Znad morza wróciliśmy w poniedziałek w nocy. Nie mieliśmy ochoty po raz drugi przeżywać męczarni związanej z przemieszczaniem się samochodem w 40 stopniowym upale. Dlatego pole namiotowe w Chałupach opuściliśmy dopiero koło 20.00. Potem zaliczyliśmy jeszcze szybką przerwę na gofry, najlepsze na Helu!!! Ja pochłonęłam jednego z dżemem truskawkowym, Karola z cukrem pudrem, a Maćko na bogato z bitą śmietaną, jagodami, malinami i truskawkami. Po słodkiej kolacji podróż do Warszawy nie wyglądała już tak strasznie :).
W stolicy wytrzymaliśmy zaledwie 4 dni… Już w czwartek zaczęłam nerwowo przeglądać oferty w internecie :). To już chyba rodzaj choroby :). Weszłam na moją ulubioną stronę pewnego biura podróży i zaczęłam przeglądać zdjęcia z różnych zakątków świata. Niestety wycieczki zagraniczne na razie nie są nam pisane, bo najmłodsza latorośl jeszcze nie doczekała się paszportu.
Część naszych znajomych wybierała się na weekend do Lublina, żeby popływać na wake’u. Stało się to dobrym pretekstem by przy okazji odwiedzić ponownie Kazimierz. Zadzwoniłam do Alinki i szybko usataliłyśmy szczegóły wyjazdu. W piątek wieczorem mieliśmy pojechać do Lublina, przespać się na polu namiotowym koło zalewu Zembrzyńskiego, a następnego dnia rano pływać cały dzień na wake,u. W rezultacie plany nieco uległy zmianie ponieważ w piątek wieczorem nikomu z nas nie chciało się jechać w nocy do Lublina, woleliśmy wstać wcześnie rano w sobotę i pojechać prosto na wyciąg.
Nad zalew dotarliśmy parę minut po 10.00, dzięki temu mogliśmy zacząć pływanie zaraz po uruchomieniu wyciągu. Ostatni raz w Lublinie byliśmy 2 lata temu. Wówczas udało mi się kilka razy wystartować z pomostu i przepłynąć… maksymalnie pół okrążenia…:).
Po tak długiej przerwie zaczynałam prawie od zera. Poza tym próbowałam na nowej desce, którą kupiliśmy w zeszłym roku. Jest śliczna, ale musiałam się sporo nawyginać żeby w ogóle coś zaczęło mi wychodzić. Pierwsze próby nie były przyjemne, bo w stopę wbił mi się kawałek szkła. Po szybkiej interwencji domorosłych chirurgów :) mogłam z powrotem kontynuować próby wystartowania z pomostu. Ponad 2 godziny później nie byłam nawet odrobinę bliżej sukcesu. W końcu pomógł mi pewien przystojny mężczyzna, który lekko podtrzymał deskę w wodzie, udzielił kilku złotych wskazówek oraz życzył przyjemnej jazdy i… udało się!!! Popłynęłam!!! Nie wiem, czy to zasługa przystojniaka, czy mojej desperacji, ale płynęłam!!! Deska pruła jak szalona. Tak przynajmniej mi się wydawało. Okazało się, że jechałam z prędkością… ok. 30 km/h. Minęłam pierwszy zakręt, za momenet drugi , choć ten przypominał bardziej desperacką walkę o utrzymanie się na powierzchni niż kontrolowane wejście w skręt. Przy trzecim zakręcie, byłam już taka szczęśliwa i dumna z siebie, że minęłam bojki nie z tej strony co trzeba i zaliczyłam supermena
( czyli po mega mocnym szarpnięciu do przodu przez wyciąg wylądowałam twarzą w wodzie :)
Choć był to pierwszy udany start postanowiłam moje zmagania z materią na tym zakończyć i w ten sposób pozostawić po sobie miłe wrażenie.
Ala i Maciek też nie mieli ochoty dłużej pływać dlatego postanowiliśmy przenieść się do Kazimierza, gdzie wcześniej zarezerwowałam nocleg w ” Czterech pokojach”. Tym razem dostaliśmy pokój pomarańczowy, który był większy od orientalnego, ale nie miał dodatkowego wyjścia na taras z basenem. Dlatego, nie chcąc obchodzić domu dookoła, musieliśmy na taras… wyskakiwać przez okno:) Co dość szybko przestało nam zupełnie przeszkadzać. Po szybkiej kapieli w basenie poszliśmy na obiad do” Zielonej Tawerny”. W Kazimierzu odbywał się Festiwal Muzyki Klezmerskiej, więc podczas naszych spacerów po rynku i okolicach cały czas dobiegały nas dźwięki granej na żywo muzyki. Czułam się jak w typowym małym śródziemnomorskim miasteczku. Gorące powietrze przemieszane z zapachem jedzenia dochodzącego z różnych restauracji, ludzie siedzący na ziemi zasłuchani koncertem, roześmiane dzieci biegające z roztopinonymi z upału lodami i my. Spaleni słońcem i wiecznie głodni :) W drodze na kolację również skusiliśmy się na lody, co spowodowało, że po dotarciu do celu wcale nie byliśmy pewni czy na kolację mamy jeszcze ochotę i miejsce. Zatrzymaliśmy się w Vincencie, ślicznej restauracji urządzonej w francuskim klimacie. Miękkie poduchy, jasne kolory, świece, nastrojowa muzyka i bardzo bogata karta win. Hmm karmienie piersią czasami jest uciążliwe :) Pozostała mi herbatka owocowa oraz ciasto z porzeczkami.
Kolejny dzień spędziliśmy praktycznie całkowicie w basenie. To była prawdziwa leniwa niedziela, po której w poniedziałek musieliśmy znowu wrócić do Warszawy. Całe szczęście nie na długo :) .
Na początku kwietnia wyjechaliśmy na kilka dni w góry, żeby spędzić tam święta i oficjalnie zamknąć kolejny sezon narciarsko-snowboardowy.
Udało nam się namówić rodziców Maćka żeby pojechali razem z nami, dlatego wynajęliśmy pół góralskiego domku, żeby wszyscy czuli się swobodnie.
Po drodze do Zakopanego na obiad zatrzymaliśmy się w rewelacyjnej pizzerii w Kielcach, którą, pomimo, że nie jest ulokowana w ścisłym centrum miasta, powinien odwiedzić KAŻDY wielbiciel włoskich placków z dodatkami. Zamówiliśmy pizzę z ricottą, ze szpinakiem i zwykłą margaritę. Na naszym stole wylądowały trzy ogromne cieniutkie placki, które miały ok. 45 cm średnicy!!! Nie daliśmy rady zjeść wszystkiego, chociaż pizza była baaardzo smaczna. Resztę zabraliśmy ze sobą.
Na miejsce dotarliśmy dość późno, zmęczeni dlatego szybko zaplanowaliśmy strategię na kolejny dzień i poszliśmy spać.
Następnego dnia rano zaraz po śniadaniu wyruszyliśmy w kierunku Kasprowego. Maciek z deską, Karola i tata z nartami, a ja z mamą… ciepło ubrane.
Do kolejki nie było … kolejki:), więc na górę dostaliśmy się bardzo szybko. Trafiliśmy na bardzo kiepskie warunki, była mgła, zaczął padać śnieg i otwarty był tylko wyciąg na Gąsiennicową. Karolina założyła narty, ale po przejechaniu dosłownie 20 m usiadła i zaczęła płakać, że bardzo się boi i nie chce dalej zjeżdżać. Dlatego we trzy z mamą poszłyśmy na gorąco czekoladę, a panowie postanowili zmagać się z górą.
Maciek odpuścił po jednym zjeździe i również wybrał odpoczynek w barze, natomiast tata dzielnie jeździł przez prawie 2 godziny ( później przyznał, że nie sprawiało mu to specjalnej przyjemności:).
Kolejny dzień zapowiadał się zupełnie inaczej. Ponieważ obudziło nas słoneczko, postanowiliśmy sprawdzić, czy działa wyciąg na Szymoszkowej. I to był strzał w dziesiątkę, przynajmniej jeśli chodzi o Karolinę. Jeździła z małą przerwą prawie 5 godzin (!!!) i nie wykazywała najmniejszych oznak zmęczenia. Ja z mamą wybrałam opalanie w jednym z barów usytuowanych na stoku. Było cudownie! Myślałam, że się rozpłynę z rozkoszy.
Ostatniego dnia naszego pobytu ponownie wybraliśmy sie w to samo miejsce. Tym razem w końcu udało nam sie spotkać z naszymi znajomymi i moją przyjaciółką Alą. Zazdrościłam im bardzo tego, że mogą tak aktywnie spędzać czas, dlatego wybrałam sie z mamą na spacer w stronę Gubałówki, żeby choć trochę sie ruszyć. A po obiedzie namówiłam wszystkich żebyśmy pojechali na spacer do doliny Kościeliskiej ( ostatni raz byłam tam będąc równolatką Karoliny).
Umiarkowana ilość turystów sprawiła , że spacer był bardzo przyjemny. I te widoki…
W lany poniedziałek ( oj działo sie działo:) niestety musieliśmy wyjechać z Zakopanego.
Po drodze zatrzymaliśmy się w WYŚMIENITEJ restauracji Mamma Mia w Krakowie na ul. Karmelickiej, odwiedziliśmy zawsze piękny kościół Mariacki i kupiliśmy kilka drobiazgów na rynku, W Kielcach również zaliczyliśmy godzinny przystanek u naszych znajomych, aż w końcu w późnych godzinach wieczornych dotarliśmy do Warszawy.
Samochód wypożyczyliśmy na 3 dni, więc po dwóch dniach zwiedzania środkowej i północnej części przyszedł czas na eksplorację południowych zakątków wyspy.
Pomimo złożonej obietnicy byliśmy zmuszeni ponownie wjechać w głąb lądu, ponieważ… tylko jedna droga prowadziła do południowych miejscowości.
Po krótkim przystanku w Tarajalejo, które niestety nie było zbyt zachwycające ( poza tym , co dość dziwne na Fuercie, plaża pokryta była drobniutkim czarnym piaskiem) udaliśmy się na plażę pomiędzy Bahia Calma i Playa Esmeralda. To chyba najlepsze miejsce na całej wyspie do uprawiania Kitesurfingu. Duża przestrzeń, łagodne zejście do morza i potwornie silny wiatr to tylko nieliczne atuty tego miejsca. Duże wrażenie robi ponadto bardzo zachęcający spot, w którym można wypożyczyć sprzęt, umówić się na lekcję, napić drinka lub poleżeć na leżaku wśród palm :).
Na sam dół wyspy za bardzo nie chciało nam się jechać dlatego po krótkim przystanku w Costa Calma wróciliśmy do naszej miejscowości Caleta del Fuste.
Resztę dnia postanowiliśmy spędzić nad basenem łapiąc ostatnie promyki słońca.
Karola szalała z Maćkiem w basenie, a ja wygrzewałam się na leżaku czytając książkę. Po prawie trzech godzinach baaaardzo głodni pobiegliśmy na kolację, po której wybraliśmy się na długi spacer.
Ostatni dzień naszego pobytu na wyspie spędziliśmy praktycznie cały nad wodą. Ćwiczenie jogi na plaży było bardzo przyjemnym doświadczeniem, chociaż swobodniej czułam się na tarasie naszego hotelowego pokoju ( zasłonięta ze wszystkich stron szczelnym żywopłotem:) Starałam się jednak o tym nie myśleć, bo plaża była praktycznie pusta.
Ostatni dzień pobytu na wakacjach wiąże się przeważnie z kupowaniem pamiątek z wyjazdu dla siebie oraz bliskich. Niestety poza paroma drobiazgami nie udało nam się znaleźć nic nadzwyczajnie interesującego. Po długim szukaniu stanęło na trzech małych książkach kucharskich, wiklinowej torbie, sosach mojo oraz kilku zwierzątkach z materiału, które Karola miała zamiar rozdać swoim koleżankom w Warszawie.
Przed kolacją zostaliśmy wyciągnięci jeszcze na plac zabaw. Do pokoju wróciliśmy bardzo późno. Żeby odsunąć od siebie myśl nieuchronnego wyjazdu postanowiliśmy spakować sie dopiero następnego dnia rano.
Lot do Warszawy wydawał się o wiele dłuższy niż na Fuertę. Dodatkowo prognozy pogody nie nastrajały nas zbyt optymistycznie. Wsiadając do samolotu miałam na sobie jedynie sukienkę i sandałki ( Karola podobnie). Gdy dolatywaliśmy do stolicy, większość pasażerów samolotu zaczęła nakładać na siebie kolejne warstwy ubrań. Panika okazała sie jednak zbędna, bo na zewnątrz panowała znośna 10 stopniowa temperatura.
A kolejnego dnia zaczęło świecić piękne słońce i rozpoczęła się prawdziwa wiosna :)
Miejscowość , w której mieszkaliśmy nazywała się Caleta del Fuste i była chyba najprzyjemniejszym miejscem na wyspie na tygodniowy urlop.
Jak zwykle przed wyjazdem zakładaliśmy, że będziemy jedynie wypoczywać, czytać książki, leżeć na plaży lub przy basenie, ale … po dwóch dniach wypożyczyliśmy samochód ( cudną zieloną micrę) i postanowiliśmy zwiedzić wyspę.
Pierwszego dnia pojechaliśmy do wysuniętej najbardziej na północ miejscowości Corralejo. Znajduje się w niej port, z którego można przepłynąć promem na Lanzarote oraz Lobos. Ponieważ Corralejo spodobało nam się, podjęliśmy decyzję, że zostaniemy w nim na dłużej. Najpierw, po zakupieniu prowiantu usiedliśmy w centrum miasteczka, na betonowej ławce wyłożonej kobaltowymi kafelkami i zabraliśmy się do… przygotowywania lunchu :)
Mijające osoby patrzyły na nas z niedowierzaniem, ale chyba również z lekką zazdrością, ponieważ poza kilkoma barami z kurczakami i frytkami oraz kiepskimi kawiarniami ciężko było znaleźć tam jakiekolwiek miejsce z dobrym jedzeniem. Nasz “obiad” był pyszny.
Następnie udaliśmy się na plaże, na której potwornie wiało, dlatego wytrzymaliśmy na niej zaledwie godzinę.
Miłym punktem dnia była kąpiel pod plażowym prysznicem ( ze słodką wodą!!!). Po niej czułam się jak nowo narodzona i parę kilo lżejsza.
Zaraz przy Corralejo znajdują się największe wydmy na wyspie, dlatego wracając do hotelu postanowiliśmy na chwilę się przy nich zatrzymać. Zrobiły się z tego… prawie 3 godziny. Większą cześć czasu spędziliśmy na plaży. Wiało równie silnie jak w Corralejo, ale widok warty był poświęcenia.
Kolejnego dnia udaliśmy się do El Cotilo, czyli miejsca, w którym są podobno najlepsze warunki do uprawiania surfingu. Po długich poszukiwaniach udało nam się w końcu znaleźć wspomniane miejsce. Przy malutkiej, uroczej plaży ćwiczyli swoje umiejętności ci zaawansowani oraz początkujący. Fale nie były może zbyt duże, ale wystarczały, by wykonać długi, piękny ślizg.
Gdy weszłam do wody na własnej skórze przekonałam się, że te “niewinnie” wyglądające fale, mogą z człowieka zrobić prawdziwą… mielonkę. Wystarczyła chwila nieuwagi i , stojąc w wodzie do kostek, zostałam zmyta przez falę i znalazłam się całkowicie pod wodą. Po szybkiej interwencji Maćka ( który lekko przeraził się tym widokiem) udało mi się wydostać na brzeg.
Wracając do hotelu zatrzymywaliśmy się jeszcze w kilku miejscowościach, w których ( zgodnie z przewodnikiem) miały czekać na nas jakieś niewyobrażalne atrakcje.
Właściwie poza Betancurią, w której faktycznie zobaczyliśmy śliczny kościół ( niestety tylko z zewnątrz:( nic innego nie było warte uwagi i delikatnie mówiąc mijało się z prawdą. Mimo to następnego dnia udaliśmy się na kolejną wycieczkę samochodową, z silnym postanowieniem, że nie będziemy zapuszczać się w głąb wyspy, tylko zwiedzać piękne plaże…
Wczoraj późnym wieczorem spotkaliśmy się z naszą przyjaciółką Alą. Mieliśmy wybrać sie na pizzę do malutkiej knajpki na ul. Francuskiej na Saskiej Kępie, jednak ilość pierogów ruskich, jakie zjedliśmy na obiedzie u mamy, spowodowała, że nawet nie myśleliśmy o jedzeniu. Dlatego wprosiliśmy się do mieszkania Ali, a po drodze kupiliśmy pomarańcze, grejpfruty oraz mandarynki. Z pomarańczy i grejpfrutów zrobiliśmy sok, mandarynki miały być na “deser”.
Sok wyszedł przepyszny, a na mandarynki już żadne z nas nie miało miejsca. Leżeliśmy na kanapie z pełnymi brzuchami ( mój wyjątkowo pełny;) i postanowiliśmy obejrzeć zdjęcia z naszego letniego wyjazdu.
Gdy słyszę od różnych ludzi , że wyjazd z dzieckiem na wakacje wiąże się z dużym poświęceniem i skomplikowaną organizacją, to szczerze mówiąc chce mi się śmiać. Pierwszy raz wyjechaliśmy na wakacje zagranicę ( do Grecji), gdy Karolina miała 10 miesięcy, następnie, gdy miała rok ( do Hiszpanii). Nie mieszkaliśmy w 5-gwiazdkowym hotelu, nie wynajęliśmy mieszkania, spaliśmy na … polu namiotowym. Karola była zachwycona. Od rana do wieczora biegała po trawie, w ciągu dnia spała w wózku pod drzewem, zaprzyjaźniła się z naszymi wszystkimi campingowymi sąsiadami… a przede wszystkim była cały czas uśmiechnięta i wesoła. Widziałam, że niczego jej nie brakuje. Z przyjemnością patrzyłam, jak bawi się różnymi patyczkami i muszelkami przyniesionymi z plaży.
Dlatego nasze ostatnie wakacje “zaplanowaliśmy” podobnie. Najpierw tydzień w tzw. luksusach, czyli hotel, pełne wyżywienie, basen i sauna, a potem… tydzień pełen niespodzianek. Po tygodniowym pobycie w Austrii mieliśmy pojechać do Chorwacji, której nigdy wcześniej nie widziałam. Jednak dzień przed wyjazdem sprawdziliśmy prognozę pogody i okazało się, że jest tam dość chłodno, od czasu do czasu pada. Nas satysfakcjonowała temperatura minimum 25 stopni oraz słońce. Dlatego postanowiliśmy wybrać się do Włoch. Już po przekroczeniu granicy przekonaliśmy się, że była to słuszna decyzja. Pierwszego dnia udało nam się dotrzeć nad jezioro Garda. Przepiękne miejsce! Znaleźliśmy malutki camping z widokiem na jezioro i zabraliśmy się do rozkładania namiotu. Nie było łatwo, bo okazał się GIGANTYCZNY! Po prawie godzinnym szarpaniu z tropikiem, rurkami i śledziami w końcu udało nam się. Z sąsiednich parceli dostaliśmy gromkie brawa, co było niezwykle sympatyczne:) Rano wypiliśmy prawdziwe włoskie latte ( we Włoszech nie mogę przestać myśleć o kawie:) i po spakowaniu całego dobytku łącznie z hamakiem! , ruszyliśmy w dalszą drogę. Dojechaliśmy do Portofino, a stamtąd w dół toskańskim wybrzeżem aż do Rzymu. Prawie codziennie spaliśmy w innej miejscowości. Zawsze na polach namiotowych. A Karolina? Ostatnio zapytała się kiedy wrócimy do Włoch, bo czuła się tam tak dobrze…
Nazywam się Monika Mrozowska, jestem w siódmym miesiącu ciąży i bardzo mi dobrze z moim coraz większym brzuchem. Wiem, miałam szczęście ( choć uważam, że mocno mu pomogłam), bo od samego poczatku czułam się rewelacyjnie. Żadnych nudności, stanów depresyjnych i innych nieprzyjemnych dolegliwości. Można wręcz powiedzieć , że ten stan bardzo mi służy, napędza do pracy i … nie pozwala stać w miejscu. W przenośni i dosłownie.
Nosi mnie z tą moją piłeczką tak bardzo, że pod koniec szóstego miesiąca ciąży postanowiłam wyjechać na kilka dni do Londynu. W Warszawie panowały akurat potworne mrozy ( -20) , a tam prawie wiosna. Słonko, śpiewające ptaszki i dodatnia temperatura. Czyli idealne warunki żeby od rana do wieczora biegac po mieście, zwiedzać, robić zakupy. Czy brzuch w tym przeszkadza? Mnie na pewno nie.
Zaczynałam od porządnego śniadania: owoce, miseczka gorących warzyw z makaronem, ryżem lub kaszą i kubek ziół z łyżeczką miodu. Po takim posiłku miałam pewność , że będę mieć dużo energii na cały dzień. Londyn jest ogromny i wiedziałam , że nie uda mi się zobaczyć każdego zakątka, dlatego od razu zrezygnowałam z najbardziej popularnych punktów wycieczek i zdecydowałam się na zwiedzanie tego miasta od kuchni. Nie mogłam sobie jednak darować odwiedzenia chociaż kilku sklepów , a tych najwięcej jest w ścisłym centrum, czyli na Oxsford street. Najbardziej skorzystała na tym moja córeczka Karola oraz maleństwo. Nie byłam w stanie przejść obojętnie obok mikroskopijnych śpiochów, skarpetek i podkoszulek. Poza pieszymi wycieczkami chętnie poruszałam się po mieście… dwupiętrowymi autobusami i jak małe dziecko wyczekiwałam, aż zwolnią się miejsca na górze, przy samej przedniej szybie. Sprawność z jaką poruszają się kierowcy tych wielkich czerwonych cudaków w wąskich uliczkach miasta naprawdę robi wrażenie. Poza ścisłym centrum musiałam odwiedzić Camden Town z jego kiczowatymi sklepami i tysiącem kolorowych, poprzebieranych ludzi oraz sobotni targ staroci (i nie tylko) na Portobello. W tym dniu była chyba najpiękniejsza pogoda, która wcale nie zachęcała do powrotu do Polski. Niestety następnego dnia musiałam pożegnać się z Londynem i udać się na lotnisko.
Warszawa nie przywitała mnie zbyt gorąco. Temperatura nieco podniosła się , ale miasto nadal przykryte było grubą warstwą biało-szarego śniegu.
To wystarczająco dobry pretekst, by przed rozwiązaniem wyjechać jeszcze gdzieś na kilka dni…