Niedziela minęła w sekundę, a od następnego dnia miałam zostać zupełnie sama.
Maciek wylatywał dopiero o 11.05 więc to ja pierwsza wyszłam z domu. Karolę zawiozłam do przedszkola, a Jagoda po wyjściu Maćka miała zostać z moją mamą.
To miało być moje pierwsze po porodzie gotowanie w Dzień Dobry TVN. Przygotowałam kuchnię kwiatową. Dzień wcześniej pojechałam do rodziny Maćka pod Warszawę, żeby kupić kwiaty cukinii, brokuły chińskie, sałaty i inne potrzebne rzeczy. Gospodarstwo rolne Ludwika Majlerta wygląda trochę jak te znajdujące się we Włoszech. Pobielone ściany z cegieł, wielkie zdjęcia w sepii przedstawiające przodków rodziny i pięknie prezentujące się dorodne warzywa… Nie wiedziałam, co wybrać. Wszystko wyglądało tak smakowicie.
Kwiaty cukinii z nadzieniem serowo-miętowym wyszły wyśmienicie, sałatka z kwiatów bratka, nasturcji i ogórecznika też była bardzo dobra, ale cieżko było przekonać kogokolwiek do jej spróbowania :). Na deser usmażyłam kwiaty czarnego bzu. Przyprószone mgiełką z cukru pudru, zamoczone w sosie z dzikiej róży rozpływały się w ustach.
Po programie spotkałam się z Gosią w kawiarni Słodki-Słony. Po raz pierwszy mogłam zobaczyć jej córeczkę. Jest prześliczna!
Potem czekała mnie jeszcze wycieczka do Karoliny szkoły, w której musiałyśmy kupić podręczniki, następnie zajęcia z tańca ( w rezultacie poszła na nie z babcią , a ja zostałam z Jagódką) i w końcu mogłam zacząć szykować się do wieczornego wyjścia :) Założyłam „małą czarną” wyszywaną cekinami i pojechałam do mojej znajomej-Eryki, która robi przepiękne makijaże. Tego wieczoru miał mi towarzyszyć mój mąż, ale ponieważ wyjechał… z opresji wyratował mnie mój wieloletni przyjaciel Marcin ( a właściwie jego żona, która wyraziła zgodę na nasze wyjście :)).
Udaliśmy się razem na imprezę Samochód Playboy’a. Było bardzo przyjemnie choć dość chłodno. Po 23 postanowiłam się zmyć, mój partner został, pod troskliwą opieką… znajomych Maćka. Z telefonu, który wykonał do mnie następnego dnia wywnioskowałam, że bawił się wyśmienicie- musiał wziąć w pracy urlop na żądanie…
Następnego dnia obudziłam się wtulona w moje dwa skarby. Niestety sielanka nie trwała zbyt długo. Musiałam wyjść na nagranie nowego teleturnieju kulinarnego, którego byłam gościem. Jagódka została pod opieką dziadka, który spisał się rewelacyjnie, a Karolę po drodze odwiozłam do przedszkola. W programie wystąpiłam razem z Jolą Słomą, Mirkiem Trymbulakiem i Michałem Pirógiem. Było dość śmiesznie ( program będzie na antenie KuchniaTV od września), ale nie zabrakło paru niespodzianek, co spowodowało, że z ledwością zdążyłam odebrać Karolcię z przedszkola.
Kolejnego dnia chciałam jej zrobić przyjemność i upiekłam do przedszkola placek z truskawkami. Wyglądał tak apetycznie, że ciężko było mi się powstrzymać, żeby go nie spróbować. Jakoś udało się :) go ocalić.
Piątek był ostatnim dniem w przedszkolu. Trudno mi uwierzyć, że od września już do niego nie przyjedziemy. Zabrałam wszystkie rzeczy Karoli i z trudem pożegnałam się ze wszystkimi przedszkolankami. Okazało się, że moja córeczka również ma świadomość końca pewnego okresu w jej życiu, bo po wyjściu… aż się popłakała.
Tuż przed weekendem było paskudnie, dlatego nie planowałam niczego specjalnego. Sobota przywitała nas bezchmurnym niebem. To wystarczyło żebym tuż po śniadaniu była z Karolą, Jagodą i moją mamą w drodze na działkę. Po obiedzie dojechał mój brat ze swoją dziewczyną . Tak spędziliśmy uroczy rodzinny weekend. Ponieważ Jagoda praktycznie po każdym karmieniu natychmiast zapadała w sen miałam dużo czasu dla Karoliny. Udało nam się nawet dwa razy pojechać na wycieczkę rowerową. Mrówka pedałowała tak szybko, że z trudem mogłam ją dogonić.
Okolice działki to typowo wioskowe klimaty: drewniane domki, pasące się krowy, bociany, pola, lasy oraz łąki z ogromnym bogactwem najróżniejszych kwiatów i ziół. Z nich powstają najpiękniejsze bukiety. Przygotowałyśmy jeden dla mojej mamy. Wyglądał imponująco.
W niedzielę wybraliśmy się na wycieczkę do Różana. To najbliższa, „większa” miejscowość w okolicy. W Różanie zrobiliśmy małe zakupy i udaliśmy się na długi spacer. Po powrocie przygotowaliśmy smakowity obiad zwieńczony wysokokalorycznym :) deserem, a po nim musieliśmy się zbierać do Warszawy :(
Impreza urodzinowa Ali, mojej przyjaciółki była zaplanowana na piątek, ale urodziny wypadały w środę. Wiedziałam , że będzie w tym dniu bardzo zapracowana i raczej nie znajdzie czasu, żeby się ze mną spotkać, więc wysłałam jej kurierem bukiet kwiatów. Dominowały w nim peonie i malutkie goździki, wszystko w kolorach cukierkowego różu- słodziak :). Do kwiatów dołączyłam malutki bilecik z dowcipnymi życzeniami. Na reakcję adresatki musiałam poczekać kilka godzin.
W rozmowie telefonicznej przyznała, że to najmilsza rzecz jaka ją w tym dniu spotkała… i zaproponowała, że wpadnie do mnie wieczorem. Ze spotkania nic nie wyszło, ponieważ Bemowo zostało oblężone przez fanów zespołu Metallica i nie było sposobu by do nas dojechać.
Na czwartek umówiłam się z Gosią, moją koleżanką, którą poznałam podczas realizacji zdjęć do książki poświęconej jodze dla kobiet w ciąży. Gosia była autorką fotografii, polubiłyśmy się na tyle mocno, że w dalszym ciągu udaje nam się kontynuować znajomość :). Gosia kilka dni przede mną również urodziła śliczną córeczkę Wiktorię. Spotkałyśmy się w Promenadzie na otwarciu stoiska z kosmetykami marki Make Up Store. Najbardziej spodobał mi się lakier do paznokci w kolorze miętowym. Mam zamiar go jak najszybciej wypróbować . Niestety z Gosią nie udało mi się zbyt długo porozmawiać, ponieważ miała pilne wezwanie do domu… Malutka nie chciała jeść mleka z butelki, więc mama musiała szybko wracać na karmienie:(. Jagoda wykazała się po raz kolejny ogromną wyrozumiałością, bo została grzecznie z Maćkiem :) .
W piątek w Karoliny przedszkolu odbyło się uroczyste pożegnanie dzieci, które odchodzą do szkoły. Karolcia niestety znalazła się w ich gronie. Nie mogę uwierzyć, że od września moja malutka córeczka nie będzie już przedszkolakiem tylko uczennicą pierwszej klasy szkoły podstawowej!!! To jakiś żart, przed chwilą była taka jak Jagoda. Teraz zna odpowiedź na chyba każde pytanie, stroi się przed lustrem, ma miliony pomysłów na sekundę. Aż się boję, że nie wysiedzi tylu godzin w ławce. Całe szczęście zmienił się program nauczania, więc jest szansa, że będzie miała czas, żeby się wyszaleć :). Na uroczystości panie przedszkolanki prezentowały dokonania każdego z dzieci. Karola przez 3 lata uczęszczania do przedszkola zebrała dwie ogromne teczki rysunków, samodzielnie wykonała kilka robótek ręcznych, zrobiła drewniany miecz, łuki, szmacianą laleczkę, filcowe piłki… Wszystko śliczne, kolorowe i super precyzyjne !!! Byłam w szoku… Dodatkową atrakcją był krótki występ przygotowany przez dzieci oraz poczęstunek. Moją drugą córeczkę z pewnością zapiszę do tego samego przedszkola :). Po zakończeniu uroczystości nie chciało nam się wracać do domu, więc zrobiliśmy sobie małą przyjemność i na obiad pojechaliśmy do Mielżyńskiego na ul. Burakowskiej. Na wino wybierzemy się tu najwcześniej za rok :) gdy przestanę karmić.
A wieczorem pojechaliśmy świętować 32 urodziny Aliny! Jagodę zostawiliśmy z moją mamą, a Karolinę zabraliśmy ze sobą. Wiedzieliśmy, że inni znajomi też planują przyjechać z dziećmi. Impreza odbyła się w kawiarni Konrada, brata Ali. Choć raz to my mieliśmy najbliżej, bo tak jak wcześniej wspominałam Forty Cafe mieszczą się na warszawskim Bemowie. Ala wyglądała jak zwykle zjawiskowo… Nie zostaliśmy długo. Wróciliśmy do domu przed 24:00, żeby niepotrzebnie nie stresować mojej mamy :).
Przez weekend musiałam wymyślić menu do poniedziałkowego Dzień Dobry TVN. Tym razem to ja miałam gotować, bo Maciek o godzinie 11.00 miał być już w … samolocie do Kijowa skąd dalej wybierał się do Delhi w Indiach. Pomysł z wyjazdem narodził się niespełna 2 tygodnie wcześniej. Miała wyjechać spora grupa znajomych, z których po wykruszeniu pozostał Maciek, Ala i Kamala, nasza znajoma, która Indie zna jak własną kieszeń. Była tam już ponad 30 razy!
I zaczęło się nerwowe poszukiwanie biletów, załatwianie wizy i masa innych drobiazgów. Dlatego ten weekend był mega zwariowany. Ja myślałam o poniedziałkowej kuchni, Maciek musiał wymienić pieniądze, kupić podstawowe lekarstwa, kosmetyki… W sobotę postanowił spędzić trochę czasu sam na sam z Karoliną i poszedł z nią do teatru Guliwer na przedstawienie o Calineczce. Przyznał, że ze zmęczenia trochę przysnął, ale Karolina była przeszczęśliwa, że przez 2 godziny miała tatusia tylko dla siebie.
Ja w tym czasie zjadłam kolację z Alą w Regeneracji na ul. Puławskiej. Jej również udzieliło się zmęczenie i przejęcie. Do wyjazdu zostały niecałe 2 dni a oni nawet nie byli spakowani :).
To był zwariowany tydzień.
Zaczęło się we wtorek. Miałam pojechać na zdjęcia próbne do serialu, którego realizacja rozpocznie się najprawdopodobniej jeszcze w te wakacje. Fragmenty scenariusza, które dostałam oraz krótki opis wszystkich odcinków bardzo mi się spodobały, dlatego tym bardziej ucieszyła mnie ta propozycja. Samym castingiem nie denerwowałam się aż tak bardzo, ale cały czas zastanawiałam się, czy Jagoda wytrzyma kilka godzin mojej nieobecności ( pomimo dwóch butelek odciągniętego mleka:) Moje obawy okazały się bezpodstawne. Mała podobno jadła z wielkim apetytem obdarzając tatusia ( czyli Maćka) szerokimi uśmiechami. Po moim powrocie spała słodko z błogim wyrazem twarzy.
Ponieważ wszystko poszło zadziwiająco gładko postanowiliśmy zaryzykować jeszcze bardziej i wyjść razem na piątkowe urodziny naszego przyjaciela. Miała nam w tym pomóc moja mama, która swierdziła, że będzie to dla niej czysta przyjemność… Z niecierpliwością czekałam na piątek…
W czwartek pojechałam na krótką prezentację nowej kolekcji Calzedonii i Intimissimi do Jazzowni na rynku Starego Miasta. Bielizna była bardzo smakowita :). Koronki, tiule, delikatna bawełna -istny raj dla kobiet.Upatrzyłam sobie kilka rzeczy.
Podobno już w lipcu będą dostępne w sklepach :).
Po wizycie na starówce pojechaliśmy z dziewczynkami na wizytę kontrolną do lekarza. Panienki mają niezły apetyt, bo obydwie mocno przytyły i urosły. Jagoda od urodzenia przybrała na masie prawie 1,5kg!!! Wizyta spowodowała, że sami poważnie zgłodnieliśmy, dlatego korzystając z pięknej pogody pojechaliśmy do Regeneracji na ul. Puławskiej, gdzie zjedliśmy pyszną sałątę z pestkami dynii, chłodnik i zapiekanki. Z ilością trochę przesadziliśmy, bo już idąc na obiad napchaliśmy się słodkimi truskawkami i równie smacznymi czereśniami. Byłam zakoczona, że już można kupić tak dobre czereśnie. I tu pora na drobną dygresję: jestem gigantyczną szczęściarą, bo moje maleństwo nie tylko pięknie przesypia noce, ale również ( odpukać) jak na razie nie wykazuje uczulenia na pokarmy, które pochłania jego mama ( czyli ja). A truskawek potrafię zjeść naprawdę dużo…
Obiad zajął nam trochę za dużo czasu i o mały włos Maciek spóźniłby się po odbiór wizy (wyjeżdża za 2 tygodnie, ale jeszcze nie będę zdradzać dokąd:). Po załatwieniu wszystkich formalności w ambasadzie wróciliśmy do domu, a wieczorem, w ramach spaceru, wybraliśmy się do kawiarni naszego znajomego Konrada ( Forty Cafe), gdzie czekała na mnie miła niespodzianka. Od Ewy i Kondzika dostałam… prezent urodzinowy. Kolczyki i broszkę z malutkim drewnianym misiem:).
Piątek rozpoczęłam wizytą w Dzień Dobry TVN. Znowu musiałam zadbać o zapas mleka dla Jagody. W studiu na Marszałkowskiej wszyscy przyjęli mnie bardzo ciepło, pytali o małą, o to jak się czuję i kiedy wrócę do poniedziałkowego gotowania:). Chciałabym jak najszybciej, ale nic nie będę robić kosztem Jagodzianki. Zobaczymy. Po programie rozpoczęłam nerwowe poszukiwania prezentu dla Marcina. To mój najlepszy przyjaciel ( właściwie jest jedynym przyjacielem, bo oprócz niego mam jeszcze tylko trzy przyjaciółki). Poznaliśmy się w podstawówce, ale dopiero w liceum zaczęliśmy traktować tę znajomość na poważnie. Marcin został chrzestnym Karolinki, a ja świadkową na jego ślubie. Możemy nie odzywać się do siebie miesiącami, ale wiem,że zawsze mogę na niego liczyć.Wieczorne wyjście na jego imprezę urodzinową całe szczęście przebiegało bez większych utrudnień. Jagoda trochę marudziła, ale udało mi się ją uspokoić przed wyjściem. Na miejscu dzwoniłam co prawda dwa razy do mamy, żeby się upewnić, czy wszystko ok. Było nawet lepiej niż ok :) więc wróciliśmy do domu o 24. Mała obudziła się dopiero koło 3 nad ranem i nakarmiona szybko zasnęła ponownie.
W sobotę bawiliśmy się na kolejnych urodzinach naszych przyjaciół z Milanówka. Ponieważ sami mają 2-letniego synka, przygotowali popołudniowe garden party, na które mogliśmy przyjechać całą rodziną. Karola zachwycona kąpała się z innmi dziećmi w wielkim dmuchanym basenie, a Jagoda prawie połowę imprezy przespała w wózku.
Na niedzielę przygotowaliśmy rewanż i to my zaprosiliśmy znajomych z dziećmi na 7 urodziny Karoliny na działkę mojej mamy. Maciek upiekł placki chleba, z którego robił prawdziwe włoskie panini. Był domowy tort czekoladowy, sałatki, bruschetty z pomidorami, warzywa w sosie jogurtowym, młoda kapustka w sosie pomidorowym i koktajl jogurtowy z mango.Gotowaliśmy do 1 w nocy, 5 godzin snu, a następnie od 6 rano… Karolina dostała taką masę prezentów, że cześć z nich rozpakowywała jeszcze następnego dnia :). A w tym tygodniu kolejne urodziny. Tym razem jednej z moich przyjaciółek… Oj będzie się działo :).
Gdy byłam małą dziewczynką z utęsknieniem czekałam na wiosnę i lato. Było to spowodowane różnymi czynnikami, ale najistotniejszym był fakt, że w maju obchodziłam imieniny oraz urodziny, 1 czerwca hucznie świętowałam Dzień Dziecka, a trzy tygodnie póżniej cieszyłam się z zakończenia roku szkolnego i rozpoczynających się wakacji. Wydłużone weekendy, których przyczyną była obecność pochodów 1-majowych, święta uchwalenia konstytucji 3 maja oraz Bożego Ciała były dodatkowym bonusem, który uatrakcyjniał ten okres.
Teraz mam 30 lat, edukację szkolną zakończyłam (przynajmniej na chwilę ; ) jakieś 5 lat temu, ale nadal są to moje ulubione miesiące w roku ;) Całe szczęście, że Karola jest tak podobna do mnie. Zima kojarzy jej się głównie z jazdą na nartach i sankach, ale i te atrakcje w pewnym momencie przestają jej wystarczać. Zaczyna się natomiast narzekanie na zbyt niską temperaturę, krótkie dni i konieczność wielowarstwowego ubierania się. Dlatego każdy ciepły, słoneczny dzień traktujemy jak ogromny dar od losu i staramy się jak najlepiej wykorzystać. Oczywiście często nie jest to możliwe, ale wówczas pamiętamy przynajmniej o krótkim spacerze. Dobrym pomysłem jest też przeniesienie miejsca spożywania posiłków na… balkon:) Ten nasz nie należy do największych, ale jest nienajgorszym substytutem wiejskiego tarasu :) I tak ziarnko do ziarnka i okazuje się, że lato w mieście jest do wytrzymania.
Nasze lato w mieście na razie przebiega bardzo obiecująco. Co prawda dalej nie mogę się pogodzić z brakiem możliwości wyjazdu na Thasoss, ale to dodatkowo mobilizuje mnie do organizowania większej ilości atrakcji w zasięgu granic naszego pięknego kraju:).
Pierwsze próby podjełam właśnie 1 czerwca, czyli w Dzień Dziecka. Wiedziałam, że cieżko będzie wybrać się nam gdziekolwiek całą rodziną, bo Maciek zaczyna pomału gonić własny cień. Dlatego pomyślałam sobie, że zaryzykuję i zupełnie sama wybiorę się gdzieś z dziewczynkami. Jagoda skończyła właśnie 3 tygodnie, więc było to dosyć ryzykowne. Zapakowałam małą do samochodu, wzięłam głęboki oddech i… wyruszyłam do przedszkola Karoliny. Nie obyło sie bez małych stęków, ale do przedszkola dotarłyśmy całe i zdrowe. Zachęcona pierwszym sukcesem zapytałam Karolkę, czy w związku z jej świętem ma ochotę pojechać na plac Wilsona do Kalimby i na plac zabaw. Odpowiedź była łatwa do przewidzenia. Na miejscu zamówiłyśmy ciastka, kawę zbożową i gorącą czekoladę. Jagoda na razie musiała zadowolić się mlekiem. Byłam z siebie taka dumna. Zwłaszcza podczas jednoczesnego karmienia i jedzenia puszystego sernika lewą ręką. Do tego gazetka, a nad głową rozwrzeszczane dzieciaki ( usiadłyśmy pod antresolą :) Cudownie !!!
Wielki weekend czerwcowy nie zapowiadał się zbyt optymistycznie. Wisiała nade mną wizja czterodniowego siedzenia w domu ( Maćkowi zostało ostatnich 5 dni na wyprowadzenie się z pracowni). Może za sprawą mojej jednoznacznej miny, a może w związku ze świetną organizacją pracy, Maćkowi udało się zakończyć działania w pracowni w czwartek rano. Na moją reakcję nie musiał czekać zbyt długo. Spakowałam się w oka mgnieniu. Zadzwoniłam do mojej mamy, której na wyjazdy również nie trzeba namawiać. Zaprosiliśmy mojego brata z dziewczyną i koło godziny 14 wyruszyliśmy na działkę.
Zaraz po przyjeździe poszliśmy na długi spacer, z którego wróciliśmy kompletnie mokrzy. Choć nic na to nie wskazywało najpierw zaczęło delikatnie kropić, a po chwili lunęło nie zostawiając na nas suchej nitki. Jagoda, szczęściara, śpiąc wygodnie w wózku przykrytym szczelnie folią przeciwdeszczową chyba nawet nie zorientowała się, że z nieba ktoś wylał na nas parę kubłów lodowatej wody. Ulewa była chyba tylko elementem powitalnym, bo przez kolejne dni temperatura sięgała ponad 20 stopni, a na niebie nie pojawiały sie najmniejsze chmurki. Dlatego zrobiliśmy Karolinie przyjemność i pojechaliśmy z nią do sąsiedniej miejscowości -Bindużki- na konie. Karola siedziała na koniu może 2 razy w życiu, a patrząc na nią miałam wrażenie, że jeździ konno od urodzenia.
Stadnina w Bindużce ma coś z klimatu ” Spalonych słońcem”. Pan Paweł ( właściciel) w białym, lnianym garniturze wygląda jak żywcem przeniesiony z innej epoki, a łąki okalające posiadłość tylko zachęcają do udania się na krótką przejażdżkę. Przyglądając się córeczce sama nabrałam na to ochoty. Może następnym razem…?
Jak na razie pogoda nas nie rozpieszcza. Gdy już wydaje mi się, że w końcu zrobi się naprawdę ciepło, znowu zaczyna lać … Mam dosyć.
Dlatego w zeszłym tygodniu wpadłam na sprytny plan :). Chciałam wyrobić jak najszybciej Jagodzie paszport, żeby jeszcze w czerwcu wyjechać na tydzień na jedną z greckich wysp np. na Thassos. Byliśmy do tej pory na Rodos, Krecie oraz Korfu i każda z tych wysp bardzo nam się podobała. Szybko przejrzałam dostępne oferty, ceny mnie zamurowały, więc już cieszyłam się perspektywą rychłego opuszczenia Warszawy… Niestety, nie tak szybko…
Sprawdziłam bardzo dokładnie jakie dokumenty są wymagane w Urzędzie Paszportowym, zrobiłam Jagodzie zdjęcia ( wyszły dość dziwnie, ale taki paszport jest przyznawany tylko na rok, więc i tak szybko będziemy musieli go wymienić), wyciągnęłam Maćka ( bo przy podpisywaniu papierów muszą być obecni obydwoje rodzice) i pełna optymizmu pojechałam na ul. Kruczą w Warszawie. A tu doszło do szybkiego zderzenia z rzeczywistością… Przede mną w kolejce czekało… prawie 50 osób!!! Czyli minimum 1,5 h czekania. Poza tym zapomniałam, że poza aktem urodzenia potrzebny jest mi również pesel dziecka, a ten Jagoda bedzie miała najwcześniej za 3 tygodnie. Czas oczekiwania na paszport to kolejne 4, więc … z naszego czerwcowego wyjazdu nici :(
Pozostaje działka i tysiące żarłocznych komarów ;).
We wtorek miałyśmy niezapowiedziane odwiedziny położnej środowiskowej. Nie lubię takich wizyt, bo łapię paranoję, że zaraz ktoś będzie sprawdzać, czy wszędzie jest wystarczający porządek, czy mała ma odpowiednie ubranka, pieluchy, kosmetyki itd. Ale nie było najgorzej, przestraszyłam się tylko szybkim skierowaniem do przychodni ze wzgledu na niepokojacy wygląd pępka Jagody. W przychodni nastraszono mnie jeszcze bardziej, ponieważ dostałam kolejne skierowanie tym razem do szpitala. Dodatkowo okazało sie, że mała ma przepuklinę pępkową. I zaczęło się straszenie operacjami itp. Dlatego pędem wróciłam do domu i razem z Maćkiem pojechałam do najbliższego szpitala na ostry dyżur. Na miejscu okazało się, że pępek wystarczy co drugi dzień w szpitalu przypalać lapisem, a przepuklina najprawdopodobniej sama sie wchłonie. Uff , a już zaczęłam panikować… Przy okazji powinnam chyba pochwalić sprawność działania szpitala na ul.Działodowskiej, bo właśnie do niego pojechaliśmy. Jestem w szoku, ponieważ każda z wizyt ( a byliśmy do tej pory 3 razy) trwała nie dłużej niż 15 minut (!!!). Okazuje się, że można. Sam wygląd szpitala może nie budzi zaufania ( przydałby mu sie generalny remont), ale atmosfera jest naprawdę godna pozazdroszczenia. Tak trzymać:)!
Dzień Dziecka zaczęliśmy swiętować już w sobotę 29 maja:). Na naszym osiedlu z inicjatywy Urzędu Gminy zorganizowano całą masę atrakcji dla dzieci. Był pokaz tańca, sztuk walki, tor przeszkód dla najmłodszych, konkursy i kilogramy waty cukrowej :). Karola nie chciała brać czynnego udziału w zabawie. Wolała przyglądać się z boku,a potem wyciągneła nas na plac zabaw. Swoją drogą z coraz większym przerażeniem patrzę na to, co wyprawia na różnego rodzaju drabinkach, rurkach, zjeżdżalniach itp.
Największe atrakcje zaplanowaliśmy jednak na niedzielę. Najpierw sama z Karolą pojechałam do Egurrola Dance Studio ( Maciek w tym czasie spacerował z Jagodą po parku Szczęśliwickim). Tam poza nauką tańca, czekały na dzieci rozmaite gry i zabawy. Było malowanie buzi ( Karola wybrała wzór w kształcie motylka), słodkie i słone przekąski oraz… wykład dotyczący zagrożeń czyhających na dzieci podczas wakacji ( choroby układu pokarmowego, intensywne opalanie, choroba lokomocyjna, ugryzienia owadów itp.). Impreza zakończyła się wręczeniem dzieciom masy upominków. Karola była zachwycona :)
Po imprezie całą rodziną pojechaliśmy na Saską Kępę. Najpierw wylądowalismy w kawiarni Rue de Paris na małej przekąsce, a potem na obiad udaliśmy się do Trattoria Rucola, gdzie zjedliśmy pyszną sałatkę ze szpinakiem, najlepszą w Warszawie pizzę ( nie żartuję) oraz focaccie z solą i rozmarynem. Niestety to tylko rozdrażniło nasze kubki smakowe, dlatego umówiliśmy sie z naszymi przyjaciółmi z Milanówka i wspólnie wybraliśmy się jeszcze na hinduski deser ( słodki ryż oraz halawę). Po zjedzeniu solidnej porcji poczułam się usatysfakcjonowana :).