X-lander

Z życia

 

Jagoda ma 3 miesiące

23 sierpnia 2010

 

Nie do wiary! Moja córeczka ma już trzy miesiące! Czyli minął rok od zajścia w ciążę :). Nie mieści mi się to wszystko w głowie. Minęło tyle czasu? Przecież raptem przed chwilą odliczałam kolejne tygodnie i patrzyłam na mój nabierający coraz większych krągłości brzuszek. A teraz przyglądam się mojej małej stokrotce, która zaczyna mnie naparzać po nosie, śmieje się, próbuje raczkować, wstawać i krzyczy, gdy nikt na nią nie zwraca uwagi. Niesamowite. Mam dwie super córki!

Kolejny tydzień to kolejne zmagania z materią. Poniedziałek powinien być trzecim dniem weekendu. Jeżeli coś mam do załatwienia w poniedziałek, to wiem, że będzie ciężko, a do domu wrócę lekko podirytowana. Połowę spraw udaje mi się załatwić telefonicznie, ale z pozostałymi trzeba pojeździć po mieście. W dodatku z dziewczynkami. Może uda mi się niektórych wziąć na litość ;). Zapracowana matka, dwójka dzieci, Jagoda pewnie da jakiś mały koncert… Może pójdzie szybciej niż mi się wydaje. Koło 16.00 mam już wszystko za sobą. W ramach odreagowania zatrzymuję się na Żoliborzu w pizzeri „ Peperoni”. Jagoda na razie delektuje się samymi zapachami, a my z Karoliną zjadamy smaczną pizzę ( mogłaby mieć tylko mniej sera) oraz sałatkę. Miejsce bardzo fajne dla rodzin z dziećmi. Każdy maluch dostaje kulkę drożdżowego ciasta, wałki i foremki. Wszystkie rzeczy, które ulepi lądują w piecu i potem można je zjeść. My wychodzimy z gorącym serduszkiem, ludzikiem i gwiazdką.
Na wieczór umawiam się z Alą. Warszawa jest cudowna! Czuje się jak w prawdziwej europejskiej stolicy. Siedzimy na Nowym Świecie. Ulicą spacerują kolorowi, uśmiechnięci ludzie. Najpierw siedzimy w Vincencie, potem przenosimy się do Cavy. Jest gorąco, wesoło i wakacyjnie. Zamówione w drugiej knajpie koktajle pozostawiają wiele do życzenia, ale to najmniej istotny element tego wieczoru. Siedzę z moją przyjaciółką w kawiarni i buzie nam się nie zamykają. Cieszę się, że mam taką osobę. Do domu wracam w cudownym nastroju, dziewczynki już śpią, a w drzwiach wita mnie mój super przystojny mąż :). Chyba jestem szczęściarą :).

Z moim przystojniakiem pod koniec tygodnia wymykam się do kina. Tym razem do Muranowa. Tam zawsze można trafić na jakiś dobry film. Chociaż w poniedziałek tata Maćka razem z Karolą i Łucją wylatuje do Turcji, jakoś udaje nam się go namówić żeby został wieczorem z dziewczynkami. Ponieważ Jagoda przez cały dzień ma nie najlepszy humor, wsiadając do samochodu… wyłączamy komórki :). Tak na wszelki wypadek :).

Mamy do wybory dwa filmy: „Samotny mężczyzna” Toma Forda i „Zły porucznik” Wernera Herzoga. Ja chcę iść na film Forda, Maciek na Herzoga. Jestem dobra żoną, więc kupujemy bilety na „Złego porucznika”. Oj zły, zły… wybór.

W filmie gra Nicolas Cage i Eva Mendes, więc zapowiada się nieźle. Ale już początek jest lekko kulejący. Akcja rozgrywa w Nowym Orleanie, w którym, po przejściu huraganu Katrina, pogrążeni w chaosie mieszkańcy coraz częściej dopuszczają się rozbojów, mordów i kradzieży. W tych okolicznościach poznajemy poczciwego sierżanta Terence’a , który po kontuzji kręgosłupa zaczyna przyjmować coraz więcej środków uśmierzających potworny ból. Kończy się oczywiście kokainą. I tak z przykładnego, poukładanego stróża prawa małymi krokami staje się przestępcą.
Film momentami jest dość brutalny, jak dla mnie nie do końca przemyślany, ale nie brakuje w nim też paru udanych scen. Jednak kilka scen w ponad 2-godzinnym filmie to trochę za mało. Chociaż niektórym podobał się bardzo, bo na napisach końcowych dało się usłyszeć nieśmiałe brawa ;). Według mnie mocno przesadzone. Następnego dnia w moje ręce trafiła recenzja z Gazety Wyborczej. „ Zły porucznik” dostał 3 gwiazdki. Odetchnęłam z ulgą, bo już się bałam, że nie potrafię docenić „ambitnego” kina:))). Po wyjściu z Muranowa uruchomiliśmy telefony. Kilkanaście połączeń nieodebranych… Czyli mała dała czadu… Tata nie był wkurzony, ale ucieszył się gdy nas zobaczył. Cóż, pewnie kolejne wyjście do kina nie nastąpi zbyt prędko:).

Tuż przed Karoliny wyjazdem nie chcieliśmy opuszczać Warszawy. Dlatego weekend spędziliśmy… nad Świdrem i na działce mojej mamy. Nad rzeką spotkaliśmy się z Alą i kilkoma innymi koleżankami. Zabraliśmy ze sobą dużo owoców i picia, bo dzień był naprawdę upalny. Dlatego siedzenie w wodzie przyjemnie wpływało na nasze samopoczucie. A w niedzielę po wygrzewaniu się w sierpniowym słońcu w Gołkowie wróciliśmy do domu, żeby spakować Karolcię na jej pierwszy „ samotny” wyjazd na wakacje. Nam było trochę smutno, a ona była bardzo podekscytowana. O 3.00 w nocy wstała bez najmniejszego focha. Ubrała się w sekundę i gotowa do wyjścia stanęła z walizką przy drzwiach. Moja mała, samodzielna córeczka…

 

Połowa wakacji już za nami

16 sierpnia 2010

 

Sezon urodzinowy trwa!
Dlatego pod koniec lipca jedziemy świętować urodziny Emilki i jej mamy Beatki. Emilka kończy roczek, a Beatka? Nie mam pojęcia, ale wygląda świetnie! Pozazdrościć! Na imprezie nie zostajemy zbyt długo, bo jeszcze wieczorem chcemy pojechać na działkę. Pogoda jest w dalszym ciągu wyjątkowo przychylna, więc szkoda nam tracić każdy piekny dzień na siedzenie w Warszawie. Tam też możemy popracować, tylko że siedząc na tarasie lub przy stole w ogródku, a nie w dusznej kuchni w bloku…
Kolejnego dnia, chociaż to niedziela, wstajemy o 7 (!!!). Karola ma umówioną na godzinę 9.00 jazdę konną w uroczej stadninie w Bindużce. Jest tam tak pięknie, że jesteśmy skłonni otworzyć w okolicy agroturystykę. Tylko czy z naszym “szwędaczem” wytrzymalibyśmy taki stacjonarny rodzaj pracy? Może za kilka lat ;).

Karola na koniach nie jeździ regularnie, ale postępy robi oszałamiające i niczego się nie boi! Już nas poinformowała, że gdy będzie duża i odłoży sobie pieniądze, to kupi sobie konia i będzie go trzymać właśnie w tej stadninie ;). Ciekawe… Najpierw był… kabriolet :), potem laptop, a teraz koń! Cóż, dzieciom już nie wystarcza lalka Barbie…
Początkowo zakładamy, że po dwóch dniach wrócimy do stolicy, ale po pierwsze:szkoda nam pogody, a po drugie dzwoni do nas Gosia, która chce nas odwiedzić z dziećmi. Zostajemy!
Dni mijają na włóczeniu się po lasach, gotowaniu, zabawie z dziećmi oraz … codziennych wycieczkach do sklepu po lody. Oskar, dwuletni synek Gosi, pałaszuje śmietankowego Bambino na patyku z zapałem, który wywołuje u nas salwy śmiechu. Wszystko jest upaprane lodem: buzia, ręce, koszulka , a czasami nawet nogi :).

Na weekend musimy wrócić do Warszawy na … kolejne urodziny:). Tym razem kolej na Oliviera. Ten dwuletni mężczyzna na nasz prezent, śpiewanie i obrzucanie serpentynami reaguje… histerycznym płaczem… Hmm, myślałam , że dzieci mnie lubią… W ogrodzie, w altanie, która aż pęka w szwach od jedzenia, czuję się jak w jakimś 5-gwiazdkowym hotelu all inclusive! Poduchy, rolety z materiału, chilloutowa muzyka, półmiski ze słodkościami oraz słonymi przekąskami… Mogę zostać tu na tydzień? Nic z tego. W domu zostawiliśmy Karolinę, która zamiast urodzin młodszego kolegi wybrała wycieczkę rowerową z babcią, moim bratem i jego dziewczyną.

Rano, przed przyjęciem, załatwiliśmy jeszcze jedną dość przyjemną sprawę… Wykupiliśmy Karoli wyjazd do Turcji!!!! Nie , nie, spokojnie, nie jesteśmy aż tak szaleni by wysyłać siedmioletnie dziecko na samodzielny wyjazd. Karla wybierze się na urlop z babcią, dziadkiem i stryjeczną siostrą, Łucją. Ta informacja spowoduje , że odtąd do dnia wyjazdu kilka razy dziennie będziemy słyszeć pytanie: Ile czasu jeszcze zostało? I dlaczego tak dużo?
Moje słonko wyjazdową obsesje wyssało chyba z mlekiem matki :). Tym bardziej mnie to cieszy, bo mam pewność, że spędzi tam niezapomniane chwile. Sami planujemy zwiedzić Turcję, ale czekamy na odbiór paszportu dla Jagody. Pod koniec września lub na początku października będzie tam z pewnością w dalszym ciągu ciepło, a nam do tego czasu powinno się udać załatwić większość formalności związanych z naszą trzecią książką. Planujemy wydanie drugiej części “Przemytników…”. Kiedyś wydawało mi się, że nigdy nie wyjadę w tamte strony. Po pierwszym nieudanym pobycie w Egipcie wszystkie kraje arabskie wrzuciłam do jednego worka i byłam przekonana, że nie są to miejsca, w których poczuję się komfortowo. Jednak po licznych zapewnieniach osób, które odwiedziły Turcję, zaczęłam zmieniać zdanie. Najbardziej przekonała mnie chyba możliwość skorzystania z prawdziwej tureckiej łaźni. Podobno jest to niezapomniane przeżycie, które dostarcza zarówno naszemu ciału jak i duszy ogromną dawkę energii. Dlatego do Turcji wysłaliśmy na przeszpiegi Karlę ;). Nie sądzę, by miała zamiar iść do łaźni :), ale pomimo swojego młodego wieku nasza córka zwraca uwagę na masę najdrobniejszych szczegółów. Jeżeli ona pokocha ten kraj, my również odnajdziemy w nim coś dla siebie.
Do wyjazdu został ponad tydzień. To chyba jedna z gorszych informacji dla Karolci. Ona deklaruje gotowość opuszczenia kraju nawet następnego dnia:). Z jednej strony cieszę się, że podziela naszą pasję i uwielbia zwiedzać różne zakątki świata, ale z drugiej… Zaczynam się zastanawiać co zrobię gdy pewnego dnia moje dziecko stanie w przedpokoju ze spakowaną walizką i oświadczy mi, że wyjeżdża i nie wie kiedy wróci. Boję się. Może głównie dlatego, że mnie nigdy nie było stać na taką decyzję…

 

Suuuper film i fotki z Indii

9 sierpnia 2010

 

ŁŁŁŁŁŁŁŁŁŁaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!!!!!!!!! To była kompletna masakra dla moich mięśni brzucha!!!!!!!!! a wcale nie poszłam na siłownię…. właściwie nic nie wskazywało na to , że niewinne wieczorne wyjście… z mężem spowoduje, że będę… umierać ze smiechu !!!!!!!
Wszystko jak zwykle przez Alę, która zrobiła nam niespodziankę i zaprosiła na przedpremierowy pokaz francuskiej komedii romantycznej pt. ” Licencja na uwodzenie”. Maciek gdy usłyszał hasło “KOMEDIA ROMANTYCZNA” trochę spanikował i szukał wymówki by zostać w domu. Całe szczęście do kina miał przyjechać również Maćka przyjaciel z żoną i dzięki temu udało mi się go jednak wyciągnąć.

Uwielbiam kino w Pałacu Kultury, a po tym filmie lubię je jeszcze bardziej! Ciężko jest w ogóle zrobić dobry film, jeszcze trudniej na prawdę śmieszną komedię, a ten film jest TOTALNYM MAJSTERSTYKIEM!!!!! Początek jest odrobinę niezrozumiały, ale to tylko dodaje rumieńców całemu scenariuszowi. Główne role grają Venessa Paradis i Romain Duris. W Romanie się zakochałam, zresztą nie tylko ja. Razem z moimi trzema koleżankami doszłysmy do wniosku, że Romek obiektywnie rzecz biorąc nie jest szczególnie przystojny, ale ma w sobie to coś. Coś , co powoduje, że kobietom miekną nogi i są w stanie zrobić niejedno głupstwo. O tak, Roman z pewnością to ma :).

Nie wiem, czy jest sens opowiadać treść filmu, bo wydaje mi się, że właśnie to początkowe zaskoczenie jest najfajniejsze. Zresztą cały jest ( muszę to napisać) ZAJEBISTY!!!!!! Nigdy nie byłam na filmie podczas którego cała sala śmiałaby się praktycznie bez przerwy a na koniec biła brawa. Nie wiem co jest w tej chwili w repertuarze kin, ale ten tytuł jest obowiązkowy i, co najważniejsze, spodoba się również panom. Maciek i jego przyjaciel Karuna zgodnie przyznali, że bawili się świetnie, bo poza chwytającym za serce Romanem nie brakuje w nim równie urokliwych kobiet, z Venessą na czele :)
Roman i piękne kobiety to czywście nie jedyne atuty filmu. Najważniejszy jest scenariusz. Nie wiem kto jest jego autorem, ale chętnie zagrałabym w jego filmie :) “Licencja na uwodzenie” po prostu wbija w fotel, a po jej obejrzeniu już nigdy nie powiecie, że komedie romantyczne są głupie:)

Koniec lipca stał się doskonałym pretekstem do zaproszenia znajomych na oglądanie długo wyczekiwanych zdjęć z Maćka wyjazdu do Indii i Tjlandii. Ponieważ Maciek na wyjeździe był razem z Alą, postanowili, że pokaz zdjęć połączą z degustacją indyjskich i tajskich przysmaków.
Dlatego w czwartkowy wieczór wszyscy znajomi którzy zdecydowali się odwiedzić nasze skromne progi mogli najeść się do syta, bo podróżnicy przygotowali jak zwykle jedzenie w hurtowych ilościach. Niektórzy dostali nawet porcje na wynos :).

Ala lubi robić zdjęcia, które pokazują rzeczywisty obraz danego miejsca. Dlatego fotografie poza pięknymi zabytkami, kolorowymi bazarami, uśmiechniętymi dziećmi przedstawiały również ruiny budynków, biednych ludzi i slumsy. Indie zupełnie inne od tych, które kojarzą się z filmami Bollywood. Czasami aż ciężko było uwierzyć, że tam ludzie są w stanie żyć w skrajnym ubóstwie, a ci niby dobrze sytuowani mogą nie mieć w mieszkaniu np. bieżącej wody. Dla Europejczyka, nie do pomyślenia, dla Hindusa coś zupełnie naturalnego. Po obejrzeniu zdjęć i posłuchaniu ich opowieści, zaczęłam się poważnie zastanawiać, czy mam wystarczająco mocne nerwy, by wybrać się w podróż w tamte rejony. Z całą pewnością nie prędko pojadę tam z dziećmi, może kiedyś sama z Maćkiem. Ich podróż trawała zaledwie 16 dni, więc zobaczyli skromny fragment Azji. Na dłuższy urlop nie mógł sobie pozwolić ani mój mąż, ani Alinka, ale nawet tych kilkanaście dni wystaczyło by wrócili pełni wrażeń i z prawie… tysiącem zdjęć.

Po tak emocjonującym wieczorze następnego dnia po śniadaniu wybrałam się do Body Clinic na ul. Oboźnej na cudownie pachnący cukrowy peling całego ciała. Był to mój prezent urodzinowy. Voucher dostałam prawie 3 miesiące temu i w ostatnim momencie przypomniałam sobie, że jest ważny tylko do końca lipca. To było niebiańskie 30 minut relaksu. Po zabiegu skóra była aksamitna w dotyku, pięknie pachniała i dzięki zawartym w pellingu olejkom była błyszcząca i nawilżona.
Po wyjściu z Body Clinic udałam się na krótki spacer Nowym Światem, kupiłam latte na mleku sojowym z wiórkami kokosowymi w Coffe Heaven i …czułam się jak milion dolarów!!!!!!!!!!!!!!

 

Urodziny mamy i Karoli

2 sierpnia 2010

 

Powrót po uroczym weekendzie do Warszawy nie był taki straszny jak myślałam.
Następnego dnia Ala zaprosiła mnie na niemiecki film pt. ” Wszyscy inni”. Pokaz miał się rozpocząć o 20.00 w kinie muzeum etnograficznego w Warszawie na ul. Kredytowej.

Umówiłyśmy się godzinę wcześniej na ploty i przeszłyśmy do kawiarni Kawka. Był parny lipcowy wieczór a my z koktajlami owocowymi w rękach relaksowałyśmy się na leżakach w cieniu drzewa. Ponieważ w miłym towarzystwie czas zawsze mija za szybko, mało brakowało i spóźniłybyśmy się na seans…

Kino na Kredytowej to duża sala, która z tradycyjną kinową ma tylko tyle wspólnego , że… jest duża. Siedziałyśmy na mega niewygodnych krzesełkach, w pomieszczeniu które aż prosiło się o zamontowanie klimatyzacji. Zresztą najprawdopodobniej jej brak spowodował, że już po kilku minutach trwania filmu część osób opuściła salę. Z każdą kolejną było coraz gorzej. Film był niezły, ale temperatura panująca w środku na prawdę uniemożliwiała obiektywną ocenę. Opowiadał o chłopaku i dziewczynie, Niemcach, którzy przyjechali na wakacje do Włoch, do domu matki chłopaka. Mieli wspólnie spędzić urlop, a chłopak dodakowo miał zlecenie na kilka projektów architektonicznych ( bo z wykształcenia był architektem:). W między czasie para spotykała znajomych chłopaka i wówczas wakacyjna idylla lekko się załamała. Ona nie zaakceptowała jego przyjaciół, a on zaczął dostrzegać jej wady… itd. Ogólnie taka historyjka z życia wzięta, ale… o jakieś pół godziny za długa. Po wyjściu z kina odetchnełyśmy z ulgą, bo przyjemny chłód panujący na zewnątrz w końcu pozwolił nam normalnie oddychać.

21 lipca to dzień urodzin mojej mamy oraz moje córeczki Karoliny:). Gdy 7 lat temu przyszła na świat, moja mama powiedziała, że nie mogłam jej zrobić lepszego prezentu. Imprezę urodzinową zawsze wyprawiamy Karolinie miesiąc wcześniej żeby mogła zaprosić koleżanki z przedszkola, a w trzecim tygodniu lipca świętujemy w wyłącznie rodzinnym gronie i przeważnie jedziemy wówczas do mojej mamy na uroczysty obiad. Tak było i tym razem. Z domu wyszliśmy specjalnie wcześniej, bo chcieliśmy po drodze załatwić jeszcze odbiór numeru pesel Jagody oraz złożyć dokumenty do wyrobienia paszportu. Z numerem pesel się udało, ale w Urzędzie Paszportowym pocałowaliśmy klamkę. Dzięki temu kupiliśmy mamie śliczny prezent urodzinowy :) Byliśmy bardzo blisko ul. Mokotowskiej gdzie znajduje się sklepik z biżuterią Li Lou. Wyszliśmy z pozłacanym okrągłym medalikiem z wygrawerowanym na tę okazję specjalną dedykacją oraz datą.

Na następny dzień zaplanowałam sobie mnóstwo rzeczy do załatwienia i obawiałam się, że nie ogarnę nawet połowy:).
Zaczęłam rano od nagrania testimonialu, czyli zapowiedzi dla radia Pin ( na antenie od września :)
Następnie- wycieczka na pocztę żeby wysłać listy oraz paczkę. Niestety kobiety z małymi dziećmi nie robią już na nikim wrażenia, więc grzecznie musiałam odstać swoje w kolejce :( Kolejnym punktem wycieczki był Urząd Paszportowy, do którego dzień wcześniej nie udało nam się dostać. To miejsce przypomina bardziej… przedszkole, ponieważ poza naszą dwójką pod nogami kręciła się jeszcze conajmniej piątka dzieciaków. Było dość śmiesznie, bo pomimo wydzielonego specjalnie “pokoju” dla matek z dziećmi, który wygląda jak więzienna cela, urząd ten kompletnie nie jest przygotowany do przyjmowania najmłodszych interesantów. Wąski korytarz uniemożliwiający przejechanie wózkiem, brak miejsc do przewijania, pełno ostrych kantów i …. podkręcona na full klimatyzacja ( Karolina siedziała szczelnie zawinięta w chustę , bo tak było jej zimno). Największy ubaw miałam obserwując młodego tatusia, który na “kilka minut” został sam z dwójką dzieci, bo żona na chwilę musiała wyjść. Synek ( na oko 10-miesięcy) wytarł na podłodze cały kurz, zaczepiał wszystkich i bełkotał coś w sobie tylko zrozumiałym narzeczu, a córeczka ( około 5 lat) wyczyniała rozmaite akrobacje na metalowej poręczy przy schodkach. Tatuś dość szybko odpuścił sobie zwracanie im uwagi i udawał, że nic nie widzi :) Po niespełna godzinie udało nam się złożyć wszystkie wymagane dokumenty i mogliśmy dalej udać się na podbój urzędów państwowych. W kolejnym w ekspresowym tempie załatwiliśmy becikowe. Byłam przygotowana na kolejną godzinę stania a tu raz dwa i po wszystkim:).

Po powrocie do domu nie mogłam uwierzyć, że mamy to już za sobą. Wieczorem czekała mnie jeszcze tylko wycieczka do centrum, do gabinetu stomatologicznego, w którym wykonują podobno najlepszy pantomogram zębów w mieście:) oraz kontrolną wizytę u lekarza. Okazało się, że poza paroma drobiazgami, o których nawet nie warto wspominać jestem zdrowa jak ryba !

 

Znowu razem

22 lipca 2010

 

Na powrót Maćka chyba najbardziej niecierpliwie czekała Karolina. Bardzo stęskniła się za tatą i nie mogła się doczekać obiecanych prezentów. Już od rana pytała kiedy Maciek przyjedzie, ale na moją propozycję wspólnego odebrania taty z lotniska odpowiedziała, że woli na niego zaczekać w domu. Dlatego wieczorem odciągnęłam pełną butelkę mleka dla Jagody i zostawiłam ją razem z Karoliną pod opieką dziadków. Tuż przed 20.00 pojechałam na lotnisko…

Maciek z Alą wracali z Delhi przez Kijów. Wylądowali w Warszawie przed czasem, więc mało brakowało, żebym się po nich spóźniła. Wyglądali jak dwa nieszczęścia:). W wymiętych ubraniach, obładowani pakunkami, z niewyspanymi twarzami. Aż mi ich było szkoda. Od razu zaczęli opowiadać o wyjeździe, ale szybko doszli do wniosku, że informacji jest zbyt wiele, a oni są bardzo zmęczeni. Na relację z podróży mieliśmy umówić się następnego dnia, ale…

Tuż przed odebraniem Maćka z lotniska dostałam telefon z bardzo kuszącą propozycją. Moja znajoma Agnieszka zaproponowała mi wyjazd na kilka dni nad morze na zawody Ford Kite Cup do Łeby. Problem polegał na tym , że mój mąż wracał do Warszawy we wtorek późnym wieczorem, a do Łeby mieliśmy przyjechać w czwartek… Więc mieliśmy jeden dzień na ogarnięcie wszystkich spraw. Oczywiście Maciek na moje pytanie, czy ma ochotę pojechać po tak atrakcyjnym wyjeździe na kilka dni nad polskie morze, odpowiedział:” Jasne, że tak!!!” Jeszcze nie zdążył wrócić na dobre do domu, a już czekało nas kolejne pakowanie walizek. Ale zanim to nastąpiło nadszedł długo wyczekiwany moment. Prezenty z Indii i Tajlandii, bo tam również Maciek poleciał z Alą na kilka dni. Zostałyśmy wprost zasypane upominkami. Nie bardzo wiedziałam od czego mam zacząć oglądanie, bo wyrosła przede mną góra ubrań i dodatków. Trudno mi było uwierzyć, że Maciek uniknął płacenia za nadbagaż, bo wszystkie rzeczy ważyły łącznie ładnych ” parę” kilogramów.
Dosatłyśmy piękne sukienki, buty, okulary, torebki i bardzo oryginalną, składającą się z drobnych kamyczków, cekinów i paciorków biżuterię. Przymierzanie wszystkiego zakończyłyśmy tuż przed północą.

Kolejny dzień minął nam ekspresowo, bo pod nieobecność Maćka narobiło się trochę zaległości, a jak już wspomniałam mieliśmy tylko jeden dzień na pozamykanie wszystkiego oraz spakowanie. Ta czynność poszła nam jednak zadziwiająco szybko. Do walizki wrzuciliśmy pare niezbędnych rzeczy wychodząc ze słusznego założenia, że i tak większość czasu będziemy spędzać na plaży.
W czwartek udało nam się wyjechać z Warszawy już o 7.30 rano!! Droga nie była zbyt przyjemna. Wszechogarniający upał dawał się nieźle we znaki zwłaszcza podczas stania w korkach. Przyzwoitej drogi z Warszawy nad morze jeszcze długo się nie doczekamy. Niby jakieś prace cały czas trwają, ale ich tempo jest nieprzyzwoicie powolne…

Po drodze do Łeby nie mogliśmy sobie odmówić pewnej przyjemności. Specjalnie zboczyliśmy nieco z trasy, żeby przejechać przez miejscowość Sasino, w której… No właśnie…

W Sasinie poza kilkoma domkami do wynajęcia, piękną plażą, jednym sklepem oraz ładnymi krajobrazami właściwie nic nie ma, ale ktoś sprytny parę ładnych lat temu wpadł na pomysł żeby właśnie tam otworzyć przeuroczą knajpkę o nazwie “Ewa zaprasza”. I w związku z tym Sasino stało się dla mnie obowiązkowym punktem każdej wycieczki w olkolice Łeby i nie tylko, bo nawet wybierając się na Hel zbaczamy z trasy , by u Ewy zjeść pyszny obiad. Dań w karcie zatrzęsienie, ja oczywiście polecam te wegetariańskie. Spróbowałam wszystkie i sama już nie wiem co smakuje lepiej czy szparagi w kremowym sosie, czy zapiekanka ziemniaczana, czy ” wegetariańskie co nieco”, w którego skład wchodzi m.in. panierowany ser. Jedno jest pewne. Obiad w Sasinie dostarcza niezapomnianych wrażeń zarówno smakowych jak i… wizualnych, bo przy ładnej pogodzie posiłek możemy zjeść w ogrodzie, a skutki przejedzenia odreagować podczas krótkiej drzemki w kolorowym hamaku. Dolce vita po polsku…

Kolejne dni nad morzem mijały nam w zastraszająco szybkim tempie. Dzięki wyjątkowej uprzejmości Jagody, która zaraz po dojściu na plażę zasypiała od szumu fal, mieliśmy dużo czasu na szaleństwa w wodzie ( w bardzo ciepłym Bałtyku), wygrzewanie na słonku oraz na pływanie na skuterach wodnych. Na naukę kitesurfingu niestety nie było wystarczająco dobrych warunków, musiało nam wystarczyć kibicowanie zawodowcom.

Po zakończonych zawodach Ford Kite Cup przenieśliśmy się na kolejne 2 dni do Chałup, bo tam czekało na nas kilkoro znajomych z dziećmi. Spanie na campingu z Jagodą przypomniało mi nasze pierwsze wakacje pod namiotem z niespełna roczną Karoliną. Ponieważ Jagoda ma 2 miesiące wybraliśmy opcję :domek kempingowy, ale i tak uważam to za duży wyczyn. Jagodzianka z pewnością była najmłodszym gościem pola namiotowego w Chałupach :).

 

Wycieczka kolejką

15 lipca 2010

 

W Kazimierzu pewnie zostałybyśmy jeszcze dłużej gdyby nie kolejna impreza urodzinowa ;).
Tym razem mieliśmy świętować 3 urodziny Nelly, córeczki naszych przyjaciół z Milanówka.

Ponieważ pogoda była rewelacyjna, impreza miała odbyć się w ogrodzie.
Garden party wypadło znakomicie. Jak zwykle była masa pysznego jedzenia: makarony, duszone warzywa, sałatki, koktajle oraz… domowe ciasta… Placek z porzeczkami zniknął w oka mgnieniu, a jego autorka- Mariolka stała się prawdziwą gwiazdą wieczoru :). Dzieciaki biegały szczęśliwe po ogródku, dorośli rozpieszczali swoje kubki smakowe, a solenizantka z zapałem odpakowywała kolejne prezenty. Aż przykro było stamtąd wyjeżdżać. Jednak zaplanowana na kolejny dzień wycieczka zmusiła nas do opuszczenia przyjęcia.

Następnego dnia musiałyśmy wcześnie wstać, bo czekała nas przejażdżka … piaseczyńską kolejką wąskotorową. Żeby zorganizować dzieciakom taką atrakcję najlepiej kilka dni wcześniej na stronie internetowej zarezerwować sobie miejsca, a następnie albo zapłacić za nie przelewem, albo w dniu wycieczki pojawić się na stacji minimum pół godziny wcześniej. Jeżeli się spóźnimy, a bilety nie będą opłacone, wówczas rezerwacja przepada. Dlatego zapobiegawczo na miejscu pojawiłyśmy się już kilka minut po 10.00. Kolejka miała odjechać o 11.00. Na przejażdżkę umówiłam się z moją mamą i Gosią, która przyjechała ze swoją malutką córeczką Wiktorią i synkiem Oskarem. Do kolejki jest doczepiony specjalny dodatkowy ” wagon towarowy”, w którym można przewozić m.in. wózki dziecięce. Tabor jest więc perfekcyjnie przygotowana do transportu nawet najmłodszych pasażerów. Wycieczka kolejką w jedną stronę trwa ok. 30 minut. Wagoniki zatrzymują się przy zarośniętej brzózkami polance, na której podróżujący mogą zorganizować sobie piknik. My zabrałyśmy ze sobą owoce, chrupiące bułeczki, rozmaite sery oraz słodkie przekąski.
Dodatkową atrakcją była możliwość przejechania się drezyną elektryczną lub napędzaną siłą mięśni.

Karola z Oskarem wybrałą tę piewszą możliwość, ponieważ elektryczna… rozwijała większą prędkość :). Starsze dzieci pojechały razem z moją mamą i Gosią. Ja pilnowałam Jagódki i Wiktorii.
Po prawie trzech godzinach wypoczywania na polanie przyszedł czas na wyruszenie w drogę powrotną. Trasa kolejki nie jest może specjalnie długa, ale dzieci chyba i tak nie byłyby w stanie wytrzymać w niej dłużej. Do Piaseczna dojechaliśmy koło godziny 16.00.
Ostatnia rzeczą na jaką Karola miałą ochotę był powrót do domu, dlatego prosto ze stacji pojechałyśmy na działkę mojej mamy, która znajduje się w malutkiej miejscowości- Gołków obok Piaseczna. Tam spotkałyśmy moich dziadków, którzy pierwszy raz mogli zobaczyć na własne oczy Jagódkę:). Byli zachwyceni, a babcia nie mogła się na nią napatrzeć. Chyba najbardziej nie mogła uwierzyć w to, że ma już dwie prawnuczki !!!

Niestety w tym roku chyba nie doczekamy się na działce zbyt obfitych plonów. Początkowe powodzie i późniejsze upały spowodowały, że udało mi się znaleźć dosłownie kilka poziomek, malin i parę główek raczej mizernie wyglądającej sałaty… Nie ma porównania z zeszłym rokiem, kiedy udało się wyhodować m.in. pyszne pomidory, fasolkę szparagową, cukinię, ogórki i dynie. Dlatego do domu musiałyśmy wrócić niestety z pustymi rękami :(.

W poniedziałek z samego rana czekała nas wizyta w przychodni. Jagoda miała kontrolę stawów biodrowych. Całe badanie zniosła bardzo dzielnie pokazując pani doktor swoje najlepsze profile. Uśmiechała się do niej praktycznie przez cały czas. Po wizycie wróciłyśmy do domu na szybkie śniadanie ( podczas nieobecności Maćka doszłam do perfekcji w ich przygotowywaniu:), a po nim do dentysty. Tym razem Karola sprawowała się bardzo dzielnie, choć nie mogłam jej towarzyszyć. Z gabinetu wyszła jak zwykle z przyklejoną do sukienki naklejką z napisem ” Dzielny pacjent”:). Zasłużyła na nią, bo choć dziura w zębie była dość głęboka moja mróweczka nawet nie pisnęła. Ja u dentysty zawsze panikuje i proszę o znieczulenie nawet przy najdrobniejszym borowaniu :).
W nagrodę za taką wzorową postawę dziadek zabrał ją do zoo, co szczerze mówiąc było mi bardzo na rękę, bo od dłuższego czasu jakoś nie mogłam się do niego wybrać. Po powrocie Karolina z wypiekami na twarzy opowiadała mi o malutkim ptaszku, który siedział na jej ręce i delikatnie dziobał paluszki:).
Ponieważ Maciek przyjeżdżał następnego dnia chciałam zrobić mu niespodziankę i trochę “odświeżyć” nasz pokój. Dlatego razem z rodzicami Maćka pojechaliśmy do Ikea. Oni szukali prezentu urodzinowego dla Karoliny, a ja przytulnych dodatków. Ze sklepu wyjechałam z nową narzutą, poduszkami, dywanikiem, świecami oraz… suszarką na bieliznę ;) . Teraz już wszystko było gotowe na powrót Maćka…

 

Już połowa za nami

7 lipca 2010

 

Chociaż czas leci jak szalony zaczynamy już trochę tęsknić za Maćkiem. Codziennie dostajemy smsy z informacją, gdzie są, jak im się podoba i co już udało im się zobaczyć. Nasza warszawska rzeczywistość pomimo przepięknej pogody nie wygląda aż tak zachwycająco. Karola coraz częściej pyta, kiedy tata wróci, a na moje odpowiedzi, że już za parę dni z wielką walizką prezentów, mówi przez łzy, że woli samego tatę jak najszybciej, bo prezenty nie są jej potrzebne… Z jednej strony to bardzo miłe, że dziecko jest tak przywiązane do ojca, ale z drugiej… serce mi pęka jak na nią patrzę.

Ponieważ chciałabym, żeby cierpiała z powodu jego braku jak najmniej, zaczynam wymyślać różne atrakcje, które trochę odciągną jej uwagę od tego przykrego dla niej tematu. Chodzimy do bemowskiej kawiarni Konrada, gdzie Karola zamawia szarlotkę. Po odwiedzinach z kawiarni przechodzimy na plac zabaw przy ul. Obrońców Tobruku. To chyba największy tego typu obiekt w Polsce. Na ogromnym terenie wydzielonym specjalnie dla dzieci z zabytkowych Fortów Bema, znajduje się wszystko, o czym dzieci mogą zamarzyć: huśtawki, liny do zdjeżdzania, rury, drewniane fortyfikacje, ściany do wspinaczki, sznurkowe pająki, metalowe koparki, zjeżdzalnie i wiele innych zabawek. Wszystko podzielone na kategorie wiekowe. Przy samym wejściu na plac zabaw najlepiej od razu zdjąć buty, bo cały teren wysypany jest drobniutkim piaskiem. Latem ten patent jest bardzo wygodny, ale podczas jesiennej pluchy praktycznie uniemożliwia korzystanie z placu. Zmęczone szaloną zabawą dzieci mogą napić się i przekąsić co nieco w znajdującej się tuż obok drewnianej budce, wypocząć na wystawionych do dyspozycji klientów leżakach lub udać się na spacer wzdłuż fosy, która przebiega dookoła fortów.

Samą fosą można się z kolei przepłynąć wypożyczając na miejscu jeden z bezpłatnych rowerów wodnych. Krótko mówiąc park jest doskonałym miejscem na spędzenie z dzieckiem przynajmniej kilku dni podczas wakacji w Warszawie. Nam udaje się spotkać tam kilkoro dzieci z przedszkola.

Ponieważ Karola uwielbia zwierzęta chcę zabrać ją do zoo. Była w nim tylko raz w życiu jako bardzo malutka dziewczynka, a o kolejną wizytę domaga się od conajmniej pół roku. Niestety z wycieczki do zoo nic nam nie wychodzi, bo za dużo czasu zajmuje mi… załatwienie noclegów w Kazimierzu.

Cóż, już tak to ze mną jest. Nie mogę zbyt długo siedzieć w jednym miejscu, bo zaczyna mnie nosić. Pomimo niezaprzeczalnych uroków Bemowa i okolic pomyślałam sobie, że warto byłoby zaryzykować i pojechać z dziewczynkami gdzieś dalej. Trasę na działkę Jagoda znosi bardzo dobrze, więc zaczynam szukać ciekawych miejscowości w promieniu 100 km od Warszawy. I tak pada na Kazimierz. Jest odrobinę dalej, ale przecież możemy po drodze zrobić sobie mały przystanek np. na karmienie.
W ten oto sposób w środę o 8.00 rano ( punktualnie!!!:) wyjeżdżamy na naszą pierwszą, w pełni samodzielną wycieczkę. Jedziemy przez Wawer trasą 801, którą polecam osobom wytrwałym. Tym, którym nie przeszkadzają gigantyczne ilości dziur, fragmenty z betonowych płyt oraz miejscami ograniczenia prędkości nawet do 30km/h. Niewątpliwym plusem drogi są przepiękne widoki, ale nie każdemu to wystarcza. Z krótkim przystankiem w Puławach do Kazimierza docieramy parę minut po 11.

Chociaż to początek wakacji udało mi się wynająć apartament zaraz przy kazimierskim rynku. Mamy śliczny pokój na parterze przytulnego domku. Miejsce znajduje się na ul. Sadowej 4 i nosi nazwę „Cztery pokoje”, ponieważ tyle pokoi można tutaj wynająć. Nasz jest wyjątkowy bo drzwi z łazienki prowadzą na taras, którego centralną cześć zajmuje… mały basen. Na jego widok Karola szaleje ze szczęścia. Polecam to miejsce i na wyjazd z dzieckiem ( w pokojach znajdują się aneksy kuchenne, niestety brak lodówek ) i na romantyczny weekend we dwoje :) . Z pewnością wrócę tutaj z Maćkiem :). W pobliżu znajduje się kilka restauracji, między innymi Zielona Tawerna, w której pochłaniam bardzo smaczne tagiatelle z gorgonzolą i szpinakiem. A dokładnie naprzeciwko naszego domu mieści się świetna lodziarnia. Okazało się to dla mnie przekleństwem, bo lody jem kilka razy dziennie :). Szczególnie polecam śmietankowe, są pyszne!!
Drugiego dnia do Kazimierza dojeżdża moja mama, która widząc basen reaguje podobnie do Karoliny :). I chociaż panie potrafią w wodzie spędzić kilka ładnych godzin zostaje nam, całe szczęście, wystarczająco dużo czasu na długie spacery oraz przesiadywanie w miejscowych knajpkach. Kazimierz czaruje nas tak bardzo, że w rezultacie, obładowane kogutami, kulebiakami i cebularzami, wracamy do Warszawy dzień później niż planowałyśmy. I tak sezon wakacyjny został oficjalnie rozpoczęty!

 

I ZOSTAŁYŚMY SAME…

29 czerwca 2010

 

Niedziela minęła w sekundę, a od następnego dnia miałam zostać zupełnie sama.
Maciek wylatywał dopiero o 11.05 więc to ja pierwsza wyszłam z domu. Karolę zawiozłam do przedszkola, a Jagoda po wyjściu Maćka miała zostać z moją mamą.

To miało być moje pierwsze po porodzie gotowanie w Dzień Dobry TVN. Przygotowałam kuchnię kwiatową. Dzień wcześniej pojechałam do rodziny Maćka pod Warszawę, żeby kupić kwiaty cukinii, brokuły chińskie, sałaty i inne potrzebne rzeczy. Gospodarstwo rolne Ludwika Majlerta wygląda trochę jak te znajdujące się we Włoszech. Pobielone ściany z cegieł, wielkie zdjęcia w sepii przedstawiające przodków rodziny i pięknie prezentujące się dorodne warzywa… Nie wiedziałam, co wybrać. Wszystko wyglądało tak smakowicie.

Kwiaty cukinii z nadzieniem serowo-miętowym wyszły wyśmienicie, sałatka z kwiatów bratka, nasturcji i ogórecznika też była bardzo dobra, ale cieżko było przekonać kogokolwiek do jej spróbowania :). Na deser usmażyłam kwiaty czarnego bzu. Przyprószone mgiełką z cukru pudru, zamoczone w sosie z dzikiej róży rozpływały się w ustach.

Po programie spotkałam się z Gosią w kawiarni Słodki-Słony. Po raz pierwszy mogłam zobaczyć jej córeczkę. Jest prześliczna!

Potem czekała mnie jeszcze wycieczka do Karoliny szkoły, w której musiałyśmy kupić podręczniki, następnie zajęcia z tańca ( w rezultacie poszła na nie z babcią , a ja zostałam z Jagódką) i w końcu mogłam zacząć szykować się do wieczornego wyjścia :) Założyłam „małą czarną” wyszywaną cekinami i pojechałam do mojej znajomej-Eryki, która robi przepiękne makijaże. Tego wieczoru miał mi towarzyszyć mój mąż, ale ponieważ wyjechał… z opresji wyratował mnie mój wieloletni przyjaciel Marcin ( a właściwie jego żona, która wyraziła zgodę na nasze wyjście :)).

Udaliśmy się razem na imprezę Samochód Playboy’a. Było bardzo przyjemnie choć dość chłodno. Po 23 postanowiłam się zmyć, mój partner został, pod troskliwą opieką… znajomych Maćka. Z telefonu, który wykonał do mnie następnego dnia wywnioskowałam, że bawił się wyśmienicie- musiał wziąć w pracy urlop na żądanie…

Następnego dnia obudziłam się wtulona w moje dwa skarby. Niestety sielanka nie trwała zbyt długo. Musiałam wyjść na nagranie nowego teleturnieju kulinarnego, którego byłam gościem. Jagódka została pod opieką dziadka, który spisał się rewelacyjnie, a Karolę po drodze odwiozłam do przedszkola. W programie wystąpiłam razem z Jolą Słomą, Mirkiem Trymbulakiem i Michałem Pirógiem. Było dość śmiesznie ( program będzie na antenie KuchniaTV od września), ale nie zabrakło paru niespodzianek, co spowodowało, że z ledwością zdążyłam odebrać Karolcię z przedszkola.

Kolejnego dnia chciałam jej zrobić przyjemność i upiekłam do przedszkola placek z truskawkami. Wyglądał tak apetycznie, że ciężko było mi się powstrzymać, żeby go nie spróbować. Jakoś udało się :) go ocalić.

Piątek był ostatnim dniem w przedszkolu. Trudno mi uwierzyć, że od września już do niego nie przyjedziemy. Zabrałam wszystkie rzeczy Karoli i z trudem pożegnałam się ze wszystkimi przedszkolankami. Okazało się, że moja córeczka również ma świadomość końca pewnego okresu w jej życiu, bo po wyjściu… aż się popłakała.
Tuż przed weekendem było paskudnie, dlatego nie planowałam niczego specjalnego. Sobota przywitała nas bezchmurnym niebem. To wystarczyło żebym tuż po śniadaniu była z Karolą, Jagodą i moją mamą w drodze na działkę. Po obiedzie dojechał mój brat ze swoją dziewczyną . Tak spędziliśmy uroczy rodzinny weekend. Ponieważ Jagoda praktycznie po każdym karmieniu natychmiast zapadała w sen miałam dużo czasu dla Karoliny. Udało nam się nawet dwa razy pojechać na wycieczkę rowerową. Mrówka pedałowała tak szybko, że z trudem mogłam ją dogonić.

Okolice działki to typowo wioskowe klimaty: drewniane domki, pasące się krowy, bociany, pola, lasy oraz łąki z ogromnym bogactwem najróżniejszych kwiatów i ziół. Z nich powstają najpiękniejsze bukiety. Przygotowałyśmy jeden dla mojej mamy. Wyglądał imponująco.
W niedzielę wybraliśmy się na wycieczkę do Różana. To najbliższa, „większa” miejscowość w okolicy. W Różanie zrobiliśmy małe zakupy i udaliśmy się na długi spacer. Po powrocie przygotowaliśmy smakowity obiad zwieńczony wysokokalorycznym :) deserem, a po nim musieliśmy się zbierać do Warszawy :(

 

Tak jak przypuszczałam, dużo się działo :)

22 czerwca 2010

 

Impreza urodzinowa Ali, mojej przyjaciółki była zaplanowana na piątek, ale urodziny wypadały w środę. Wiedziałam , że będzie w tym dniu bardzo zapracowana i raczej nie znajdzie czasu, żeby się ze mną spotkać, więc wysłałam jej kurierem bukiet kwiatów. Dominowały w nim peonie i malutkie goździki, wszystko w kolorach cukierkowego różu- słodziak :). Do kwiatów dołączyłam malutki bilecik z dowcipnymi życzeniami. Na reakcję adresatki musiałam poczekać kilka godzin.
W rozmowie telefonicznej przyznała, że to najmilsza rzecz jaka ją w tym dniu spotkała… i zaproponowała, że wpadnie do mnie wieczorem. Ze spotkania nic nie wyszło, ponieważ Bemowo zostało oblężone przez fanów zespołu Metallica i nie było sposobu by do nas dojechać.

Na czwartek umówiłam się z Gosią, moją koleżanką, którą poznałam podczas realizacji zdjęć do książki poświęconej jodze dla kobiet w ciąży. Gosia była autorką fotografii, polubiłyśmy się na tyle mocno, że w dalszym ciągu udaje nam się kontynuować znajomość :). Gosia kilka dni przede mną również urodziła śliczną córeczkę Wiktorię. Spotkałyśmy się w Promenadzie na otwarciu stoiska z kosmetykami marki Make Up Store. Najbardziej spodobał mi się lakier do paznokci w kolorze miętowym. Mam zamiar go jak najszybciej wypróbować . Niestety z Gosią nie udało mi się zbyt długo porozmawiać, ponieważ miała pilne wezwanie do domu… Malutka nie chciała jeść mleka z butelki, więc mama musiała szybko wracać na karmienie:(. Jagoda wykazała się po raz kolejny ogromną wyrozumiałością, bo została grzecznie z Maćkiem :) .

W piątek w Karoliny przedszkolu odbyło się uroczyste pożegnanie dzieci, które odchodzą do szkoły. Karolcia niestety znalazła się w ich gronie. Nie mogę uwierzyć, że od września moja malutka córeczka nie będzie już przedszkolakiem tylko uczennicą pierwszej klasy szkoły podstawowej!!! To jakiś żart, przed chwilą była taka jak Jagoda. Teraz zna odpowiedź na chyba każde pytanie, stroi się przed lustrem, ma miliony pomysłów na sekundę. Aż się boję, że nie wysiedzi tylu godzin w ławce. Całe szczęście zmienił się program nauczania, więc jest szansa, że będzie miała czas, żeby się wyszaleć :). Na uroczystości panie przedszkolanki prezentowały dokonania każdego z dzieci. Karola przez 3 lata uczęszczania do przedszkola zebrała dwie ogromne teczki rysunków, samodzielnie wykonała kilka robótek ręcznych, zrobiła drewniany miecz, łuki, szmacianą laleczkę, filcowe piłki… Wszystko śliczne, kolorowe i super precyzyjne !!! Byłam w szoku… Dodatkową atrakcją był krótki występ przygotowany przez dzieci oraz poczęstunek. Moją drugą córeczkę z pewnością zapiszę do tego samego przedszkola :). Po zakończeniu uroczystości nie chciało nam się wracać do domu, więc zrobiliśmy sobie małą przyjemność i na obiad pojechaliśmy do Mielżyńskiego na ul. Burakowskiej. Na wino wybierzemy się tu najwcześniej za rok :) gdy przestanę karmić.

A wieczorem pojechaliśmy świętować 32 urodziny Aliny! Jagodę zostawiliśmy z moją mamą, a Karolinę zabraliśmy ze sobą. Wiedzieliśmy, że inni znajomi też planują przyjechać z dziećmi. Impreza odbyła się w kawiarni Konrada, brata Ali. Choć raz to my mieliśmy najbliżej, bo tak jak wcześniej wspominałam Forty Cafe mieszczą się na warszawskim Bemowie. Ala wyglądała jak zwykle zjawiskowo… Nie zostaliśmy długo. Wróciliśmy do domu przed 24:00, żeby niepotrzebnie nie stresować mojej mamy :).

Przez weekend musiałam wymyślić menu do poniedziałkowego Dzień Dobry TVN. Tym razem to ja miałam gotować, bo Maciek o godzinie 11.00 miał być już w … samolocie do Kijowa skąd dalej wybierał się do Delhi w Indiach. Pomysł z wyjazdem narodził się niespełna 2 tygodnie wcześniej. Miała wyjechać spora grupa znajomych, z których po wykruszeniu pozostał Maciek, Ala i Kamala, nasza znajoma, która Indie zna jak własną kieszeń. Była tam już ponad 30 razy!
I zaczęło się nerwowe poszukiwanie biletów, załatwianie wizy i masa innych drobiazgów. Dlatego ten weekend był mega zwariowany. Ja myślałam o poniedziałkowej kuchni, Maciek musiał wymienić pieniądze, kupić podstawowe lekarstwa, kosmetyki… W sobotę postanowił spędzić trochę czasu sam na sam z Karoliną i poszedł z nią do teatru Guliwer na przedstawienie o Calineczce. Przyznał, że ze zmęczenia trochę przysnął, ale Karolina była przeszczęśliwa, że przez 2 godziny miała tatusia tylko dla siebie.

Ja w tym czasie zjadłam kolację z Alą w Regeneracji na ul. Puławskiej. Jej również udzieliło się zmęczenie i przejęcie. Do wyjazdu zostały niecałe 2 dni a oni nawet nie byli spakowani :).

 

URODZINOWY WEEKEND

15 czerwca 2010

 

To był zwariowany tydzień.

Zaczęło się we wtorek. Miałam pojechać na zdjęcia próbne do serialu, którego realizacja rozpocznie się najprawdopodobniej jeszcze w te wakacje. Fragmenty scenariusza, które dostałam oraz krótki opis wszystkich odcinków bardzo mi się spodobały, dlatego tym bardziej ucieszyła mnie ta propozycja. Samym castingiem nie denerwowałam się aż tak bardzo, ale cały czas zastanawiałam się, czy Jagoda wytrzyma kilka godzin mojej nieobecności ( pomimo dwóch butelek odciągniętego mleka:) Moje obawy okazały się bezpodstawne. Mała podobno jadła z wielkim apetytem obdarzając tatusia ( czyli Maćka) szerokimi uśmiechami. Po moim powrocie spała słodko z błogim wyrazem twarzy.

Ponieważ wszystko poszło zadziwiająco gładko postanowiliśmy zaryzykować jeszcze bardziej i wyjść razem na piątkowe urodziny naszego przyjaciela. Miała nam w tym pomóc moja mama, która swierdziła, że będzie to dla niej czysta przyjemność… Z niecierpliwością czekałam na piątek…

W czwartek pojechałam na krótką prezentację nowej kolekcji Calzedonii i Intimissimi do Jazzowni na rynku Starego Miasta. Bielizna była bardzo smakowita :). Koronki, tiule, delikatna bawełna -istny raj dla kobiet.Upatrzyłam sobie kilka rzeczy.
Podobno już w lipcu będą dostępne w sklepach :).

Po wizycie na starówce pojechaliśmy z dziewczynkami na wizytę kontrolną do lekarza. Panienki mają niezły apetyt, bo obydwie mocno przytyły i urosły. Jagoda od urodzenia przybrała na masie prawie 1,5kg!!! Wizyta spowodowała, że sami poważnie zgłodnieliśmy, dlatego korzystając z pięknej pogody pojechaliśmy do Regeneracji na ul. Puławskiej, gdzie zjedliśmy pyszną sałątę z pestkami dynii, chłodnik i zapiekanki. Z ilością trochę przesadziliśmy, bo już idąc na obiad napchaliśmy się słodkimi truskawkami i równie smacznymi czereśniami. Byłam zakoczona, że już można kupić tak dobre czereśnie. I tu pora na drobną dygresję: jestem gigantyczną szczęściarą, bo moje maleństwo nie tylko pięknie przesypia noce, ale również ( odpukać) jak na razie nie wykazuje uczulenia na pokarmy, które pochłania jego mama ( czyli ja). A truskawek potrafię zjeść naprawdę dużo…

Obiad zajął nam trochę za dużo czasu i o mały włos Maciek spóźniłby się po odbiór wizy (wyjeżdża za 2 tygodnie, ale jeszcze nie będę zdradzać dokąd:). Po załatwieniu wszystkich formalności w ambasadzie wróciliśmy do domu, a wieczorem, w ramach spaceru, wybraliśmy się do kawiarni naszego znajomego Konrada ( Forty Cafe), gdzie czekała na mnie miła niespodzianka. Od Ewy i Kondzika dostałam… prezent urodzinowy. Kolczyki i broszkę z malutkim drewnianym misiem:).

Piątek rozpoczęłam wizytą w Dzień Dobry TVN. Znowu musiałam zadbać o zapas mleka dla Jagody. W studiu na Marszałkowskiej wszyscy przyjęli mnie bardzo ciepło, pytali o małą, o to jak się czuję i kiedy wrócę do poniedziałkowego gotowania:). Chciałabym jak najszybciej, ale nic nie będę robić kosztem Jagodzianki. Zobaczymy. Po programie rozpoczęłam nerwowe poszukiwania prezentu dla Marcina. To mój najlepszy przyjaciel ( właściwie jest jedynym przyjacielem, bo oprócz niego mam jeszcze tylko trzy przyjaciółki). Poznaliśmy się w podstawówce, ale dopiero w liceum zaczęliśmy traktować tę znajomość na poważnie. Marcin został chrzestnym Karolinki, a ja świadkową na jego ślubie. Możemy nie odzywać się do siebie miesiącami, ale wiem,że zawsze mogę na niego liczyć.Wieczorne wyjście na jego imprezę urodzinową całe szczęście przebiegało bez większych utrudnień. Jagoda trochę marudziła, ale udało mi się ją uspokoić przed wyjściem. Na miejscu dzwoniłam co prawda dwa razy do mamy, żeby się upewnić, czy wszystko ok. Było nawet lepiej niż ok :) więc wróciliśmy do domu o 24. Mała obudziła się dopiero koło 3 nad ranem i nakarmiona szybko zasnęła ponownie.
W sobotę bawiliśmy się na kolejnych urodzinach naszych przyjaciół z Milanówka. Ponieważ sami mają 2-letniego synka, przygotowali popołudniowe garden party, na które mogliśmy przyjechać całą rodziną. Karola zachwycona kąpała się z innmi dziećmi w wielkim dmuchanym basenie, a Jagoda prawie połowę imprezy przespała w wózku.

Na niedzielę przygotowaliśmy rewanż i to my zaprosiliśmy znajomych z dziećmi na 7 urodziny Karoliny na działkę mojej mamy. Maciek upiekł placki chleba, z którego robił prawdziwe włoskie panini. Był domowy tort czekoladowy, sałatki, bruschetty z pomidorami, warzywa w sosie jogurtowym, młoda kapustka w sosie pomidorowym i koktajl jogurtowy z mango.Gotowaliśmy do 1 w nocy, 5 godzin snu, a następnie od 6 rano… Karolina dostała taką masę prezentów, że cześć z nich rozpakowywała jeszcze następnego dnia :). A w tym tygodniu kolejne urodziny. Tym razem jednej z moich przyjaciółek… Oj będzie się działo :).