X-lander

Archiwum Sierpień 2010

 

Jagoda ma 3 miesiące

23 sierpnia 2010

 

Nie do wiary! Moja córeczka ma już trzy miesiące! Czyli minął rok od zajścia w ciążę :). Nie mieści mi się to wszystko w głowie. Minęło tyle czasu? Przecież raptem przed chwilą odliczałam kolejne tygodnie i patrzyłam na mój nabierający coraz większych krągłości brzuszek. A teraz przyglądam się mojej małej stokrotce, która zaczyna mnie naparzać po nosie, śmieje się, próbuje raczkować, wstawać i krzyczy, gdy nikt na nią nie zwraca uwagi. Niesamowite. Mam dwie super córki!

Kolejny tydzień to kolejne zmagania z materią. Poniedziałek powinien być trzecim dniem weekendu. Jeżeli coś mam do załatwienia w poniedziałek, to wiem, że będzie ciężko, a do domu wrócę lekko podirytowana. Połowę spraw udaje mi się załatwić telefonicznie, ale z pozostałymi trzeba pojeździć po mieście. W dodatku z dziewczynkami. Może uda mi się niektórych wziąć na litość ;). Zapracowana matka, dwójka dzieci, Jagoda pewnie da jakiś mały koncert… Może pójdzie szybciej niż mi się wydaje. Koło 16.00 mam już wszystko za sobą. W ramach odreagowania zatrzymuję się na Żoliborzu w pizzeri „ Peperoni”. Jagoda na razie delektuje się samymi zapachami, a my z Karoliną zjadamy smaczną pizzę ( mogłaby mieć tylko mniej sera) oraz sałatkę. Miejsce bardzo fajne dla rodzin z dziećmi. Każdy maluch dostaje kulkę drożdżowego ciasta, wałki i foremki. Wszystkie rzeczy, które ulepi lądują w piecu i potem można je zjeść. My wychodzimy z gorącym serduszkiem, ludzikiem i gwiazdką.
Na wieczór umawiam się z Alą. Warszawa jest cudowna! Czuje się jak w prawdziwej europejskiej stolicy. Siedzimy na Nowym Świecie. Ulicą spacerują kolorowi, uśmiechnięci ludzie. Najpierw siedzimy w Vincencie, potem przenosimy się do Cavy. Jest gorąco, wesoło i wakacyjnie. Zamówione w drugiej knajpie koktajle pozostawiają wiele do życzenia, ale to najmniej istotny element tego wieczoru. Siedzę z moją przyjaciółką w kawiarni i buzie nam się nie zamykają. Cieszę się, że mam taką osobę. Do domu wracam w cudownym nastroju, dziewczynki już śpią, a w drzwiach wita mnie mój super przystojny mąż :). Chyba jestem szczęściarą :).

Z moim przystojniakiem pod koniec tygodnia wymykam się do kina. Tym razem do Muranowa. Tam zawsze można trafić na jakiś dobry film. Chociaż w poniedziałek tata Maćka razem z Karolą i Łucją wylatuje do Turcji, jakoś udaje nam się go namówić żeby został wieczorem z dziewczynkami. Ponieważ Jagoda przez cały dzień ma nie najlepszy humor, wsiadając do samochodu… wyłączamy komórki :). Tak na wszelki wypadek :).

Mamy do wybory dwa filmy: „Samotny mężczyzna” Toma Forda i „Zły porucznik” Wernera Herzoga. Ja chcę iść na film Forda, Maciek na Herzoga. Jestem dobra żoną, więc kupujemy bilety na „Złego porucznika”. Oj zły, zły… wybór.

W filmie gra Nicolas Cage i Eva Mendes, więc zapowiada się nieźle. Ale już początek jest lekko kulejący. Akcja rozgrywa w Nowym Orleanie, w którym, po przejściu huraganu Katrina, pogrążeni w chaosie mieszkańcy coraz częściej dopuszczają się rozbojów, mordów i kradzieży. W tych okolicznościach poznajemy poczciwego sierżanta Terence’a , który po kontuzji kręgosłupa zaczyna przyjmować coraz więcej środków uśmierzających potworny ból. Kończy się oczywiście kokainą. I tak z przykładnego, poukładanego stróża prawa małymi krokami staje się przestępcą.
Film momentami jest dość brutalny, jak dla mnie nie do końca przemyślany, ale nie brakuje w nim też paru udanych scen. Jednak kilka scen w ponad 2-godzinnym filmie to trochę za mało. Chociaż niektórym podobał się bardzo, bo na napisach końcowych dało się usłyszeć nieśmiałe brawa ;). Według mnie mocno przesadzone. Następnego dnia w moje ręce trafiła recenzja z Gazety Wyborczej. „ Zły porucznik” dostał 3 gwiazdki. Odetchnęłam z ulgą, bo już się bałam, że nie potrafię docenić „ambitnego” kina:))). Po wyjściu z Muranowa uruchomiliśmy telefony. Kilkanaście połączeń nieodebranych… Czyli mała dała czadu… Tata nie był wkurzony, ale ucieszył się gdy nas zobaczył. Cóż, pewnie kolejne wyjście do kina nie nastąpi zbyt prędko:).

Tuż przed Karoliny wyjazdem nie chcieliśmy opuszczać Warszawy. Dlatego weekend spędziliśmy… nad Świdrem i na działce mojej mamy. Nad rzeką spotkaliśmy się z Alą i kilkoma innymi koleżankami. Zabraliśmy ze sobą dużo owoców i picia, bo dzień był naprawdę upalny. Dlatego siedzenie w wodzie przyjemnie wpływało na nasze samopoczucie. A w niedzielę po wygrzewaniu się w sierpniowym słońcu w Gołkowie wróciliśmy do domu, żeby spakować Karolcię na jej pierwszy „ samotny” wyjazd na wakacje. Nam było trochę smutno, a ona była bardzo podekscytowana. O 3.00 w nocy wstała bez najmniejszego focha. Ubrała się w sekundę i gotowa do wyjścia stanęła z walizką przy drzwiach. Moja mała, samodzielna córeczka…

 

Połowa wakacji już za nami

16 sierpnia 2010

 

Sezon urodzinowy trwa!
Dlatego pod koniec lipca jedziemy świętować urodziny Emilki i jej mamy Beatki. Emilka kończy roczek, a Beatka? Nie mam pojęcia, ale wygląda świetnie! Pozazdrościć! Na imprezie nie zostajemy zbyt długo, bo jeszcze wieczorem chcemy pojechać na działkę. Pogoda jest w dalszym ciągu wyjątkowo przychylna, więc szkoda nam tracić każdy piekny dzień na siedzenie w Warszawie. Tam też możemy popracować, tylko że siedząc na tarasie lub przy stole w ogródku, a nie w dusznej kuchni w bloku…
Kolejnego dnia, chociaż to niedziela, wstajemy o 7 (!!!). Karola ma umówioną na godzinę 9.00 jazdę konną w uroczej stadninie w Bindużce. Jest tam tak pięknie, że jesteśmy skłonni otworzyć w okolicy agroturystykę. Tylko czy z naszym „szwędaczem” wytrzymalibyśmy taki stacjonarny rodzaj pracy? Może za kilka lat ;).

Karola na koniach nie jeździ regularnie, ale postępy robi oszałamiające i niczego się nie boi! Już nas poinformowała, że gdy będzie duża i odłoży sobie pieniądze, to kupi sobie konia i będzie go trzymać właśnie w tej stadninie ;). Ciekawe… Najpierw był… kabriolet :), potem laptop, a teraz koń! Cóż, dzieciom już nie wystarcza lalka Barbie…
Początkowo zakładamy, że po dwóch dniach wrócimy do stolicy, ale po pierwsze:szkoda nam pogody, a po drugie dzwoni do nas Gosia, która chce nas odwiedzić z dziećmi. Zostajemy!
Dni mijają na włóczeniu się po lasach, gotowaniu, zabawie z dziećmi oraz … codziennych wycieczkach do sklepu po lody. Oskar, dwuletni synek Gosi, pałaszuje śmietankowego Bambino na patyku z zapałem, który wywołuje u nas salwy śmiechu. Wszystko jest upaprane lodem: buzia, ręce, koszulka , a czasami nawet nogi :).

Na weekend musimy wrócić do Warszawy na … kolejne urodziny:). Tym razem kolej na Oliviera. Ten dwuletni mężczyzna na nasz prezent, śpiewanie i obrzucanie serpentynami reaguje… histerycznym płaczem… Hmm, myślałam , że dzieci mnie lubią… W ogrodzie, w altanie, która aż pęka w szwach od jedzenia, czuję się jak w jakimś 5-gwiazdkowym hotelu all inclusive! Poduchy, rolety z materiału, chilloutowa muzyka, półmiski ze słodkościami oraz słonymi przekąskami… Mogę zostać tu na tydzień? Nic z tego. W domu zostawiliśmy Karolinę, która zamiast urodzin młodszego kolegi wybrała wycieczkę rowerową z babcią, moim bratem i jego dziewczyną.

Rano, przed przyjęciem, załatwiliśmy jeszcze jedną dość przyjemną sprawę… Wykupiliśmy Karoli wyjazd do Turcji!!!! Nie , nie, spokojnie, nie jesteśmy aż tak szaleni by wysyłać siedmioletnie dziecko na samodzielny wyjazd. Karla wybierze się na urlop z babcią, dziadkiem i stryjeczną siostrą, Łucją. Ta informacja spowoduje , że odtąd do dnia wyjazdu kilka razy dziennie będziemy słyszeć pytanie: Ile czasu jeszcze zostało? I dlaczego tak dużo?
Moje słonko wyjazdową obsesje wyssało chyba z mlekiem matki :). Tym bardziej mnie to cieszy, bo mam pewność, że spędzi tam niezapomniane chwile. Sami planujemy zwiedzić Turcję, ale czekamy na odbiór paszportu dla Jagody. Pod koniec września lub na początku października będzie tam z pewnością w dalszym ciągu ciepło, a nam do tego czasu powinno się udać załatwić większość formalności związanych z naszą trzecią książką. Planujemy wydanie drugiej części „Przemytników…”. Kiedyś wydawało mi się, że nigdy nie wyjadę w tamte strony. Po pierwszym nieudanym pobycie w Egipcie wszystkie kraje arabskie wrzuciłam do jednego worka i byłam przekonana, że nie są to miejsca, w których poczuję się komfortowo. Jednak po licznych zapewnieniach osób, które odwiedziły Turcję, zaczęłam zmieniać zdanie. Najbardziej przekonała mnie chyba możliwość skorzystania z prawdziwej tureckiej łaźni. Podobno jest to niezapomniane przeżycie, które dostarcza zarówno naszemu ciału jak i duszy ogromną dawkę energii. Dlatego do Turcji wysłaliśmy na przeszpiegi Karlę ;). Nie sądzę, by miała zamiar iść do łaźni :), ale pomimo swojego młodego wieku nasza córka zwraca uwagę na masę najdrobniejszych szczegółów. Jeżeli ona pokocha ten kraj, my również odnajdziemy w nim coś dla siebie.
Do wyjazdu został ponad tydzień. To chyba jedna z gorszych informacji dla Karolci. Ona deklaruje gotowość opuszczenia kraju nawet następnego dnia:). Z jednej strony cieszę się, że podziela naszą pasję i uwielbia zwiedzać różne zakątki świata, ale z drugiej… Zaczynam się zastanawiać co zrobię gdy pewnego dnia moje dziecko stanie w przedpokoju ze spakowaną walizką i oświadczy mi, że wyjeżdża i nie wie kiedy wróci. Boję się. Może głównie dlatego, że mnie nigdy nie było stać na taką decyzję…

 

Suuuper film i fotki z Indii

9 sierpnia 2010

 

ŁŁŁŁŁŁŁŁŁŁaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!!!!!!!!! To była kompletna masakra dla moich mięśni brzucha!!!!!!!!! a wcale nie poszłam na siłownię…. właściwie nic nie wskazywało na to , że niewinne wieczorne wyjście… z mężem spowoduje, że będę… umierać ze smiechu !!!!!!!
Wszystko jak zwykle przez Alę, która zrobiła nam niespodziankę i zaprosiła na przedpremierowy pokaz francuskiej komedii romantycznej pt. ” Licencja na uwodzenie”. Maciek gdy usłyszał hasło „KOMEDIA ROMANTYCZNA” trochę spanikował i szukał wymówki by zostać w domu. Całe szczęście do kina miał przyjechać również Maćka przyjaciel z żoną i dzięki temu udało mi się go jednak wyciągnąć.

Uwielbiam kino w Pałacu Kultury, a po tym filmie lubię je jeszcze bardziej! Ciężko jest w ogóle zrobić dobry film, jeszcze trudniej na prawdę śmieszną komedię, a ten film jest TOTALNYM MAJSTERSTYKIEM!!!!! Początek jest odrobinę niezrozumiały, ale to tylko dodaje rumieńców całemu scenariuszowi. Główne role grają Venessa Paradis i Romain Duris. W Romanie się zakochałam, zresztą nie tylko ja. Razem z moimi trzema koleżankami doszłysmy do wniosku, że Romek obiektywnie rzecz biorąc nie jest szczególnie przystojny, ale ma w sobie to coś. Coś , co powoduje, że kobietom miekną nogi i są w stanie zrobić niejedno głupstwo. O tak, Roman z pewnością to ma :).

Nie wiem, czy jest sens opowiadać treść filmu, bo wydaje mi się, że właśnie to początkowe zaskoczenie jest najfajniejsze. Zresztą cały jest ( muszę to napisać) ZAJEBISTY!!!!!! Nigdy nie byłam na filmie podczas którego cała sala śmiałaby się praktycznie bez przerwy a na koniec biła brawa. Nie wiem co jest w tej chwili w repertuarze kin, ale ten tytuł jest obowiązkowy i, co najważniejsze, spodoba się również panom. Maciek i jego przyjaciel Karuna zgodnie przyznali, że bawili się świetnie, bo poza chwytającym za serce Romanem nie brakuje w nim równie urokliwych kobiet, z Venessą na czele :)
Roman i piękne kobiety to czywście nie jedyne atuty filmu. Najważniejszy jest scenariusz. Nie wiem kto jest jego autorem, ale chętnie zagrałabym w jego filmie :) „Licencja na uwodzenie” po prostu wbija w fotel, a po jej obejrzeniu już nigdy nie powiecie, że komedie romantyczne są głupie:)

Koniec lipca stał się doskonałym pretekstem do zaproszenia znajomych na oglądanie długo wyczekiwanych zdjęć z Maćka wyjazdu do Indii i Tjlandii. Ponieważ Maciek na wyjeździe był razem z Alą, postanowili, że pokaz zdjęć połączą z degustacją indyjskich i tajskich przysmaków.
Dlatego w czwartkowy wieczór wszyscy znajomi którzy zdecydowali się odwiedzić nasze skromne progi mogli najeść się do syta, bo podróżnicy przygotowali jak zwykle jedzenie w hurtowych ilościach. Niektórzy dostali nawet porcje na wynos :).

Ala lubi robić zdjęcia, które pokazują rzeczywisty obraz danego miejsca. Dlatego fotografie poza pięknymi zabytkami, kolorowymi bazarami, uśmiechniętymi dziećmi przedstawiały również ruiny budynków, biednych ludzi i slumsy. Indie zupełnie inne od tych, które kojarzą się z filmami Bollywood. Czasami aż ciężko było uwierzyć, że tam ludzie są w stanie żyć w skrajnym ubóstwie, a ci niby dobrze sytuowani mogą nie mieć w mieszkaniu np. bieżącej wody. Dla Europejczyka, nie do pomyślenia, dla Hindusa coś zupełnie naturalnego. Po obejrzeniu zdjęć i posłuchaniu ich opowieści, zaczęłam się poważnie zastanawiać, czy mam wystarczająco mocne nerwy, by wybrać się w podróż w tamte rejony. Z całą pewnością nie prędko pojadę tam z dziećmi, może kiedyś sama z Maćkiem. Ich podróż trawała zaledwie 16 dni, więc zobaczyli skromny fragment Azji. Na dłuższy urlop nie mógł sobie pozwolić ani mój mąż, ani Alinka, ale nawet tych kilkanaście dni wystaczyło by wrócili pełni wrażeń i z prawie… tysiącem zdjęć.

Po tak emocjonującym wieczorze następnego dnia po śniadaniu wybrałam się do Body Clinic na ul. Oboźnej na cudownie pachnący cukrowy peling całego ciała. Był to mój prezent urodzinowy. Voucher dostałam prawie 3 miesiące temu i w ostatnim momencie przypomniałam sobie, że jest ważny tylko do końca lipca. To było niebiańskie 30 minut relaksu. Po zabiegu skóra była aksamitna w dotyku, pięknie pachniała i dzięki zawartym w pellingu olejkom była błyszcząca i nawilżona.
Po wyjściu z Body Clinic udałam się na krótki spacer Nowym Światem, kupiłam latte na mleku sojowym z wiórkami kokosowymi w Coffe Heaven i …czułam się jak milion dolarów!!!!!!!!!!!!!!

 

Urodziny mamy i Karoli

2 sierpnia 2010

 

Powrót po uroczym weekendzie do Warszawy nie był taki straszny jak myślałam.
Następnego dnia Ala zaprosiła mnie na niemiecki film pt. ” Wszyscy inni”. Pokaz miał się rozpocząć o 20.00 w kinie muzeum etnograficznego w Warszawie na ul. Kredytowej.

Umówiłyśmy się godzinę wcześniej na ploty i przeszłyśmy do kawiarni Kawka. Był parny lipcowy wieczór a my z koktajlami owocowymi w rękach relaksowałyśmy się na leżakach w cieniu drzewa. Ponieważ w miłym towarzystwie czas zawsze mija za szybko, mało brakowało i spóźniłybyśmy się na seans…

Kino na Kredytowej to duża sala, która z tradycyjną kinową ma tylko tyle wspólnego , że… jest duża. Siedziałyśmy na mega niewygodnych krzesełkach, w pomieszczeniu które aż prosiło się o zamontowanie klimatyzacji. Zresztą najprawdopodobniej jej brak spowodował, że już po kilku minutach trwania filmu część osób opuściła salę. Z każdą kolejną było coraz gorzej. Film był niezły, ale temperatura panująca w środku na prawdę uniemożliwiała obiektywną ocenę. Opowiadał o chłopaku i dziewczynie, Niemcach, którzy przyjechali na wakacje do Włoch, do domu matki chłopaka. Mieli wspólnie spędzić urlop, a chłopak dodakowo miał zlecenie na kilka projektów architektonicznych ( bo z wykształcenia był architektem:). W między czasie para spotykała znajomych chłopaka i wówczas wakacyjna idylla lekko się załamała. Ona nie zaakceptowała jego przyjaciół, a on zaczął dostrzegać jej wady… itd. Ogólnie taka historyjka z życia wzięta, ale… o jakieś pół godziny za długa. Po wyjściu z kina odetchnełyśmy z ulgą, bo przyjemny chłód panujący na zewnątrz w końcu pozwolił nam normalnie oddychać.

21 lipca to dzień urodzin mojej mamy oraz moje córeczki Karoliny:). Gdy 7 lat temu przyszła na świat, moja mama powiedziała, że nie mogłam jej zrobić lepszego prezentu. Imprezę urodzinową zawsze wyprawiamy Karolinie miesiąc wcześniej żeby mogła zaprosić koleżanki z przedszkola, a w trzecim tygodniu lipca świętujemy w wyłącznie rodzinnym gronie i przeważnie jedziemy wówczas do mojej mamy na uroczysty obiad. Tak było i tym razem. Z domu wyszliśmy specjalnie wcześniej, bo chcieliśmy po drodze załatwić jeszcze odbiór numeru pesel Jagody oraz złożyć dokumenty do wyrobienia paszportu. Z numerem pesel się udało, ale w Urzędzie Paszportowym pocałowaliśmy klamkę. Dzięki temu kupiliśmy mamie śliczny prezent urodzinowy :) Byliśmy bardzo blisko ul. Mokotowskiej gdzie znajduje się sklepik z biżuterią Li Lou. Wyszliśmy z pozłacanym okrągłym medalikiem z wygrawerowanym na tę okazję specjalną dedykacją oraz datą.

Na następny dzień zaplanowałam sobie mnóstwo rzeczy do załatwienia i obawiałam się, że nie ogarnę nawet połowy:).
Zaczęłam rano od nagrania testimonialu, czyli zapowiedzi dla radia Pin ( na antenie od września :)
Następnie- wycieczka na pocztę żeby wysłać listy oraz paczkę. Niestety kobiety z małymi dziećmi nie robią już na nikim wrażenia, więc grzecznie musiałam odstać swoje w kolejce :( Kolejnym punktem wycieczki był Urząd Paszportowy, do którego dzień wcześniej nie udało nam się dostać. To miejsce przypomina bardziej… przedszkole, ponieważ poza naszą dwójką pod nogami kręciła się jeszcze conajmniej piątka dzieciaków. Było dość śmiesznie, bo pomimo wydzielonego specjalnie „pokoju” dla matek z dziećmi, który wygląda jak więzienna cela, urząd ten kompletnie nie jest przygotowany do przyjmowania najmłodszych interesantów. Wąski korytarz uniemożliwiający przejechanie wózkiem, brak miejsc do przewijania, pełno ostrych kantów i …. podkręcona na full klimatyzacja ( Karolina siedziała szczelnie zawinięta w chustę , bo tak było jej zimno). Największy ubaw miałam obserwując młodego tatusia, który na „kilka minut” został sam z dwójką dzieci, bo żona na chwilę musiała wyjść. Synek ( na oko 10-miesięcy) wytarł na podłodze cały kurz, zaczepiał wszystkich i bełkotał coś w sobie tylko zrozumiałym narzeczu, a córeczka ( około 5 lat) wyczyniała rozmaite akrobacje na metalowej poręczy przy schodkach. Tatuś dość szybko odpuścił sobie zwracanie im uwagi i udawał, że nic nie widzi :) Po niespełna godzinie udało nam się złożyć wszystkie wymagane dokumenty i mogliśmy dalej udać się na podbój urzędów państwowych. W kolejnym w ekspresowym tempie załatwiliśmy becikowe. Byłam przygotowana na kolejną godzinę stania a tu raz dwa i po wszystkim:).

Po powrocie do domu nie mogłam uwierzyć, że mamy to już za sobą. Wieczorem czekała mnie jeszcze tylko wycieczka do centrum, do gabinetu stomatologicznego, w którym wykonują podobno najlepszy pantomogram zębów w mieście:) oraz kontrolną wizytę u lekarza. Okazało się, że poza paroma drobiazgami, o których nawet nie warto wspominać jestem zdrowa jak ryba !