonych i wydanych w kilku językach. Trzymajcie kciuki!!! Chyba padłabym z wrażenia widząc swoją książkę w księgarnii za granicą przetłumaczoną na język obcy :).
Dlatego w piątek szybciutko wypełniłam zgłoszenie, zapakowałam do koperty trzy książki i pobiegłam na pocztę. Ogłoszenie wyników niestety dopiero w listopadzie…
Mielismy nadzieję, że uda nam się wyjechać w piątek z Warszawy zaraz po odebraniu Karoli z przedszkola, ale konieczność dzielenia się obowiązkami ze względu na opiekę nad Jagodzianką trochę nam te plany pokrzyżowała. Przez Wisłę przeprawialismy się w porze największych korków. Zdecydowanie można było wyczuć ogólne poddenerwowanie i irytację. W końcu koło 20.00 udało nam się dotrzec na działkę. Odetchnęliśmy z ulgą. Dwa dni na świeżym powietrzu, full słońca, spacery z naszym zielonym x-landerem:) i … gigatnyczne ilości komarów. Tak mniej wiecej w skrócie można opisać ten weekend. Karolina ze swoją młodszą siostrą cioteczną Łucją w końcu mogły nacieszyć się swoim towarzystwem, powygrzewać na slońcu a nawet popluskać w dmuchanym basenie oraz zamoczyć stopy w pobliskim jeziorku. Jagoda nie spędziła tego wyjazdu może aż tak aktywnie, ale duża ilość świeżego powietrza bardzo jej służyła. Moskitiera założona na gondolkę wózka zdecydowanie uratowała ją przed atakiem wygłodniałych komarów. A podróż samochodem? Po zainstalowaniu w foteliku samochodowym trójkątnej poduszki, która była w zestawie, okazał się on wystarczająco wygodny nawet dla 2-tygodniowego malucha. Jagoda przespała w nim praktycznie całą podróż. Dlatego planujemy już kolejne wypady na działkę, a może nawet dalej:)
Udało się:)
Ostatni tydzień był z jednej strony jednym z najpiękniejszych i najgorszych zarazem…
Po kolejnym ktg zostałam ponownie odesłana z kwitkiem do domu. Wiedziałam, że jeżeli nic nie zacznie się dziać, to następnego dnia i tak zatrzymają mnie w szpitalu na obserwacji, ponieważ minie 10 dni po wyznaczonym terminie porodu. Ta wizja nie była zbyt pocieszająca. Przerabiałam to już 7 lat wcześniej, z Karoliną. Czekanie w domu doprowadza do szału, ale wyczekiwanie w szpitalu jest NIE DO ZNIESIENIA.
Córeczka postanowiła ułatwić mi życie i wieczorem skurcze zaczęły się poważnie nasilać. Myślałam, że może ustąpią, ale koło 23 były już na tyle silne, że pojechaliśmy do szpitala. Po badaniach i … kolejnym ktg zostałam przyjęta do szpitala.
A potem było długie 11 godzin walki z naturą, która w rezultacie i tak zakończyła się cesarskim cięciem, ponieważ kilka minut po podaniu znieczulenia malutkiej zaczęło coraz słabiej bić serce:(
Szybka interwencja lekarzy zakończyła się sukcesem :) i tak o godzinie 11:46, 11 maja urodziło się moje drugie największe szczęście:).
W czasie całego porodu ogromne wsparcie dawał mi jak zwykle Maciek, położna- Grażynka Sarna oraz pewna młodziutka studentka Angelika, której spokój i opanowanie udzielało sią nam wszystkim. Z kolei zaraz po przewiezieniu na salę pooperacyjną nie poradziłabym sobie bez ogromnej pomocy pani Joli.
Kolejne dni w szpitalu mijały dość podobnie. Za oknem świeciło piękne majowe słońce, a ja ubolewałam, że nie mogę jeszcze wyjść ( malutka miała żółtaczkę). Porody w domu muszą być czymś niesamowitym, ponieważ i kobieta i dziecko od razu znajdują się w super komfortowym miejscu, co z pewnością ma duży wpływ na samopoczucie jednego i drugiego. Mnie komfortu psychicznego trochę zabrakło. Zresztą nie tylko mnie. Kobiety płakały, bo miały problemy z karmieniem piersią, ostatni obchód pediatryczny odbywała się w okolicach godziny… 22.00, a sprzątanie często zaczynano przed 7.00 (?!). Absurd prawda, a tak niewiele potrzeba, by ułatwić młodym mamom życie, które dla wielu i tak jest wystarczająco skomplikowane przez sam fakt opieki nad dzieckiem.
Miałam nadzieję, że zostaniemy wypuszczone ze szpitala 14 maja, w dzień moich urodzin.
Byłby to dla mnie najlepszy prezent, ale pomimo spadku bilirubiny we krwi córeczki znacznie poniżej normy ( co sugerowało, że żółtaczka zaczyna ustępować), lekarze zadecydowali żebyśmy zostały jeszcze jeden dzień. Myślałam , że się poryczę… Uratowały mnie telefony z życzeniami od przyjaciół, odwiedziny mojej przyjaciółki, która przyniosła mi śliczny prezent i… najnowszy numer Voyage, który, na przemian z książka Tysiąc dni w Wenecji ( Tysiąc dni w Toskanii okazała się rewelacyjna;), przenosił mnie daleko poza szpitalne mury. Przysłowiową wisienką na torcie były odwiedziny Maćka z Karolą, którzy poza prezentami przynieśli mi … tort :) Jego głównym składnikiem były duszone jabłka i ricotta.
15 maja po wielu godzinach oczekiwań na wypis udało nam się w końcu wyjść ze szpitala. Poczułam się tak, jakbym znowu mogła normalnie oddychać. Chodziłam po domu i cieszyłam się jak dziecko. A noc we własnym łóżku była TOTALNYM MISTRZOSTWEM ŚWIATA!
Ponieważ nie mogłam się nacieszyć odzyskana wolnością, następnego dnia postanowiliśmy zaprosić najbliższą rodzinę.
Świętowaliśmy podwójne urodziny oraz szczęśliwy powrót do domu. Zajadaliśmy się smakołykami, które przygotował Maciek ( 2 rodzaje nigiri, sałatka, kasza z parmezanem, szpinak z panirem, marchewka duszona z masłem, bułeczki z mąką kukurydzianą, deser jabłkowy i tarta z gruszkami;)
Cudownie być w domu…
4 maja były moje imieniny. Myślałam, że moja mała córeczka zrobi mi prezent , ale chyba zbyt wiele od niej wymagam. Za to starsza stanęła na wysokości zadania i przygotowała dla mnie specjalne przedstawienie o pieskach, kotku, nietoperzu i duchu. Było rewelacyjne. Z Maćkiem pękaliśmy ze śmiechu, ponieważ wszystkie postaci występujące w spektaklu były pozawieszane na sznurkach, za które Karola pociągała siedząc na górze łóżka piętrowego. Wszystko jej się plątało i spadało, co nas doprowadzało do rechotu , a ją … do szału:).
Maćko z tej okazji przygotował wyjątkowe menu, które składało się najróżniejszego pieczonego w domu pieczywa oraz dodatków. Dostałam śliczne tulipany i stokrotki ( te drugie z sentymentu, bo były pierwszymi kwiatkami, które dostałam od mojego męża:).
A wieczorem wybraliśmy się do kina na film ( moja mamusia zaopiekowała się Karolką). Nie mieliśmy zbyt dużego wyboru i tak padło na „ KICK ASS”. Wiem, że plakat nie budzi zaufania, opis filmu też nie jest najlepszy, ale zapewniam, że ten film TRZEBA obejrzeć!!!
Film opowiada o chłopaku, który pod wpływem fascynacji komiksowymi super bohaterami również postanawia takowym zostać. Problem polega na tym, że nie ma żadnych super mocy, nie jest nawet typem sportowca… Kupuje przez internet obcisły, obciachowy zielony kostium, wymyśla sobie pseudonim Kick Ass i wyrusza w miasto nieść pomoc wszystkim poszkodowanym… Można uznać, że film zaczyna się banalnie, ale gwarantuję, że ten cukierkowy początek to taka sprytna zmyłka :) Szkoda, że dystrybutorzy zrobili tak niewiele i pewnie film przejdzie bez większego echa…
Kolejnego dnia z samego rana wybraliśmy się na ktg, które oczywiście nic konkretnego nie pokazało. Ponieważ byliśmy całkiem blisko jednej z naszych ulubionych kawiarnio-piekarni Vincent, wstąpiliśmy do niej na gorące, świeże bułeczki ( część zabraliśmy ze sobą do domu).
Ponieważ nie zatrzymano mnie w szpitalu mogła się odbyć u nas w domu sesja zdjęciowa do lipcowego numeru miesięcznika „Pani”. Zdjęcia wyszły ślicznie. Podczas pracy było trochę zamieszania, bo w między czasie dotarł do nas kurier z… wózkiem X-lander:). Karola nie mogła się doczekać i zatrudniając do pomocy oświetleniowca zaczęła składać spacerówkę. Poradziła sobie pierwszorzędnie ( wniosek: złożenie x-landera jest dziecinnie proste :). Wybraliśmy kolor zielony z kolekcji na 2009 rok i był to strzał w dziesiątkę! Po zdjęciach podjechaliśmy jeszcze do naszej znajomej Marlenki z firmy BEBELULU i wybraliśmy chustę. Mała będzie opływać w luksusy :)
Czwartku nie będę opisywać, bo miałam gigant doła ( złożyło się na to kilka czynników, chyba przede wszystkim dość mocno zaczęło mi przeszkadzać to ciągłe wyczekiwanie i brak możliwości planowania).
W piątek mój stan zdecydowanie się poprawił, choć praktycznie cały dzień spędziłam w szpitalu. Ze względu na zły zapis musiałam… czterokrotnie wykonywać ktg. Po jednym z nich nawet lekarz zastanawiał się, czy nie zatrzymać mnie na oddziale do obserwacji. Ostatnie jednak wyszło prawidłowo i koło 19.00 wypuszczono mnie do domu.
Sobota zaskoczyła aurą chyba wszystkich mieszkańców Warszawy ( nie wiem jak było w innych miejscach). Słonko świeciło z małymi przerwami przez cały dzień. A my zaraz po śniadaniu musieliśmy znowu jechać na ktg. Po przybyciu na izbę przyjęć okazało się, że pań oczekujących na badanie jest taka masa, że nawet nie ma wolnych miejsc siedzących. Dlatego zaraz po zapisaniu w rejestracji zapytaliśmy, kto jest ostatni i wybraliśmy się na spacer na Starówkę. Wiedziałam, że moja kolej nadejdzie najwcześniej za godzinę, więc wolałam zaczerpnąć świeżego, wiosennego powietrza zamiast siedzieć w dusznym holu. Było dość wcześnie, więc na Starym Mieście nie było jeszcze takich tłumów. Doszliśmy aż do Nowego Miasta, na którym odbywał się kiermasz produktów regionalnych, a w drodze powrotnej odkryliśmy kolejne niezwykłe miejsce- kawiarnię Ogrody na rynku na Mariensztacie. Po wypiciu pysznego, orzeźwiającego koktajlu wróciliśmy do szpitala. Tu kolejna niespodzianka. Okazało się, że właśnie nadeszła moja kolej na badanie:). Po 20 minutach było po wszystkim. A po obiedzie razem z Karolą, tatą, Bartkiem ( Maćka bratem) i jego córeczka pojechaliśmy do parku powylegiwac sie na trawie.
To miał być ostatni tydzień we trójkę. Ale naszej drugiej córeczce chyba się nie spieszy i woli jeszcze posiedzieć w moim brzuchu:)
We wtorkowym Dzień Dobry przygotowaliśmy kilka dań dla dzieci ( i nie tylko) na diecie bezglutenowej. Powstały podpłomyki z pastą bakłażanowo-pomidorową, makaron gryczany z sosem grzybowym, wafelki z paprykarzem oraz ciasteczka sezamowo- amarantusowe. Po programie postanowiliśmy wybrać się do szpitala, żeby sprawdzić, czy nasze dziecko ma zamiar dołączyć do nas w najbliższym czasie. Podczas 20 minut leżenia i wsłuchiwania się w miarowe bicie serca dzidziusia prawie zasnęłam, a po badaniu lekarz oznajmił, że na razie nic z tego nie będzie. Dlatego wieczorem wybrałam się z moją przyjaciółką Alą na przedpremierowy pokaz serialu internetowego pt.” Nie-zła mama”, który opowiada o losach młodego małżeństwa z dzieckiem. Co ciekawe pokazano w nim poza urokami wychowywania potomka również te mniej sympatyczne chwile. Emisja serialu w sieci już za moment:)
Kolejnego dnia spotkałam się z moją koleżanką „po fachu”-Gosią ( również miała urodzić w tym tygodniu:) Siedziałyśmy w kawiarni, wcinałyśmy pyszne ciastka i zastanawiałyśmy się ile czasu jeszcze będziemy mogły tak beztrosko biegać po mieście. Po naszym spotkaniu razem z Maćkiem odwiedziłam prześliczny sklep z wyjątkową biżuterią – Lilou. Od mojego kochanego męża dostałam w prezencie dwie zawieszki przedstawiające dziewczynki, na których wygrawerowano imiona naszych córeczek. Upominek spodobał mi się tak bardzo, że od razu kupiłam dwa podobne dla moich koleżanek z imionami ich dzieci.
Ponieważ nadal nic się nie działo następny dzień poświęciliśmy załatwianiu rozmaitych spraw służbowych ( nie znoszę bezczynnego siedzenia:), a wieczorem udaliśmy się na 5 urodziny Maćka bratanicy- Łucji. Zupełnie niepotrzebnie przed wyjściem zjedliśmy kolację, ponieważ Dominika (mama Łucji) przygotowała smakowicie wyglądające przekąski. Udało mi się zmieścić tylko szklankę koktajlu truskawkowego i kawałek urodzinowego tortu ( był przepyszny!!!). W planach mieliśmy jeszcze wieczorną wycieczkę na działkę, ale stwierdziliśmy, że wstaniemy wcześnie rano, wyjedziemy przed 8.00 i w ten sposób dojedziemy na miejsce koło 10.00 na śniadanie.
Udało się! Wszystko poszło zgodnie z planem. O 10.30 jedliśmy śniadanie „prawie” na trawie:)
Pogoda w piątek była niesamowita. Prawie 30 stopni, bezchmurne niebo i… plaga komarów, które dały nam spokój dopiero po wysmarowaniu potwornie śmierdzącym kremem… Postanowiłam, że w tym dniu nie będę nic robić tylko opalać się i czytać książkę. Nie udało się. Po 2 godzinach leżenia zabrałam się do mycia samochodu ( Karola dzielnie pomagała mi przy odkurzaniu), a potem zainspirowana moją lekturą ( książka pt.” Tysiąc dni w Toskanii” Marleny de Blasi ) postanowiłam przygotować jakiś pyszny makaron na obiad – przepis znajdziecie na forum:)
W niedzielę musieliśmy wrócić do Warszawy, bo miałam wykonać kolejne badanie ktg ( ze względu na gigantyczna kolejkę i długi czas oczekiwania postanowiliśmy przenieść je na kolejny dzień). Po krótkiej i mało przyjemnej wizycie w szpitalu pojechaliśmy zrelaksować się do kawiarni Kafka, gdzie Karolina wpałaszowała prawie całą miskę makaronu z pesto. Ja z Maćkiem wybrałam koktajl jagodowy. A wieczorem kolejne urodziny. Tym razem naszych przyjaciół z Milanówka. Kupione na prezent zawieszki Lilou sprawdziły się pierwszorzędnie :)