X-lander

Wycieczki

 

Ferie 2

28 stycznia 2012

 

Tydzień we Włoszech mija nie wiadomo kiedy. Każdy dzień wygląda podobnie. Mam wrażenie, że w kwestiach oraganizacyjnych doszliśmy do perfekcji :-)
Ponieważ pogoda praktycznie codziennie jest śliczna, nie ma to dla mnie większego znaczenia, czy pójdę jeździć pierwsza, czy będę musiała poczekać w barze Alpina na swoją kolej minimum 2 godziny.
Gdy decyduję się na pozostanie z Jadzią jako pierwsza, staram się ją uśpić, a gdy już smacznie chrapie zamawiam grzane wino, wystawiam twarz do słońca i… odpływam. Taką zimę to ja rozumiem. Pod nogami skrzypi śnieg, ale jest cieplutko! Od słońca i od… grzańca :-)
Jedną z naszych ulubionych tras w Alpe di Siusi jest Florian i Floralpina. By do nich dotrzeć trzeba się „ przedrzeć” plątaniną wyciągów na drugą stronę góry. Z mapą zadanie nie jest specjalnie trudne, ale za pierwszym razem można się zgubić. Jak się później okazuje nie tylko za pierwszym. Podczas jednej z wycieczek Dominika z Maćkiem, Łucją i Karoliną po wyjechaniu wyciągiem o nazwie Bambi zamiast pojechać na wprost skręcają w prawo i…. w ten sposób cała grupka dociera do zupełnie nowego miejsca :-))))) Podobno bardzo ładnego :-)))))
W związku z tym moja 2 godzinna zmiana przeciąga się do 3,5… Ale w takim miejscu można siedzieć naprawdę godzinami :-)
Po kilku dniach jeżdżenia z Karolcią postanawiamy pojechać również w zupełnie nowe miejsce. Wcześniej wszystko dokładnie sprawdzamy na mapie :-)
Za każdym razem, gdy rozpoczynamy jeżdżenie kierujemy się na lewo do wyciągu o nazwie Panorama. Tymczasem zaraz obok baru Alpina, po prawej stronie jest śliczna nartostrada, która prowadzi m.in. do wyciągu Laurin. Nie wiem, czy na deskę nie będzie za płasko, ale z daleka trasa wygląda dobrze, więc ryzykujemy. Najwyżej poproszę moją małą narciarkę o pomoc :-)
Jedzie się świetnie. Nigdzie nie muszę się zatrzymywać. Najpierw dojeżdżamy do wspomnianego Laurina. Sam wyciąg znajduje się parę metrów wyżej więc musimy do niego dojechać malutkim wyciągiem- bieżnią. Jest jeszcze wcześnie, więc jest tu mało ludzi. Chyba wszyscy na początek wybierają Panoramę :-)
Jedziemy bardzo szybko. Nagle zaraz po skręcie w lewo na palce czuję, że nie mam gruntu pod nogami i… lecę w powietrzu! Parę sekund później ląduję na brzuchu kilka metrów niżej. Ręce asekuracyjnie chowam pod siebie. Już raz złamałam nadgarstek i do tej pory czasami czuję jak mnie boli :-( Cała obsypana śniegiem zatrzymuję się i patrzę gdzie jest Karola, bo jechała tuż za mną. Karolcia również nie spodziewa się wyskoku, ale momentalnie widząc co się dzieje zgina kolana i amortyzuje siłę wybicia. Spada bez szwanku i jedzie dalej :-) Aaaa to tak się to robi:-)
Za Laurinem jest jeszcze jeden wyciąg krzesełkowy. Jedziemy go sprawdzić. Tu już nie ma praktycznie nikogo!
Wjeżdżamy na górę starym, dwuosobowym krzesełkiem. Mamy 3 możliwości zjazdu, z czego dwie prowadzą pod wyciąg, a jedna z nich, wśród drzew trawersem łączy się z Laurinem. Wybieramy trawers. Pod koniec trasy muszę kilka metrów podejść pod górkę, Karolcia rozpędza się i pokonuje małe wzniesienie bez większego problemu… Hmmm, spryciara :-)
Ostatniego dnia we Włoszech spada świeży śnieg. Jeździ się świetnie, ale jest zdecydowanie zimniej. Mimo to jako jedni z ostatnich wsiadamy do kolejki, która zawozi nas na dół do miasteczka.
Gdy w sobotę pakujemy samochód, bo drugi tydzień ferii mamy zamiar spędzić na Słowacji w Liptowskim Mikulaszu, nic nie wskazuje na to, że droga zamiast 9 godzin zajmie nam 16…
Masakryczna podróż wydaje się nie mieć końca, gdy najpierw próbujemy bezskutecznie ominąć korki na austriackiej autostradzie, potem płacimy mandat na autostradzie słowackiej, a pod koniec jedziemy totalnie oblodzoną drogą z prędkością nie przekraczającą 40km/h… Gdy o 4 nad ranem docieramy na miejsce, dziękuję Bogu, że nic nam się nie stało…

 

Ferie 1

21 stycznia 2012

 

Do wyjazdu do Włoch został tydzień.
O pobycie w szpitalu już prawie zapomniałam, czasami tylko Jagódka zaczyna coś opowiadać. Mówi „ pan, pan” , „ała, ała” i pokazuje rączkę, na której jeszcze widać siniaki po pobieraniu krwi :-(
Moja mała kruszynka. Ponieważ po antybiotyku ma obniżoną odporność, nigdzie z nią nie wychodzimy w obawie, żeby przed podróżą niczego nie złapała. To trochę komplikuje życie i logistykę, bo wszystkie sprawy musimy załatwiać na zmianę.
Poczta, wyjście na zakupy, księgowa, zebranie w Karoliny szkole, wymiana pieniędzy, załatwienie ubezpieczenia, wyjście z Karoliną na urodziny jej najlepszej koleżanki Kingi… wszystko zajmuje 2 razy więcej czasu, bo ktoś musi zostać z Jadzią w domu…
W piątek mamy zamiar wyjechać o 22.00… Pracujemy na podwyższonych obrotach, by ze wszystkim zdążyć…ale nie udaje nam się :-( W samochodzie jesteśmy dokładnie o 23.50 i w tym samym momencie zaczyna… padać śnieg. W sumie fajnie, bo ferie zimowe bez śniegu to przecież nie ferie, ale czy musi tak sypać właśnie w momencie, gdy mamy przed sobą trasę o długości 1400 km…
Jedziemy z prędkością 60 km/h. W takim tempie może za 3 dni dotrzemy na miejsce.
Jednak po dojechaniu na autostradę w kierunku Poznania sytuacja poprawia się i możemy już jechać szybciej. Jest zupełnie pusto. Chyba wszyscy przestraszyli się pogody.
Podróż mija zadziwiająco szybko i dosyć łatwo. O 16.00 jesteśmy na miejscu. Mieszkamy w tym samym miejscu co rok wcześniej w St. Vigil. Mamy apartament z kuchnią i dodatkowy pokój piętro niżej. Kuchnia to podstawa. Lubię zjeść coś dobrego na mieście, ale muszę mieć możliwość ugotowania domowego obiadu:-)
Jesteśmy zmęczeni, ale wieczorem jeszcze wyskakujemy na miasto. Siusi nie jest dużym miasteczkiem, ale bardzo urokliwym. Robimy małe zakupy i wracamy do domu. O 21.00 jesteśmy tak wykończeni, że nie wystarcza nam sił, by czekać na Bartka z Dominiką, którzy z Warszawy wyjechali kilka godzin po nas.
Następnego dnia pobudka o 6.30 :-)
Nie ma zmiłuj. Przyjechaliśmy wypoczywać, ale… AKTYWNIE! Żadnego leżenia w łóżkach do 12.00 :-)
O 9:30 jesteśmy pod kolejką linową, która zabierze nas wysoooko w górę. Pod wyciągiem spotykamy Kamę, Olę, Jamie’go i Drew, naszych znajomych, którzy przyjechali do Włoch dzień wcześniej z Londynu. . Trochę nie dowierzają, że z dwójką dzieciaków udało nam się tu dotrzeć tak wcześnie.
Ja nie wierzę, że udało nam się w ogóle zorganizować taki wyjazd i spotkać z nimi tutaj na miejscu. Kama z Olą i z chłopakami mieszkają też w St. Vigil w domu oddalonym od naszego o 300m.
Kupujemy karnety i wszyscy wjeżdżamy na piękną, pełną słońca polanę Alpe di Siusi :-)
Ale cudnie!!!
Jeździmy w takim samym systemie jak rok temu. Zmieniamy się średnio co dwie godziny. Jedno z nas zajmuje się Jadzią, a drugie szaleje na śniegu z Karolcią.
Uwielbiam z nią jeździć! Trudno dotrzymać jej kroku, bo zasuwa tak szybko.
Oj przed nami piękny tydzień… a potem kolejny, hi, hi…

 

Fabryka Czekolady

14 stycznia 2012

 

Gdy wracamy ze szpitala do domu, Jagódka biega po całym mieszkaniu tak szczęśliwa, że aż miło na nią patrzeć. W niczym nie przypomina zdenerwowanego dziecka, które krzykiem i płaczem reagowało na pojawiających się w sali lekarzy i pielęgniarki w białych fartuchach. Muszę przyznać, że wygląda to okropnie i z całą pewnością musi boleć, gdy w malutką rączkę dziecka czwarty raz pielęgniarka próbuje wbić się w żyłę, by pobrać krew… Z drugiej strony, one same przyznają, że nie jest to dla nich miłe zajęcie, bo też nie mogą patrzeć na wyjące z rozpaczy dzieci, ale… ktoś tę cholerną krew przecież pobrać musi :-(
Jadzia z każdym kolejnym dniem nabiera sił. W domu kończymy też podawanie antybiotyku. Osłonowo dostaje też probiotyk oraz zestaw leków homeopatycznych. Za tydzień mamy wyjechać do Włoch, więc chcemy mieć pewność, że Jagódka będzie w dobrym stanie.
Ponieważ pierwsza noc w domu mija bardzo spokojnie, następnego dnia postanawiamy jechać do Dzień Dobry TVN we dwójkę, a Jadzię zostawić z dziadkiem. To wyjątkowa sytuacja. Mamy zastąpić Andrzeja Polana.
Przygotowujemy słodkie menu. Przywozimy kilka tabliczek gorzkiej czekolady, mrożone wiśnie, pomarańcze, migdały, orzechy włoskie, wiórki kokosowe i w studio… otwieramy Fabrykę Czekolady :-)))))
Podczas trwania programu pokazujemy jak wykonać rozmaite nadzienia, naturalne, kolorowe posypki i … jak utemperować czekoladę:-)
Zadanie wydaje się bardzo skomplikowane, ale wystarczy wszystko wykonywać spokojnie i zaopatrzyć się w dobry termometr spożywczy i… powinno się udać:-)
Najłatwiej cały proces wytłumaczyć na 280 g gorzkiej czekolady. Dzielimy ją na dwie części ¾ i ¼.
¾ czyli w tym wypadku 210g kroimy nożem na drobne kawałki i rozpuszczamy w metalowej misce ustawionej na garnku z gotującą się wodą ( tak zwana kąpiel wodna). Musimy uważać aby do czekolady nie dostała się nawet odrobina wody, bo może to zważyć czekoladę.
Czekoladę podgrzewamy i mieszamy aż do momentu gdy osiągnie temperaturę 49 stopni ( przy czekoladzie mlecznej 46 stopni). Następnie miskę zdejmujemy z kąpieli wodnej i zaczynamy dosypywać pozostałą, drobno pokrojoną czekoladę ( czyli w tym wypadku 70 g- ¼ z 280g). Mieszamy aż całość osiągnie temperaturę 30 stopni ( przy mlecznej 27) i ponownie delikatnie podgrzewamy, ale tylko o 2 stopnie!!! W tak przygotowanej czekoladzie możemy zamoczyć np. orzechy. Po wystygnięciu czekolada nie będzie brudzić rąk, będzie gładka i błyszcząca. Uwaga! Temperowanie czekolady może się nie udać za pierwszym razem, ale warto próbować, bo to super zabawa:-)
Na długi weekend nic nie planujemy. Siedzimy w domu i cieszymy się tym, że w końcu możemy być wszyscy razem. Oglądamy filmy i gramy w gry planszowe. W niedzielę rano wyskakuję z Karolcią na 2 godziny do Marty i Gosi na „ Śniadanie szyte na miarę”, czyli wypasione jedzenie przygotowane specjalnie na tę okazję przez urocze gospodynie mieszkania na Żoliborzu.
Podczas tych trzech dni kolejny raz uświadamiam sobie, że największą przyjemność sprawiają mi właśnie takie proste rzeczy. Pod warunkiem, że mam przy sobie moje dwie ukochane córeczki…

 

Ptasia osada

3 grudnia 2011

 

Jeśli chodzi o organizację krótkich wyjazdów, to mogę nieskromnie powiedzieć, że nie mam sobie równych :-)
Za nami bardzo intensywny okres. Przed nami również, bo trzeba zadbać o promocję książki, dlatego przyda nam się kilka dni oddechu. A akurat mamy długi weekend :-)
Od dłuższego czasu marzyliśmy o pobycie w … ruskiej bani, dlatego moje poszukiwania są zdeterminowane bliską lokalizacją sauny opalanej drewnem. Wcale nie jest to takie proste, bo w pierwszej kolejności w wyszukiwarce wyskakują mi sami producenci… W końcu udaje mi się trafić na piękne miejsce za Augustowem, gdzie bania została zbudowana nad samym jeziorem, żeby po solidnym wygrzaniu kości wskoczyć bezpośrednio do lodowatej wody! Wygląda super, tylko czy jest sens jechać z dzieciakami taki kawał na niecałe trzy dni?
Szukam dalej.
„Ptasia osada” w malutkiej miejscowości Ploski, nad Narwią wydaje się być idealnym miejscem. Jest dużo bliżej, bo w połowie drogi między Białą Podlaską, a Białymstokiem.
Z Warszawy wyjeżdżamy w piątek o 10.15 i o 13.00 jesteśmy na miejscu. Osada w rzeczywistości wygląda jeszcze ładniej niż na zdjęciach. Zarezerwowaliśmy największy domek, bo na wyjazd namówiliśmy jeszcze Bartka ( brata Maćka ) z żoną Dominiką, 6-letnią Łucją i 1,5 roczną Alinką. Nasza Karolina powiedziała, że bez Łucji nigdzie nie jedzie… a myślałam, że bunt zaliczymy w okolicach 13 roku życia…
Ponieważ do osady docieramy 2 godziny przed czasem, nasz domek nie jest jeszcze dostatecznie nagrzany. Mimo próśb pani recepcji, żeby Maciek z rozpalaniem kominka zaczekał na zajmującego się tym pana, mój mąż podejmuje próbę samodzielnego nagrzania w naszym domku…Ja na wszelki wypadek zabieram dziewczynki do znajdującej się na terenie „Ptasiej osady” restauracji na pierogi. Gdy w domu jest już szaro od dymu, Maciek. decyduje się jednak na pomoc. W końcu we dwójkę raźniej… Razem z „panem specjalistą” mój mąż doprowadza do takiego stopnia zadymienia, że włącza się… alarm przeciwpożarowy…
Pierogi kresowe z marchewką, kapustą i serem oraz ruskie są wprost cudowne! Gdy dziewczynki są po obiedzie, Maćkowi udaje się opanować kominkową awarię. Podobno komin był mocno wychłodzony i dlatego dym wracał do pomieszczenia, a nie wylatywał na zewnątrz…W środku czuć jeszcze zapach wędzonki, ale sama siebie przekonuję, że przecież o to właśnie mi chodziło.
Bartek z Dominiką przyjeżdżają 3 godziny po nas. Pokoje są już wywietrzone i wystarczająco nagrzane, a na stole w jadalni czeka na wszystkich obiad, wino i świece, bo Bartek ma imieniny :-)
O 19.30 idziemy z dzieciakami do ruskiej bani. Na zewnątrz jest bardzo zimno, ale w pokoju, który jest dołączony do sauny jest około 30 stopni C ! Dzieci rozbierają się na golasa, ale nie chcą wchodzić do środka. Jagódka wchodzi na sekundę z Maćkiem, ale wyskakuje jak oparzona krzycząc głośno : „Siiiii!”
Na zmianę zajmujemy się maluchami tak, że w bani jednocześnie leżą dwie osoby.
Jest piekielnie gorąco, ale tego właśnie potrzebowałam. Po kilku minutach również na golasa wybiegam na zewnątrz z wiadrem zimnej wody, którą polewam całe ciało. Ale uczucie!!! Jakbym duszkiem wypiła trzy napoje energetyzujące!!!
Wychodzimy po godzinie i na kolejny dzień zamawiamy banię na 2 godziny. O 21.00 jesteśmy tak zmęczeni, że z trudnością trzymamy się na nogach. Niestety Jagoda z Aliną są w dużo lepszej kondycji…
Kolejnego dnia jedziemy do Białowieży odnaleźć jedno z miejsc mocy. Zanim docieramy na miejsce jest już szarawo i szybko robi się ciemno. Spacer przez stary las już dostarcza adrenaliny, bo jesteśmy pewni, że zgubiliśmy drogę. W końcu trafiamy do celu. Nikt nic nie czuje, ale wszyscy macają wielkie kamienie, korzenie i drzewa stojące dookoła. Tak na wszelki wypadek :-)
Wieczorem znowu powtórka w ruskiej bani i wszyscy zasypiamy jak niemowlaki.
W niedzielę po długim spacerze opuszczamy „Ptasią Osadę”i jedziemy na obiad do rodziców, którzy postanowili ostatni weekend spędzić na działce. Tutaj wszystko smakuje wyjątkowo, nawet zwykły kalafior z bułką tartą.

 

Trzy dni w Londynie

21 listopada 2011

 

Mój ostatni wyjazd do Londynu miał miejsce jeszcze w czasie ciąży. Z okrągłym brzuszkiem biegałam po mieście, szukając wyjątkowych okazji na poświątecznych wyprzedażach. Szczególną uwagę zwracałam na malutkie kolorowe ubranka dla niemowlaków. Przywiozłam ich oczywiście zdecydowanie za dużo i nie mogłam się doczekać, kiedy założę je na mojego maluszka.
Ponieważ od tej wizyty minęło już bardzo dużo czasu wpadam na szalony pomysł. Po konsultacji z Maćkiem, który tydzień wcześniej zaliczył weekendowy wyjazd w męskim gronie, kupuję bilety w Wizzair i dzwonię do Kamili ( mojej przyjaciółki, która mieszka w Londynie na stałe). Jej reakcja jest łatwa do przewidzenia. Jest tylko trochę niepocieszona, że wpadnę na 3 dni, a nie na dłużej.
Zabieram tylko bagaż podręczny, żeby zminimalizować koszt przelotu, bo przy wszelkich dodatkowych atrakcjach, tanie loty są już tanie tylko z nazwy… Przed pakowaniem sprawdzam dokładnie zalecane wymiary bagażu, żeby na lotnisku nie mieć niespodzianki.
Walizka o kilka centymetrów jest mniejsza, więc zupełnie spokojna o 3.00 nad ranem w piątek wsiadam w taksówkę. Gdy dojeżdżam na lotnisko mam nieco ponad godzinę do odlotu.
Wszystko idzie jak z płatka, przechodzę do strefy bezcłowej. Kupuję kilka gazet, wodę do picia i wino dla Kamy :-) i biegiem do samolotu… Dwie stewardessy sprawdzają bilety oraz wymiary bagaży podręcznych. Gdy przychodzi moja kolej, podchodzę na pewniaka, ale jedna z nich każe mi wcisnąć walizkę do zespawanej z metalowych rurek skrzynki, która podobno ma wymiary takie jak wymiary bagażu podane na stronie Wizzair… , ale moja walizka nie mieści się… Najpierw na spokojnie staram się tłumaczyć, że mam metkę z wymiarami, która jest przyszyta przez producenta, ale pani jest nieubłagana. Informuje mnie tylko, że będę musiała dopłacić za nadbagaż (!!??). Jaki nadbagaż? Mam w walizce 2 pary majtek, sukienkę, kosmetyczkę, gazety i butelkę wina. Całość waży może 2 kilo! Druga stewardessa ma dużo milsze usposobienie i radzi mi żebym spróbowała włożyć walizkę do góry nogami. Jakoś się udaje.
Jest 5 rano. Rewelacyjnie rozpoczęłam dzień…
Trzy dni i dwie noce w Londynie…. Praktycznie cały czas spędzam z Kamą, jej nowym facetem, Olą, która chodziła z Kamą do liceum, ale też przeniosła się do Anglii oraz jej chłopakiem. Jest wyjątkowo, bo pierwszy raz widzę Londyn skąpany w słońcu, a nie szary, mokry i nieprzyjemny. Chodzimy po mieście, po sklepach ( przecież nie mogę wrócić bez prezentów dla dziewczynek:-), odwiedzamy londyńskie parki, puby i gotujemy… W sumie to ja gotuję, a reszta je i mruczy z rozkoszy. Uwielbiam takie reakcje. W niedzielę jedziemy na długi spacer, co chwilę zatrzymujemy się na kawę, kanapkę lub inną przekąskę. Nie potrafimy przestać jeść :-)
Po spacerze wracamy do Kamili domu, gotuję pożegnalny obiad, podczas którego umawiamy się wszyscy na wspólny, zimowy wyjazd do Włoch.
Na lotnisku Luton niestety ponownie czeka mnie przeprawa z kolejną uroczą stewardessą. Z tą idzie mi jeszcze gorzej niż w Warszawie. Po kilku minutach odpuszczam i idę zapłacić za moją „gigantyczną i super ciężką” walizkę… Jestem wściekła.
W botkach na obcasach, w krótkiej czarnej sukience, leginsach z portfelem i paszportem w ręku czuję się bardzo dziwnie. Po chwili chce mi się śmiać z całej sytuacji.
Gdy taksówką przyjeżdżam do domu jest 24.00, więc dziewczynki już śpią. Ja padam zaraz po umyciu zębów.
Za mną intensywny weekend, a przede mną pracowity tydzień. Poniedziałkowe DDTVN po 5 godzinach snu jest wyzwaniem. W ciągu kolejnych dni zastanawiam się, czy nie mam już rozdwojenia jaźni, bo felieton do listopadowego Playboya ( temat swoją drogą przyszedł mi do głowy podczas pobytu w Londynie) piszę zaraz po zapoznaniu się z planem warsztatów „ Zdrowy przedszkolak” podczas których mam opowiadać o moich patentach na zdrową dietę dla dzieci… Trochę dziwne zestawienie, ale kocham takie „ wybuchowe mieszanki”! Gdy jeszcze raz na jakiś czas mogę wskoczyć w buty na obcasie,założyć koronkową sukienkę i poczuć się przez chwilę jak 100% kobieta, to myślę sobie: „ Ale to życie jest fajne!” :-)

 

Mleczna droga cz.2

30 października 2011

 

Krowy z Mlecznej Drogi nie są zwykłymi krowami, to rasa Jersey, która słynie z wyjątkowo tłustego mleka. Idealnego na przetwory! Ania z Rafałem zanim podjęli odważną decyzję o wyprowadzeniu się na wieś oraz hodowaniu krów, skomplikowanej sztuki serowarstwa uczyli się zagranicą. Szukając miejsca na własne gospodarstwo przez wiele miesięcy jeździli po Polsce w poszukiwaniu idealnej lokalizacji. Odpoczywając po obfitym śniadaniu składającym się z rozmaitych produktów wytwarzanych z ich mleka, duszonych warzyw, dżemów domowej roboty, chrupiącego pieczywa, aromatycznej kawy, stwierdzam, że lepiej wybrać nie mogli. Przede mną rozciąga się stary owocowy sad, za którym pasą się krowy. Na horyzoncie las, a ponad nim błękitne, jesienne niebo.
Koło południa pomału zaczynamy się zastanawiać, czy nie fajnie byłoby pojechać na jakąś krótką wycieczkę. W Kazimierzu byłam już kilka razy, poza tym jest niedziela i nie mam ochoty przeciskać się w tłumie ludzi, którzy z obłędem w oczach biegają po rynku z drożdżowymi kogucikami w rękach… , ale w Kazimierzu jest prom. Można nim przepłynąć na drugą stronę Wisły do małego cichego Janowca.
Jedziemy po kocich łbach, drogą wzdłuż wału. Trzęsie nami niemiłosiernie. Wychodzimy na pomost. Okazuje się, że prom nie pływa ze względu na niski poziom wody w rzece…,ale kilka kilometrów dalej, podobno jest kolejny, który powinien przewieźć nas na drugi brzeg.
Faktycznie w Bochotnicy trafiamy na działający prom! Cała przeprawa zajmuje nam parę minut.
Pogoda bardziej przypomina lipcową lub sierpniową.
Janowiec, tak jak myślałam, jest ślicznym, cichym miasteczkiem. W samym centrum znajduje się piekarnia połączona z restauracją i sklepem, w którym kupujemy pełnoziarnisty, ciemny, razowy chleb, ogórki w zalewie pomidorowej ( pyszności!), duszoną paprykę z cebulą ( pyszności do kwadratu!) oraz tutejszą pamiątkę czyli wypiekany z ciasta drożdżowego zamek z Janowca :-) To będzie prezent dla Karolinki.
Od wielkiej serowej uczty na tarasie minęło już trochę czasu, więc część naszych skarbów pochłaniamy już na schodach prowadzących do sklepu. Chyba musimy wyglądać dziwnie, bo jedna z ekspedientek wychodzi do nas i proponuje żebyśmy nasze „drugie śniadanie” zjedli w ogródku restauracji :-)
Trochę przesadziłam z ilością chleba, ale był taki dobry… żeby jak najszybciej wykorzystać świeżo zdobyte kilokalorie zaczynamy wspinać się pod górę, żeby obejrzeć zamek.
Budowę zamku rozpoczęto w 1508 roku. Jego pierwszym właścicielem był Mikołaj Firlej. Na początku zamek miał charakter późnogotycko-renesansowy. W roku 1656 spłonął i został odbudowany przez rodzinę Lubomirskich . Holenderski architekt Tylman podczas odbudowy nadał mu styl bardziej barokowy. Aż do roku 1783 zamek był własnością rodziny Lubomirskich, ale Jerzy Marcin Lubomirski przegrał go… w karty. Następni właściciele też nie byli w stanie go utrzymać, aż w końcu został on opuszczony i popadł w ruinę.
W 1931 roku zakupił go Leon Kozłowski, który co prawda zdołał wyremontować tylko dwa pomieszczenia w baszcie, ale przynajmniej udało mu się powstrzymać wandali. Po jego śmierci zamek został przekazany państwu i od tego momentu jest stopniowo remontowany.
Pomimo dużych zniszczeń cała budowla i tak robi wrażenie. Przy zamku znajduje się śliczny park, że starymi ogromnymi drzewami. Szkoda, że nie mamy czasu żeby poleżeć w nim na trawie…
Wolimy wrócić do Mlecznej Drogi i znowu na tarasie zjeść przygotowany dzień wcześniej, kwaśny barszcz ukraiński.
Po obiedzie musimy się zbierać. Ciężko nam opuścić to miejsce. Przed wyjazdem robimy serowe zakupy, a w prezencie dostajemy malutką dynię hokkaido. W domu przygotuję z niej leczo.
To był nasz pierwszy taki weekend od urodzenia Jagódki. Było fantastycznie, ale już tęsknię za dziewczynkami. Wiem, że w Mlecznej Drodze im też by się podobało…
Po powrocie do domu pokazuję zdjęcia Karolci. Jest trochę zła, bo też bardzo lubi takie wyjazdy. Jeszcze wieczorem sprawdzam prognozę na kolejny weekend. Zapowiadają… 25 stopni!!! Hmmm.
Dzwonię do Ani i pytam, czy mają wolne miejsca. Duża, 8-osobowa jurta jest wolna. Rezerwuję:-)
I w ten sposób w towarzystwie moich trzech koleżanek i dzieci w kolejny weekend ponownie leżę na tarasie w Mlecznej Drodze :-))))))

 

Mleczna droga cz.1

23 października 2011

 

Zawsze wydaje mi się, że wakacje mijają zbyt szybko. Ja na moje narzekać nie będę, bo były wyjątkowe, ale jeżeli tylko mogę chociaż odrobinę wydłużyć ten okres, to staram się to wykorzystać.
Wyjazdy z dziećmi są oczywiście cudowne :-), ale czasami warto sobie przypomnieć jak to było, gdy byliśmy tylko we dwoje…
Szukając miejsca na romantyczny weekendowy wypad przeglądam oferty w okolicach Kazimierza nad Wisłą. Rok temu trafiłam tam na bardzo przytulne apartamenty z basenem tuż przy samym rynku. Dzwonię. Niestety wszystkie pokoje są już zajęte. Zaczynam telefonować pod inne adresy, ale wszędzie słyszę to samo: „ To prawdopodobnie ostatni tak ładny i ciepły weekend, więc wszystko mamy już zarezerwowane”. Gdy udaje mi się w końcu trafić na wolne miejsce, jego cena skutecznie mnie odstrasza. Takiej kasy za dwuosobowy pokój nie będę płacić, jeszcze nie zwariowałam. Zrezygnowana zmieniam kryteria wyszukiwania i z hoteli oraz pensjonatów przerzucam się na gospodarstwa agroturystyczne. Bingo! Strzał w dziesiątkę! Agroturystyka Mleczna Droga od razu rzuca się w oczy.
Najbardziej przekonują mnie zdjęcia ślicznych, niebieskich… mongolskich jurt porozstawianych w sadzie. Dookoła pasą się krowy. Z ich mleka gospodarze, młode małżeństwo z dwójką uroczych dzieci, samodzielnie przygotowuje cheddar, fetę oraz jogurty. Dzwonię. Przesympatyczna dziewczyna po drugiej stronie informuje mnie, że mają wolną jeszcze jedną jurtę. Koszt? 40 zł od osoby, a śniadanie dodatkowe 15zł. W porównaniu z 4-gwiazdkowym hotelem, taniocha! Poza tym będziemy tak blisko natury…
W sobotę rano dziewczynki odwozimy do babci Bożenki i… dajemy nogę :-)
Przed kompletnym odcięciem się od świata w Mlecznej Drodze, jedziemy jeszcze na obiad do Zielonej Tawerny w Kazimierzu. Mmmmmmm za dobrą pastę oddam wszystko! Zamawiam makaron ze szpinakiem i odpływam.
Po obiedzie jedziemy szukać Mlecznej Drogi. W miejscowości Wąwolnica tuż za znakiem z ograniczeniem prędkości mamy skręcić w prawo. Uliczka jest jednak tak mała, że za pierwszym razem przejeżdżamy ją… Zawracamy i przy prędkości 20km/h po raz drugi udaje nam się jej nie przeoczyć.
Na miejscu wita nas uśmiechnięta Ania i jej mąż Rafał. Mimo weekendu są bardzo zajęci ( krówki trzeba doić codziennie:-), dlatego Ania szybko oprowadza nas po gospodarstwie i wraca do pracy.
Jurta wygląda jeszcze ładniej niż na zdjęciach. W środku już czeka wielkie łóżko, z grubymi, puchowymi kołdrami. Dookoła stoją stare bibeloty: porcelanowy dzban i miska,toaletka, lampy. Moja pierwsza myśl? „Ale by się tutaj spodobało dziewczynkom”. Minęło kilka godzin , a ja już o nich myślę:-) Po krótkim telefonie do babci przekonuję się, że one o mnie nie myślą wcale, dlatego bez wyrzutów sumienia wracam do planowania dalszej części naszego romantycznego pobytu.
Idziemy na dłuuuugi spacer. Okolica jest piękna. Trafiamy na opuszczone pole pełne malin. Pysznych, słodkich malin, które tylko zaostrzają nam apetyt na coś konkretnego. Wsiadamy w samochód i jedziemy na małe zakupy do Nałęczowa.
Już wiem, co będę robić na emeryturze!!! Przeprowadzę się do Nałęczowa i będę przynajmniej 5 razy w tygodniu biegać do spa :-) Żartuję, ale faktycznie miasteczko i samo uzdrowisko jest bardzo ładne.
W samej jurcie nie ma „aneksu kuchennego”, bo raczej trudno byłoby go tam zbudować, ale goście odwiedzający Mleczną Drogę mają do swojej dyspozycji drewniany domek, w którym są łazienki, kuchnia, jadalnia oraz zadaszony taras. Szybko gotujemy kaszę z warzywami i naszą kolacją delektujemy się na tarasie przy ostatnich promieniach zachodzącego słońca.
Następnego dnia budzi nas muczenia krów, które są wypasane tuż obok. Zachowują się jak psy. Wyciągają głowę żeby je głaskać,albo robią maślane oczy, żeby przynieść im jabłko lub gruszkę z sadu. Są urocze do granic możliwości…

 

Wakacje z X-lander X-move cz.7

4 października 2011

 

Jak już chyba wspominałam mieszkamy bardzo blisko granicy z Hiszpanią. Ponieważ kilka lat temu spędziliśmy cudowny urlop w hiszpańskiej miejscowości Tarifa , postanawiamy udać się na poszukiwania podobnych miejsc w okolicach Huelvy.
Jedziemy autostradą A22 w kierunku Sewilli. To niewiarygodne, ale zaraz po przejechaniu mostu na rzece Guadiana, która stanowi naturalną granicę oddzielającą Portugalię od Hiszpanii, widać różnicę w architekturze budynków, w krajobrazie… Portugalia jest bardziej uporządkowana, w Hiszpanii panuje lekki nieład. Przeglądając strony internetowe przed wyjazdem zwróciłam uwagę na małe miasteczko z piękną plażą. Mamy problem z odnalezieniem kierunkowskazów na Isla Cristinę, ale mój niezawodny intuicyjny gps :-) doprowadza nas do samego miasteczka. Gdy oglądałam fotografie w internecie najbardziej spodobała mi się plaża, do której prowadził długi, drewniany most. Niestety nie udaje nam się odszukać tego miejsca, ale przyjemną zacienioną drogą przez las dochodzimy do … jeszcze przyjemniejszego beach baru:-))) To w Hiszpanach uwielbiam. Z kilku desek, słomianych mat, rattanowych krzeseł i stolików potrafią zrobić tak przytulne miejsce, że ma się ochotę przesiedzieć w nim pół dnia! Zamawiamy sałatkę, frytki i piwo. Zimne, pyszne piwo z gęstą pianą . Czy musimy iść na plażę? Tu jest tak fajnie. Nic z tego, dziewczynki już zauważyły wodę i przebierają nerwowo nogami.
Udaje nam się jakoś je ubłagać , żeby dały nam wypić jeszcze jedno piwo i przenosimy się na piasek.
Ocean bardziej przypomina jezioro. Praktycznie nie ma wiatru, więc tafla wody jest spokojna. Brak wiatru przekłada się również na dużo wyższą temperaturę odczuwalną. Wydaje mi się, że większość dnia spędzimy w wodzie, która swoją droga też nie daje schronienia przed upałem, bo ma chyba z 30 stopni!!!
Dziewczynki, gdy nie bawią się w wodzie, siedzą pod kolorowym parasolem. Ja nie narzekam, bo właśnie na to czekałam na tych wakacjach, ale po dwóch godzinach zaczynam się denerwować o Karolcię i Jagódkę… Chyba musimy się zbierać.
Jedziemy do kolejnej nadmorskiej miejscowości, żeby znaleźć jakieś miejsce z dobrym jedzeniem. I tak po 40 minutach poszukiwań lądujemy w… duuuużym sklepie spożywczym :-)
Kupujemy sałatę, pomidory, oliwki, ser, oliwę z oliwek, świeże bagietki, jednorazowe talerzyki oraz noże i idziemy zrobić sobie „piknik” pod palmą przy plaży :-) Lunch najlepszy na świecie. A jakie widoki! Jagoda bardzo szybko orientuje się, że niedaleko naszej „ restauracji” znajduje się zejście na plażę z prysznicem i małą fontanną z wodą do picia. Zanim Maciek do niej dobiega jest już cała mokra…
Po obiedzie pakujemy się do samochodu i jedziemy do Santo Antonio, które znajduje się tuż przy granicy po stronie portugalskiej. To portowe miasteczko zostało zbudowane według projektu markiza de Pombal w 1774 roku. Przypomina trochę lizbońską dzielnicę Baixa, która została odbudowana po trzęsieniu ziemi również zgodnie ze wskazówkami markiza.
Wizytę w Antonio zaczynamy od spaceru w porcie. Jagoda po dniu pełnym wrażeń zasypia w wózku. Dzięki temu my też mamy chwilę czasu żeby trochę odpocząć od biegania za nią :-)
Dochodzimy do pięknego placu z kościołem Igreja Martiz i siadamy na jednej z ławek, które otaczają plac. Zbliża się wieczór, czas kolacji, więc na placu robi się coraz gwarniej. Okoliczne knajpki zaczynają wystawiać na zewnątrz stoliki, a klienci powoli zaczynają składać pierwsze zamówienia. To przedostatni dzień naszego wyjazdu, więc idziemy rozejrzeć się za pamiątkami. Kupujemy kilka kolorowych, bawełnianych obrusów, fajansowe naczynia w kształcie muszli,porcelanowe kubki, magnesy na lodówkę z portugalskim kogucikiem…
Ostatni dzień spędzamy na plaży. Niebo jest zachmurzone. Nie jest już tak gorąco. Pogoda psuje się, jakby ktoś nie chciał, żeby było nam przykro z powodu wyjazdu ;-) Nawet gdyby padało i grzmiało i tak będzie nam szkoda, że to już koniec, ale do domu wrócimy z masą wspomnień i zdjęć. I chyba nikogo nie będziemy musieli przekonywać, że z dwójką dzieci można spędzić bardzo aktywne i niezapomniane wakacje. Bo wszelkie ograniczenia znajdują się wyłącznie w naszej głowie, ale gdy się ich pozbędziemy okaże się, że podróżowanie nawet z najmłodszymi członkami naszej rodziny jest… dziecinnie proste ;-)))

 

Wakacje z X-lander X-move cz.6

27 września 2011

 

Cacela Velha- malusieńka osada rybacka nad samym morzem ( usytuowana na wysokim klifie) zachwyca biało-błękitną zabudową i wyjątkowym klimatem. Niby nic tutaj nie ma .Kilka domków, XVIII wieczny kościół i dwie restauracje, ale trudno odmówić temu miejscu uroku. Z zachodniego krańca miasteczka po zejściu na dół jedną z rybackich motorówek można dostać się na wyjątkową plażę, oddzieloną od reszty lądu laguną. My zostajemy w Caceli dosłownie na pół godziny. Siedzimy na tyłach kościoła i patrzymy na ocean. To super miejsce na złapanie oddechu przed dalszym podróżowaniem.
Kolejnym miejscem, które podobno musimy zobaczyć jest Albufeira, czyli turystyczna stolica Algarve. Zanim docieramy do starej części miasta, przez chwilę błądzimy.
Po zaparkowaniu pakujemy na wózek ręczniki, kostiumy, kolorowy parasol i ruszamy w poszukiwaniu drogi do plaży. I znowu sukces! :-) Okazuje się, że zaparkowaliśmy jakieś 30 m od starej części miasta. Czytałam, że w Albufeirze jedną z możliwości dostania się do oceanu jest przejście przez tunel. Hmm , nie ma to jak intuicja :-) Wychodzimy na Rua 5 de Outubro przy samym tunelu :-)
Na plaży sporo ludzi, ale udaje nam się znaleźć dobre miejsce przy samej wodzie. Rozstawiamy nasz cały kramik i idziemy się kąpać. Woda jest ciepła jak zupa. Skaczemy przez fale. Jagoda w ogóle nie chce wychodzić z wody.
Idę z Karolcią wzdłuż plaży na spacer w poszukiwaniu muszli, których jest tutaj od groma. Wybieramy tylko te największe, najpiękniejsze i niepopękane. Z trudem donosimy je do wózka. Opłukane w wodzie wrzucamy do torebki. Będą super prezentami dla babć i koleżanek ze szkoły.
Koło 15.00 uciekamy z plaży. Jest nam już tak gorąco, że musimy się schować przed palącym słońcem. To dobry moment, żeby pójść na obiad.
Po jedzeniu wsiadamy w samochód i przenosimy się dalej na zachód wybrzeża. Autostradą A22 jedzie się bardzo wygodnie i szybko. Od wielu osób, m.in. od chłopaka z wypożyczalni samochodów, słyszeliśmy , że koniecznie musimy zobaczyć Lagos. Miasto leży nad jedną z największych zatok Algarve. Cała stara część otoczona jest fortyfikacją. Było to jedno z pierwszych miejsc, w którym rozpoczęto… handel żywym towarem. Proceder ten upamiętnia tablica przy Rua da Senhora da Graca. W latach 1576-1756 Lagos było stolicą Algarve.
Miasteczko jest bardzo zatłoczone, ale nie można odmówić mu uroku. Przeciskamy się z wózkiem wśród stolików restauracyjnych, ludzi, którzy grają na różnych instrumentach, puszczają gigantyczne bańki, żonglują kulkami. Trochę czuję się tak, jakby ktoś wpuścił nas na zaplecze cyrku. Żeby trochę odsapnąć uciekamy w boczną uliczkę i trafiamy do małej, cichej kawiarni. Niestety w bliskim sąsiedztwie znajduje się stragan z dmuchanymi balonami. Po długich namowach Karoliny w końcu zgadzamy się na kupno jednego. Muszę przyznać, że różowy delfin przyczepiony do zielonego wózka wygląda bardzo surrealistycznie :-)
Gdy zachodzi słońce robi się chłodno. Pierwszy raz podczas naszego wyjazdu żałuję, że nie mam przy sobie chociaż bluzy. Karolina w cieniutkiej sukience też narzeka, że jest jej zimno, a lekko sine usteczka Jagódki mówią same za siebie… W jednym ze sklepów z pamiątkami znajduję szybko śliczne wełniane pareo. Pytam sprzedawcę, czy jeżeli kupię dwa dostanę jakiś upust. Tłumaczy, że to produkt lokalny, wysokiej jakości i, że niestety nie ma takiej możliwości. Trudno. Są tak ładne, a dziewczynkom jest tak zimno, że nie mam siły się z nim licytować :-) Kupuję jedno z brązowym , a drugie z granatowym wykończeniem. Moje skarby wyglądają prześlicznie, a ja mam pewność, że jest im ciepło.
Po godzinie spacerowania po mieście postanawiamy wrócić do Monte Gordo. Dziewczynki po dniu spędzonym na plaży oraz bieganiu po mieście zasypiają w samochodzie, gdy tylko włączam silnik. Droga powrotna mija nam bardzo szybko. Portugalia nawet w nocy ma w sobie coś elektryzującego. Gdy docieramy do hotelu, zanosimy śpiące córeczki do pokoju, otwieramy szeroko balkon i wsłuchujemy się w szum fal dochodzący znad oceanu. Czuję jak powoli zamykają mi się oczy. Chyba jednak też jestem zmęczona :-), ale nie mogę się już doczekać kolejnego dnia i odkrywania kolejnych pięknych miejsc.

 

Wakacje z X-lander X-move cz.5

20 września 2011

 

Gdy dolatujemy do Faro wita nas gorący, słoneczny poranek.
Bagaże odbieramy po kilku minutach od wylądowania. Jagodę pakujemy do wózka, na rączce x-move wieszamy torby podręczne i biegiem do autokaru, który ma nas zawieźć do hotelu.
Mieszkamy przy samej granicy z Hiszpanią w miejscowości Monte Gordo. Gdy dojeżdżamy na miejsce okazuje się , że nasz hotel, jako jeden z nielicznych ma bezpośrednie dojście do plaży. Cudownie!!! Po szalonym zwiedzaniu Włoch tutaj zamierzamy trochę odsapnąć, a tak bliskie sąsiedztwo plaży na pewno nam w tym pomoże :-)
Check in zaczyna się dopiero koło 14… Na zegarku 11.30. Recepcjonistka tłumaczy nam, że postarają się przygotować pokój jak najszybciej, ale potrwa to minimum godzinę. Zostawiamy bagaże, zabieramy kostiumy i idziemy na basen. I już wiem , że mamy przerąbane… Brodzik od razu staje się ulubionym miejscem Jagodzianki. Skacze, próbuje nurkować, podchodzi do tryskającej w rogu fontanny, a my patrzymy na to wszystko z przerażeniem. Czy ja wspominałam o jakimś odpoczynku ?
Mimo to, że cały czas obydwoje jesteśmy w ruchu to bawimy się świetnie. Co tu dużo mówić. Jest rewelacyjnie, a krzyczące z radości dziewczynki tylko nas w tym przeświadczeniu utwierdzają. Śniadanie w samolocie było mizerne ( a poza tym kiedy to było!) dlatego próbujemy nakłonić Karolinę i Jagodę, żebyśmy poszli coś zjeść. Jadzia tradycyjnie odpowiada: daaaaaaaaaa! Czyli tak :-)
Cóż, już podczas naszego marcowego wyjazdu do Lizbony przekonaliśmy się, że Portugalia nie jest kulinarnym rajem dla wegetarian, dlatego na „obiad” zjadamy portugalską wersję pizzy. Nie jest najlepsza ( trudno się tego było spodziewać po pobycie we Włoszech :-), ale królewny nie narzekają. Z talerzy znika wszytko, co do okruszka.
Gdy wracamy do hotelu, nasz pokój jest już gotowy. Mieszkamy na 4 piętrze. Nie mamy bezpośredniego widoku na morze, ale ponieważ pokój jest usytuowany z boku budynku i tak je widzimy.
Przez pierwsze dwa zwiedzamy na piechotę najbliższą okolicę. Poza niewiarygodnie szeroką i piaszczystą plażą oraz naszym hotelem do niezaprzeczalnych atutów Monte Gordo można zaliczyć małą ilość turystów zagranicznych ( to taka miejscowość, do której przyjeżdżają przede wszystkim Portugalczycy). Wpływa to oczywiście na specyficzne funkcjonowanie tego miejsca. Nie ma tu wykwintnych restauracji, raczej prowadzone przez tutejszych gospodarzy małe knajpki, gdzie za kilka euro można zjeść np. potrawy z grilla. Na ulicy od sympatycznego staruszka kupimy tutaj pyszne figi z domowego ogródka, albo świeżo złowione owoce morza. Ja uwielbiam takie miejsca, ale osoba przygotowana na luksusowy wypoczynek może się trochę rozczarować. Dni mijają nam na bieganiu po plaży, pływaniu w basenie i morzu, lepieniu zamków z piasku i odwiedzaniu po kilka razy dziennie tych samych stoisk z pamiątkami. Dziewczynki są wniebowzięte. Wakacje-marzenie!
Ja też jestem zadowolona, że trochę zwolniliśmy tempo, ale trzeciego dnia rano nieśmiało proponuję jakąś małą wycieczkę. Na początek jedziemy do Taviry, która leży na dwóch brzegach rzeki Gilao.
Parkujemy przy samej rzece. Kierując się drogowskazami na centrum trafiamy na drewniany most, z którego możemy dokładnie przyjrzeć się renesansowej zabudowie. Szukając punktu informacyjnego w końcu jedną z uliczek dochodzimy do murów zamku Maurów. Maciek z Jadzią w wózku zostają na dole, a ja z Karoliną wspinam się na górę, żeby zobaczyć panoramę miasta. Widać stąd dokładnie wieżę zegarową kościoła Santa Maria do Castelo oraz pobliski kościół Nossa Senhora da Graca.
Zmęczeni bieganiem po Tavirze idziemy odpocząć w kawiarni przy rzece. Ponieważ przy miasteczku znajduje się podobno piękna plaża, zastanawiamy się przez moment, czy na nią nie pojechać. Trochę zniechęca mnie informacja, że można się na nią dostać jedynie promem, a my znowu jesteśmy głodni. Plaża musi poczekać, najpierw znajdziemy jakieś fajne miejsce na obiad…