Doszłam do wniosku, że żyję na bardzo „nieekonomicznej” szerokości geograficznej, ale nie tylko ona jest winna całej sytuacji. Dodatkowych czynników jest bardzo dużo.
Pomimo wielokrotnych prób kupowania mniejszej ilości ubrań lub robienia tego w bardziej przemyślany sposób z przykrością muszę stwierdzić, że chyba nadal jestem w tym temacie zielona. I absolutnie przymiotnik „ ZIELONA” nic tutaj nie ma wspólnego z moimi proekologicznymi dążeniami. Niestety. Czasami pojawia się światełko w tunelu i myślę sobie wtedy: ” Ho, ho pani Mrozowska, ale pani sprytnie z tych dualizmów szopingowych wybrnęła”, ale za moment dopada mnie tzw. potrzeba chwili i wtedy termin „przemyślane zakupy” bierze w łeb.
Najbardziej obwiniam za to oczywiście wspomniane miejsce zamieszkania. Bo jak tu ograniczyć ilość kupowanych ciuchów, gdy latem temperatura w tym wyjątkowym miejscu na Ziemi dochodzi do plus 35 stopni Celcjusza, a zimą do -20? I tak w szafie przewalają się cienkie jak pergamin krótkie sukienki, bawełniane, miękkie bluzy, jeansowe spodnie, grube swetry, jeszcze grubsze skarpety i rajstopy, kamizelki, podkoszulki… W przedpokoju obok przeciwdeszczowej, wiosennej ortalionówki, wisi elegancki czarny płaszcz, snowboardowa kurtka i sztuczny kożuch. Na ziemi piętrzą się japonki, szmaciane espadryle, tenisówki, szpilki, botki, kozaki, adidasy… Oczywiście wymieniam tylko moje elementy garderoby. Wszystko należy przemnożyć przez minimum 4, czyli ilość członków mojej najbliższej rodziny. Wniosek? Przez przedpokój niedługo nie będzie można przejść.
Najbardziej wkurzające jest to, że w dalszym ciągu większość ciuchów, które trafiają do mojej szafy najprawdopodobniej nie powstaje w przyzwoitych dla wytwórców warunkach. Ciężko znaleźć wystrzałową wieczorową sukienkę wyprodukowaną z fairtraidowej bawełny… Oj ciężko. Kupując „małą czarną”, ładnie wyeksponowaną w sklepie i zapakowaną w elegancką papierową torebeczkę zachwycona zanoszę ją do domu. No właśnie nie jestem zachwycona… Bo gdzieś tam gryzie sumienie, czy przypadkiem śliczne, błyszczące cekiny nie zostały na nią naszyte przez jakieś małe chińskie rączki. Jestem z siebie taka dumna, gdy uda mi się znaleźć coś wyjątkowego w second handzie. Niestety najłatwiej jest z dziećmi. Im młodsze, tym lepiej… ubrane. Jagoda 80% ubrań ma z tzw. drugiej ręki. Część dostaje „w spadku” po starszych koleżankach. Nówki sztuki od wielkiego dzwonu. Najczęściej daję się ponieść, gdy mruga do mnie z wystawy wielki czerwony napis „WYPRZEDAŻ”. To takie hasło-wabik, które skutecznie przyciąga mnie do sklepu na początku stycznia oraz pół roku później. Wtedy wymyślam sobie, że brakuje mi tego czy tamtego, co nie zawsze jest zgodne z prawdą, ale jakoś ciężko mi z tej wyjątkowej, niepowtarzalnej okazji nie skorzystać. Choć już nie krążę jak kiedyś otumaniona, wśród półek zarzuconych różnej maści szmatkami. Skutecznie działa dokładne czytanie metek… 50% mniej wydrukowane wielkimi literami nad wejściem do sklepu nie musi pokrywać się z ceną na naszej wygrzebanej ze sterty podobnych ciuchów zdobyczy. Bo chyba 45 zł w stosunku do 49 to nie jest połowa ceny? Chyba, że od czasu mojej matematycznej edukacji coś się zmieniło. W lumpeksie przynajmniej wiem za co płacę. 54 zł za kilogram i wszystko jasne ;-) Czarna sukienka w białe groszki-8, 5zł, fioletowa do kostek ( robiła furorę na ślubie mojej przyjaciółki)- 23 zł, bo miała dużo falbanek i niebieska w kolorową panterkę- niecałe 7 zł. Trzy hity, które nie kosztowały więcej niż jeden t-shirt z sieciówki…Jest jeszcze jeden szkopuł. Te sukienki w dalszym ciągu wyglądają tak samo, jak w momencie gdy je kupowałam. W ogóle się nie niszczą! Kombinezon z popularnego sklepu na 4 litery po dwóch praniach nadaje się już tylko na działkę. Apropos działki. To kolejny sposób na skuteczne ograniczenie garderoby. W mieście zawsze czuję lekką presję estetycznego i możliwie oryginalnego wyglądu. Na działce jest prościej. Dresik rządzi. Wstajesz rano i dylemat pod tytułem „co mam dziś na siebie nałożyć” nie istnieje! Do szarych lub czarnych spodni dresowych pasuje wszystko. Nawet góra od kostiumu kąpielowego.
Zaprowadzenie ładu w ubraniach, które już znalazły się w moim posiadaniu nie jest proste. Przeprowadzane raz na pół roku „selekcje”, które pozwalają mi się pozbyć przynajmniej części niepotrzebnych rzeczy trochę ratują sytuację, ale na ich miejscu pojawiają się kolejne przyniesione z „używek” lub te, które kupuję otumaniona obniżkową gorączką. Na skuteczne pozbycie się problemu jeszcze nie znalazłam lekarstwa. Lubię miasto, więc nie przeprowadzę się na wieś, by przez okrągły rok biegać w gumiakach i bluzie z kapturem. Choć znając mojego męża, on byłby tym zachwycony… Hmmm, same kaloszki i bluza ?…
Pamiętacie swój pierwszy rower? Bo ja bardzo dokładnie. Czerwony, błyszczący, na trzech gumowych kółkach z okrągłym bagażnikiem. Małe cudo produkcji radzieckiej. Mimo to sprawdzał się znakomicie. Mieszkałam na dolnym Mokotowie, tuż obok parku Morskie Oko w Warszawie, więc terenu do jazdy miałam bardzo dużo. Niestety wszystko co dobre, szybko się kończy. Po cudownym okresie jazdy na trójkołowcu, przesiadłam się na zielonego „Pelikana”. W porównaniu z radzieckim maluszkiem ten wydawał się ogromny. Na początku jazda na „dorosłym” rowerze z bocznymi plastikowymi kółkami bardzo mi się podobała, ale ku mojemu wielkiemu przerażeniu, któregoś dnia kółka zniknęły. Za siedzeniem mój tata wbił drewniany kij i zakomunikował mi, że nauczymy się jeździć na dwóch kołach. Miałam ochotę uciec.
Nie wiem ile czasu zajęła mi nauka, ale ze strachu bardzo długo bałam się rozwinąć większą prędkość, w obawie, że ojciec mnie puści! Widziałam to już wcześniej na przykładzie innych uczących się dzieci. Z drugiej strony park już mi nie wystarczał, chciałam pojechać gdzieś dalej.
Mówi się, że jazda na rowerze jest dziecinnie prosta… Gdy już jeździsz -tak, ale sam proces uczenia nie jest przyjemny. Poobijane kolana, łokcie i ten ciągły brak zaufania do rodziców, bo przecież muszą nas oszukiwać, żebyśmy w końcu pojechali samodzielnie. Ale satysfakcja, gdy w końcu się uda jest ogromna. To jak pierwszy egzamin.
Po trudnym okresie nauki w końcu nadszedł czas na upragnione wycieczki rowerowe. Warszawa nigdy nie była rowerowym Eldorado, ale i tu miałam szczęście. Mieszkałam obok jednej z pierwszych ścieżek rowerowych w stolicy. Prowadziła do parku w Powsinie. W jedną stronę około 10 km. Dla 5-letniej dziewczynki to jak kilkudniowy maraton.
Przygotowaliśmy się bardzo precyzyjnie: kanapki, picie, kocyk, kurtki przeciwdeszczowe i w drogę. Po 2 km wpadłam na betonowy śmietnik, który stał przy przystanku autobusowym i stłukłam nogę. Bolało, ale zacisnęłam zęby i udawałam, ze nic się nie stało. Po kolejnych dwóch, w okolicach Wilanowa tata… złapał gumę… Tego nie przewidzieliśmy, ale pomógł nam jakiś pan i po kilkunastu minutach mogliśmy ruszać dalej. Limit nieszczęść wykorzystaliśmy.
Przez cały dzień jeździliśmy po lesie. Mój ojciec tylko nie przewidział jednego. Wieczorem nie miałam siły wrócić do domu. Do kierownicy przywiązał mi kawałek sznurka, który z drugiej strony zaczepił o swój bagażnik i tak holował mnie do domu. Ja byłam bardzo zadowolona, nie musiałam robić nic, poza trzymaniem kierownicy. On po powrocie do domu padł wykończony. Nigdy więcej nie pojechaliśmy razem na tak długą wycieczkę…
W liceum była moda na „górale”. Na swój wymarzony, ponownie czerwony, czekałam bardzo długo. W końcu kupiłam go za własne zarobione pieniądze. W między czasie przeniosłam się na Kabaty, więc wycieczki do Powsina straciły na atrakcyjności ( las był pod nosem), więc postanowiłam zorganizować sobie jakiś poważniejszy wyjazd.
Przejazd pociągiem z rowerami do Szczecinka ( zachodniopomorskie) wykończył mnie, ale tydzień jeżdżenia po okolicy był tego wart. Jeziora, piękne lasy i zero turystów. Przejechane codziennie kilkadziesiąt kilometrów dość mocno czułam w nogach. Najbardziej niezwykłe było zwiedzanie Borne Sulinowo, miasta, które przez wiele lat w ogóle nie było zaznaczone na mapach. W latach 90-tych, gdy opuściła je radziecka armia zaczęli się tu sprowadzać mieszkańcy z okolicznych wiosek. W miejscowym teatrze znalazłam propagandowy plakat, który chciałam ze sobą zabrać. Niestety był zbyt duży i ciężki. Musiało mi wystarczyć jego zdjęcie.
Rower górski towarzyszył mi jeszcze dość długo, aż w końcu wymieniłam go na coś bardziej stylowego. Różowy amsterdam z dużym srebrnym dzwonkiem znacznie lepiej prezentował się w zestawieniu z romantyczną sukienką i butami na obcasie. Zamontowany na bagażniku dziecięcy fotelik trochę psuł całość, ale czego się nie robi dla ukochanej córeczki. Karola w ten sposób najbardziej lubiła być odwożona do przedszkola. Przejazd przez most nad torami wyciskał ze mnie siódme poty, ale jej uśmiech nawet to wynagradzał.
Rok temu miałam przerwę. Z brzuchem wielkości piłki lekarskiej lepiej nie jeździć na rowerze. Z zazdrością patrzyłam nawet na pedałujące maluchy, ale w te wakacje zamierzam nadrobić zeszłoroczne zaległości. Już znalazłam przez internet śliczną przyczepkę rowerową. W sam raz dla mojej młodszej córeczki Jagódki. Szkoda tylko , że nie jest różowa…
Pod koniec tygodnia Karolka po długich namowach zaprasza do siebie przyjaciółkę ze szkoły. Dziewczyny tak szaleją, że po kilkunastu minutach Maciek zabiera je na spacer, żeby wybiegały się poza domem. Karolcia wpada na genialny pomysł, żeby… wykąpać się w fontannie, która kilka miesięcy temu powstała na naszym osiedlu. Zabiera dwa kostiumy kąpielowe i dwa ręczniki. Dla siebie i Emilki. Zabawa jest rewelacyjna. Wracają całe mokre. Tata Emilki, gdy widzi swoją przemoczoną do suchej nitki córkę, nie wygląda na zadowolonego…
Weekend mija nam na rezerwacjach noclegów i samochodu, który będzie nam potrzebny podczas pobytu we Włoszech. Jedziemy też na drugie urodziny córki naszych znajomych. Na imprezę przychodzi bardzo dużo osób z dziećmi. Niestety w wieku zbliżonym do Jagody, więc Karolinka trochę się nudzi.
Już chyba o tym kiedyś wspominałam, ale… zupełnie nieoczekiwanie ( absolutnie o to nie zabiegając:-) ) stałam się etatową, dbającą o zdrowie swoje oraz swojej rodziny, mamą. A to powoduje, że coraz częściej mam przywilej prowadzenia różnych ciekawych spotkań i imprez z zakresu ekologii, żywienia itp. Dzięki temu tuż przed naszym wyjazdem do Włoch prowadzę spotkanie dotyczące zrównoważonej diety dla kobiet w ciąży, młodych mam i ich dzieci.
Na początku panie dietetyczki opowiadają o zalecanej ilości wody, którą powinniśmy spożywać w ciągu dnia, o produktach, których nie powinno zabraknąć w zbilansowanej diecie, o tym, czego należy unikać. Ja opowiadam o swoich doświadczeniach z okresu ciąży oraz o patentach na zdrowe posiłki dla dzieci. Po części teoretycznej ze wszystkimi chętnymi udaję się na warsztaty z gotowania.
Na pierwszy ogień idzie koktajl z pomarańczy i natki pietruszki. Panie nie wyglądają na zachwycone, ale wystarcza pierwszy łyk koktajlu, by zmieniły zdanie. Przyznają, że nie spodziewały się czegoś tak smacznego!
Potem przygotowujemy caprese z buraka i oscypka. Buraki każdemu kojarzą się standardowo z dodatkiem do schabowego i ziemniaków. Taki typowy, polski obiadek. Tymczasem wystarczy pokroić je ( najlepiej przy pomocy mandoliny) na cienkie plasterki, poprzekładać plastrami oscypka, posypać orzeszkami pini, polać odrobiną octu balsamicznego i sosu pietruszkowego i… Trzeba tego spróbować!!! To jedna z lepszych sałatek jakie jadłam!!!
Po „przystawce” czas na zupę. Chłodnik to kolejna propozycja na podanie buraków w trochę innej postaci. Przyjęło się, że chłodnik MUSI mieć w swoim składzie jajko, szczypiorek, rzodkiewkę i ogórki. Hmmmm, nasz nie zawiera żadnego z tych składników…
W zamian za to proponujemy „kursantkom” duuuuży pęczek koperku, dużą ilość startych, ugotowanych buraków ( poza botwiną),cytrynę, pieprz, śmietanę, kefir, jogurt i świeże, miękkie, dojrzałe awokado. Całość rozpływa się w ustach, nie powoduje przykrych skutków ubocznych ( odbijanie ;-) i przepięknie wygląda . Różowy chłodnik plus zielone kawałki awokado- CUDO!!!
Na zakończenie coś ciepłego.
Na samo hasło : makaron razowy, niektóre panie reagują mało pozytywnie. Na nic nie zdają się moje przekonywania, że będzie rewelacyjny. Nie są do tego pomysłu przekonane.
Maciek gotuje razowe spaghetti, a my w tym czasie robimy domowe pesto pietruszkowe. Dziewczyny nie mogą wprost uwierzyć, że coś, co w sklepie jest zapakowane w malutki słoiczek i niemało kosztuje można przygotować w tak banalny sposób, wykorzystując do tego celu np. bardzo tanią natkę pietruszki, odrobinę startego, twardego sera, sok z cytryny, oliwę z oliwek, czosnek i orzechy brazylijskie zamiast pinioli. Wszystko miksujemy na jednolitą masę i mieszamy z ugotowanym makaronem. Pesto pachnie obłędnie!!! Każdy nakłada na talerz dużą porcję makaronu. Pierwszy kęs i… słyszę znajome mruczenie :-) Czyli smakuje :-)
Ponieważ makaronu Maciek ugotował tyle, co przysłowiowego „ szarego mydła”, kilka porcji zanoszę fotoreporterom. Nie mogą uwierzyć, że w kilka minut ugotowaliśmy coś tak pysznego.
Po warsztatach pędem wracamy do domu. Pakujemy się, zabieramy wszystkie niezbędne dokumenty, bilety oraz potwierdzenia rezerwacji, zamawiamy taksówkę i… o 18.00 jesteśmy na lotnisku.
Lecimy do Włoch :-)))))
Karolci ósme urodziny wypadają 21 lipca. W tym samym dniu urodziła się moja mama. Osiem lat temu podczas pierwszej wizyty w szpitalu położniczym powiedziała mi, że nie mogłam jej zrobić piękniejszego prezentu. Też tak uważam :-)
Świętujemy na działce. Wszyscy narzekają, że lato w tym roku jest wyjątkowo kiepskie, a podczas naszych wszystkich wyjazdów świeci słońce… Może po prostu wiemy, gdzie jechać.
Maciek przygotowuje tort naleśnikowy, a ja lody domowej roboty i bitą śmietanę z jagodami. Nie przepadam za słodyczami , ale te home made :-) zawsze znikają w sekundę. Karolcia dostaje kilka drobiazgów w prezencie.
Na piątek i sobotę wracamy z Jagódką do Warszawy. W sobotę mam zdjęcia, poza tym musimy złożyć papiery w urzędzie paszportowym…, bo Jadzi za kilka dni kończy się ważność paszportu. Teraz małym dzieciom co roku trzeba wyrabiać nowy, co mocno komplikuje sprawę, zwłaszcza w sezonie urlopowym. Całe szczęście nie zajmuje nam to tyle czasu , co rok temu, ale w dalszym ciągu uważam, że procedury powinny zostać uproszczone. Dzięki przymusowemu powrotowi do Warszawy udaje mi się kupić dla Karolci prawdziwy prezent urodzinowy. Wizyta w sklepie sportowym z biegającą między regałami Jagodą nie jest najłatwiejsza, ale w końcu z Jadzią pod jedną pachą, toczkiem pod drugą i wózkiem popychanym prawą nogą, zziajana i mokra docieram do kasy.
Sobotnie zdjęcia kończę przed 19, w domu jestem przed 20. Wsiadamy w samochód i na działkę dojeżdżamy koło 22. Karola jeszcze nie śpi. Z prezentem trafiamy w dziesiątkę. Następnego dnia rano nasza mała dżokejka zabiera toczek ze sobą na lekcję. Dumna wsiada na konia. Faktycznie wygląda przepięknie :-)
Lubię wychodzić gdzieś wieczorem z Maćkiem, bo mam wrażenie, że wspólne „odreagowywanie rodzicielstwa” :-) działa bardzo dobrze na związek. Nie zawsze jest to jednak możliwe, dlatego, gdy czujemy, że musimy trochę odetchnąć od „ domowego ogniska” robimy sobie wyjścia pojedyncze z naszymi przyjaciółmi. Mnie podczas takich wypadów najczęściej towarzyszy Alinka, moja przyjaciółka, którą poznałam kilka lat temu w… Hiszpanii :-)
Mamy piękny, ciepły wieczór. Zaczynamy od kieliszka białego wina w centrum Warszawy. Po godzinie przenosimy się na plac Zbawiciela, który moim zdaniem jest wprost stworzony do spotykania się ze znajomymi i plotkowania. Kilka przyjemnych knajp gwarantuje, że zawsze znajdziemy tu miejsce dla siebie i… na pewno kogoś spotkamy :-)
Zamawiamy talerz przystawek, pieczywo, oliwę oraz… butelkę włoskiego musującego wina. Mamy powód do świętowania. Zresztą z Alą zawsze znajdzie się jakiś powód ;-), bo u niej cały czas się coś dzieje! Siadamy na zewnątrz, przy małym stoliku obok drzwi.
Huk otwieranego korka powoduje, że parę osób zaczyna nam się z uwagą przyglądać. Nie jest to komfortowe uczucie, ale…
Po godzinie zaczynają pojawiać się znajomi Ali. Przychodzą wznoszą z nami toast i przemykają do kolejnych zauważonych osób. Mam lekkie wyrzuty sumienia, że ja tu się świetnie bawię, ą Maciek w tym czasie pewnie próbuje uśpić nasze księżniczki… Dzwonię. Już dawno śpią !!! Uff..
Koło 23 wsiadam w taksówkę i po kilkunastu minutach jestem w domu. Kolejny dzień należy do Maćka :-) On wybrał wyjście poranne. Ja dopieszczam moją duszę , a on ciało. Na regularne ćwiczenia ciągle trudno mi się zdecydować. Wieczorem ponownie Maciek zostaje w domu, z Jagódką, a ja zabieram Karolcię na premierę nowych przygód … „Kubusia Puchatka”. Film może trochę zbyt dziecinny dla Karoliny, ale z Jagodą takie wyjście byłoby jeszcze zbyt ryzykowne. Poza tym lubię takie nasze wypady sam na sam. Możemy wtedy na spokojnie porozmawiać, a w kinie kupić wielką paczkę popcornu.
Wbrew moim oczekiwaniom film jest bardzo fajny, a Karolina wcale nie wygląda na znudzoną. Po kinie wracamy prosto do domu, bo w czwartek, od rana cały dzień mam zdjęcia w serialu Hotel 52.
Jestem szczęściarą, bo jakimś cudem udaje mi się być najprawdziwszą Matką Polką. Tylko sprzątanie nie jest moją mocną stroną :-)))))))))))))))))))))))))))
W sobotę, w dniu naszego wyjazdu z Sasina pogoda jest tak ładna, że ciężko nam zdecydować się na powrót do Warszawy. Pakujemy samochód i z bagażami jedziemy do Dębek.
Podejrzewam , że to miejsce kiedyś wyglądało podobnie jak Sasino. Kilka domków lokalesów, jeden sklep spożywczy, budka z lodami i goframi i koniec. Teraz przez Dębki trudno przejechać, a jeszcze trudniej… znaleźć miejsce do zaparkowania. W końcu zostawiamy auta na polu namiotowym „Kaszub”, na którym spaliśmy pod namiotem z Karolką 2 lata temu. W porównaniu z Sasinem stąd nad morze jest raptem kilka kroków :-) Do samej plaży prowadzi ubita ścieżka, która na wysokości wydm, gdzie piasku zaczyna przybywać, wyłożona jest chodnikami z gumy. Przeprawa nawet z wózkiem to tutaj bułka z masłem. Niestety przy samym wejściu usytuowana jest ogromna scena, z której nawet w ciągu dnia dochodzi muzyka. Dla młodzieży to z pewnością atut, dla rodzin z malutkimi dziećmi- niekoniecznie. Dlatego odchodzimy jakieś 200 m dalej. Szczęśliwie zaraz po rozstawieniu parawanu muzyka zostaje całkowicie wyłączona. Ktoś nam czyta w myślach :-) Miejsce jest genialne dla małych dzieci, bo woda jest tu dość płytka. Jadzia szaleje, Karola z Łucją też, tylko Alinka nie daje się przekonać nawet do zmoczenia stópek.
Na plaży jesteśmy do 17.30 Potem gofry, zapiekanki, owoce na drogę i o koło 19.00 ruszamy do Warszawy.
Wracamy tą samą trasą, tylko Jagódka bardziej dokazuje niż poprzednio. O 1.00 w nocy już leżę w łóżku w moim kochanym mieszkanku, by o 9 rano w niedzielę stawić się na zdjęciach w Chyliczkach. Cudowny urlop i powrót do cudownej pracy, love it!
W Warszawie nie zostajemy zbyt długo. W ciągu trzech dni załatwiamy większość spraw służbowych. Przy okazji ustalamy plan wyjazdu z x-landerem. Kupujemy bilety, bookujemy hotele, Jadzi robimy zdjęcia do nowego paszportu… Podczas naszej wyprawy odwiedzimy Włochy, Portugalię i Hiszpanię. Już się nie mogę doczekać. Dociera do nas także długo wyczekiwany nowy model wózka, który mamy zabrać ze sobą i przetestować. Jest duży, w kolorze limonki, na wielkich pompowanych kołach, z mnóstwem udogodnień . Już go lubię!
W środę późnym wieczorem jedziemy na działkę.
Sezon już w pełni, ale jest tu wyjątkowo cicho. Czyżby sąsiedzi wybrali urlop w ciepłych krajach?
Pogoda idealna. Karolina w prezencie urodzinowym od swojego chrzestnego kilka dni wcześniej dostała super basen. Po długich poszukiwaniach w końcu w piwnicy udaje mi się znaleźć pompkę. Do pompowania angażuję dzieciaki. Wyrywają sobie ją z rąk, a ja mam problem z głowy :-)
Nalewamy wodę i już można się kąpać. Woda jest lodowata, ale to nie przeszkadza dziewczynkom. Temperatura powietrza jest tak wysoka, że sama z przyjemnością do nich dołączam :-)
Jagoda skacze i nurkuje, trochę się o nią martwię , bo przecież nie umie pływać, ale w ogóle nie pozwala się dotknąć, więc pozostaje mi tylko bacznie ją obserwować, żeby nie zrobiła sobie krzywdy.
Karolina z Łucją w sierpniu miały wyjechać razem na pierwszy obóz jeździecki. Ze względu na nasz wyjazd do Włoch, Karolka nie może wziąć w nim udziału, dlatego proponujemy dziewczynkom, że będziemy je wozić codziennie na konie do stadniny w Bindużce. Karola od dwóch lat przyjeżdżała tam sporadycznie, więc pomysł bardzo jej się podoba. Trafiamy na instruktora Jarka. Już po kilku pierwszych minutach widać, że ma świetne podejście do dzieci. Dziewczynki słuchają go, wykonują wszystkie, nawet bardzo trudne polecenia. Pierwsza jazda trwa krótko, żeby małe nóżki się przyzwyczaiły :-) W ciągu następnych dni, panny robią oszałamiające postępy. Cudownie się na nie patrzy. W aksamitnych toczkach na głowie maszerują wyprostowane.
Laura jest bardzo spokojnym i kochanym konikiem. Łucja z Karolą uwielbiają ją. Przynoszą jabłka, trawę i nawet po skończonych zajęciach długo głaszczą i rozmawiają z nią :-) Nasza córeczka oczywiście powraca do tematu związanego z kupnem własnego konia. Okazuje się, że kupno i utrzymanie konia poza Warszawą wcale nie jest takim nieosiągalnym marzeniem. Jeżeli ta pasja okaże się długoterminowa to… może, może…
Tymczasem z radością patrzę jak moja córeczka z czułością pielęgnuje Laurę, czesze ją, karmi. Jest w tym coś wzruszającego, gdy widzi się tak małe dziecko, które z troską zajmuje się tak dużym zwierzęciem i nie odczuwa przy tym najmniejszego strachu.
Nigdy nie przepadam za powrotami z urlopów, ale tym razem jest inaczej. Jeszcze podczas pobytu na Słowacji dostaję telefon z zaproszeniem na zdjęcia próbne do nowej roli w serialu Hotel 52, który od trzech sezonów jest emitowany w stacji Polsat. Od czasu zakończenia zdjęć do „ Rodziny zastępczej” to pierwsza poważna propozycja, więc jestem bardzo tym faktem podekscytowana. Za raz po dotarciu do domu otwieram maila od produkcji. W nim znajdują się sceny, które ma przygotować na zdjęcia. Mam zagrać rolę młodej dziewczyny, która jest… niewidoma. Mam mało czasu na przygotowanie, bo na rozmowę i casting mam udać się następnego dnia. To duże wyzwanie, ale przecież uwielbiam to! Właśnie na coś takiego czekałam!
Po rozmowie z producentem dowiaduję się, że kilka scen już nakręcono, z inną aktorką. W między czasie zmieniła się koncepcja postaci i padła propozycja żeby mnie powierzyć odegranie tej roli. Czuję, jak serce zaczyna mi coraz mocniej bić, bo jeżeli koncepcja jeszcze raz ulegnie zmianie… Nie, nie chcę nawet o tym myśleć. Wieczorem mam pojawić się ponownie na zdjęciach próbnych z Arturem , czyli Krzysztofem Kwiatkowskim.
Krzyś jest bardzo sympatycznym, perfekcyjnie przygotowanym do pracy młodym chłopakiem. Chyba najbardziej paraliżuje mnie właśnie ta jego sumienność i bezbłędne opanowanie tekstu. Ja cały czas się mylę, gdy powtarzam moje kwestie w myślach.
Po słowie „akcja” przychodzi 200% mobilizacji, stres znika i wszystko mówię bez najmniejszego zająknięcia. Uff, dałam radę. Potem powtarzamy sceny jeszcze kilka razy. Nagrywamy zbliżenia, trochę zmieniamy interpretację. Na koniec słyszę tylko, że było bardzo dobrze i fajnie nam to wyszło. I co teraz? Co teraz? To pytanie krąży mi w głowie, ale próbuję zachować spokój i nie denerwować się. W tej samej chwili jedna z dziewczyn, które prowadziły zdjęcia mówi, żebym poszła na górę ustalić warunki umowy, terminy konsultacji pływackich ( moja postać przygotowuje się do maratonu) oraz wizyt w związku niewidomych, bo w przyszłym tygodniu… zaczynam zdjęcia!!! Mam ochotę krzyczeć ze szczęścia!!!
Na dokładne analizowanie roli niestety nie mam czasu, bo przede mną przygotowania do Jagódki chrzcin oraz wakacyjnej wyprawy z x-landerem. A to wszystko poprzeplatane konsultacjami, basenem, zakończeniem roku w Karolci szkole, sesją zdjęciową naszego mieszkania ( której zostałam autorką- hi hi, bo nie znalazłam czasu na umówienie się z fotografem:-) imprezą kończącą sezon w Dzień Dobry TVN oraz urodzinami Łucyjki ( ciotecznej siostry Karoli).
W sobotę zaczynam zdjęcia w serialu Hotel 52. Mam tylko jedną scenę. To czysty przypadek, ale akurat dobrze się składa, bo mam możliwość na spokojnie zaznajomić się z nową sytuacją. Po nagraniu mam oczywiście inne zdanie, bo czas mija mi tak szybko, że chciałabym na planie zostać dłużej:-) Muszę wracać, bo następnego dnia będziemy gościć 20 osób na chrzcinach Jagódki, a jeszcze nic nie przygotowaliśmy…
Podczas ceremonii w kościele na placu Zbawiciela Jagoda jest najstarszym chrześniakiem. Dlatego jako jedyne dziecko biega przed ołtarzem i dokazuje głośnym pokrzykiwaniem. Jest zachwycona dużą ilością bodźców. Tu ktoś śpiewa, tam coś dzwoni, ludzie siadają, wstają, woda się leje i ciągle ktoś robi zdjęcia. Trudno ją utrzymać w jednym miejscu. Biega w tą i z powrotem.
Po oficjalnej części przenosimy się do domu.
Na stół przynosimy sałatki, tarty, bób w sosie pomidorowym, domowe chlebki, dipy oraz pasty. Mimo dużego pośpiechu podczas przygotowań wszytko wszystkim smakuje. Od swoich gości Jadzia dostaje masę ślicznych prezentów, wśród których dominuje… biżuteria:-) Bransoletki z konikami, serduszkami, złota kuleczka zawieszona na malutkim łańcuszku… Jednak Jagoda najbardziej jest zachwycona, gdy odpakowuje pudełko z wielką plastikową lalką, prezent od mojej mamy. Długowłosa blondynka od razu zostaje usadowiona w różowym wózku, który Jadzia dostała na urodziny. Zadowolona z nową zabawką robi obchód po całym mieszkaniu, jakby chciała pokazać jej wszystkie jego zakamarki.
Na zakończenie podajemy gościom kieliszki z musującym winem oraz tort z bitą śmietaną i mrożonymi owocami leśnymi. Pyszny, delikatny i zaskakujący finał!!! Czy mogę dokładkę ?
Dzień Dziecka. Ulubione święto mojej Karolci, a za kilka lat pewnie i Jagody.
Rano Karolka idzie do szkoły, ja jadę poprowadzić spotkanie prasowe, ale popołudnie spędzamy razem. Punktualnie przyjeżdżam po moją księżniczkę pod jej podstawówkę i wspólnie jedziemy na finał akcji „Wola docenia dzieci” do atelier Natalii Jaroszewskiej. Niecałe 2 miesiące wcześniej w tym samym miejscu Karolcia przygotowała kilka rysunków. Jeden z nich miał być umieszczony na dziecięcych rajstopkach lub skarpetkach.
Zaraz po wejściu w oczy rzucają mi się piękne turkusowe podkolanówki z czerwonymi ptaszkami. To projekt Karolci!!! Są przepiękne! Karola natychmiast zakłada je na nogi. Nie może uwierzyć, że jej rysunek został tak wiernie przeniesiony. Ja również. Inne dzieci, które brały udział w akcji, też dumnie prezentują na nóżkach efekty swojej pracy. Na razie do domu możemy zabrać tylko dwie pary wykonanych podkolanówek. To prototypy. Ale na wiosnę przyszłego roku cała dziecięca kolekcja ma być dostępna w sklepach w limitowanej edycji. Chyba całą wykupię :-)
Po spotkaniu w atelier idziemy na rodzinny obiad do pobliskiego „Dzikiego ryżu”, a po obiedzie na plac zabaw przy placu Wilsona. Nie wiem, czy tak Karolka wyobrażała sobie Dzień Dziecka, ale wygląda na zadowoloną :-)
Koniec roku szkolnego zbliża się wielkimi krokami. Przed jego zakończeniem obiecuję, że wyprawię Karolinie urodziny dla koleżanek z klasy. W ekspresowym tempie wspólnie wykonujemy zaproszenia, żeby wszystko wyglądało w pełni profesjonalnie :-) Wydrukowany tekst naklejamy na kolorowe kartoniki i ozdabiamy małymi naklejkami. Następnego dnia, podczas szkolnej wycieczki Karola rozdaje zaproszenia przyjaciółkom.
W czwartek od rana jestem w ferworze przygotowań. Zorganizowanie przyjęcia to jedno, ale pozostaje mi jeszcze pakowanie… bo w piątek, bladym świtem mamy zamiar wyjechać na kilkudniowy urlop.
Największe wrażenie na Karoli koleżankach robi jej pokój. Łóżko piętrowe i huśtawka okazują się mega atrakcją dla ośmioletnich dziewczynek. Domowe pieczone ziemniaczki ala „ frytki” są kolejnym strzałem w dziesiątkę, a gdy Maciek zaczyna piec pizzę pojawiają się pytania, czy można u nas zostać na noc :-) To miłe, bo widzę, że naprawdę dobrze się tu czują i bawią. Punktem kulminacyjnym jest… rozwieszenie hamaka w dużym pokoju. Początkowo dziewczynki próbują zachować jakąś kolejność bujania, ale szybko orientują się, że spokojnie może on pomieścić je wszystkie… Gdy widzę na nim 10 uwieszonych dzieci, jestem lekko przerażona. Co jakiś czas przynoszę im coś do jedzenia. Dzięki temu chociaż na chwilę przestają szaleć. Tuż przed końcem imprezy wnoszę babeczki z powbijanymi urodzinowymi świeczkami. Po urodzinach Jagódki przekonałam się, że są super alternatywą dla tradycyjnego tortu. Po 21.00 wychodzą ostatni goście mojego dziecka. Ufff , udało się. Nic nikomu się nie stało i chyba wszyscy wyszli zadowoleni. Karola mówi, że bardzo jej się podobało.
W planach mieliśmy wyjazd o 4 nad ranem… Cóż plany są od tego żeby je zmieniać :-)
I tak jest nieźle, bo mimo że nie udało nam się spakować poprzedniego dnia, to z domu wyruszamy o 8.00. Największym koszmarem jest opuszczenie zakorkowanej Warszawy. a dalej już idzie jak z płatka. Na obiad zatrzymujemy się w Krakowie w naszej ulubionej restauracji MAMMA MIA, w której standardowo zamawiamy makaron, pizzę i sałatkę. Jak zwykle wszystko jest cudownie smaczne! Rośnie nam chyba kolejna amatorka włoskiego jedzenia. Duża część mojej porcji makaronu zostaje zjedzona przez… Jagodziankę :-) Nie nadążam z karmieniem.
Po obiedzie i krótkim spacerze po krakowskim rynku czas na dalszą podróż, której celem jest Liptowski Mikulasz na Słowacji. Sezon wakacyjny jeszcze się nie rozpoczął, na Zakopiance ruch jest bardzo umiarkowany, więc na miejsce docieramy bardzo szybko. Mieszkamy na terenie Tatralandii w uroczym , małym, drewnianym domku. Z okien rozpościera się przepiękny widok na pola soczyście żółtego rzepaku. Przed nami cztery dni super zabawy i odpoczynku.
Powrót do warszawskiej rzeczywistości po moim kilkudniowym wypadzie do Włoch okazuje się łatwiejszy niż przypuszczałam Dzieje się tak między innymi za sprawą urodzinowego wyjścia do Mielżyńskiego. 23 maja Maciek kończy 34 lata. Ponieważ w tym dniu nie mamy możliwości wspólnego wyjścia , następnego dnia spotykamy się w winiarni na Burakowskiej razem z Alą, która z kolei świętuje zmianę pracy. Siedzimy na zewnątrz przy dwóch dużych beczkach, dziewczynki biegają po trawie i czarują siedzących przy pobliskich stolikach gości. Jest niesamowicie, bo wszędzie porozstawiane są lampiony ze świecami. Zamawiamy butelkę białego biodynamicznego wina, deskę serów, oliwki, karczochy i suszone pomidory. Jemy, gadamy i… na zmianę biegamy za Jagódką, która coraz bardziej rozfrajdowana biega po całym terenie jak piesek spuszczony ze smyczy. Przed 22.00 mamy dosyć… Jagoda wręcz przeciwnie.
25 maja w szkole Karoliny dzieci przygotowują przedstawienie z okazji Dnia Mamy. Z trudem udaje mi się na nie zdążyć. Mam wywiad i spotkanie służbowe na drugim końcu miasta, ale wiem, że nie mogę jej zawieść.
Jestem na czas. Dzieci są poprzebierane za różne postacie z bajek. Śpiewają piosenki, recytują wierszyki odgrywają krótkie scenki. Są bardzo dobrze przygotowane i jeszcze bardziej przejęte.
Na widowni tłum rodziców. Przedstawienie jest adresowane do mam, ale oglądać swoje pociechy przyszły całe rodziny: tatusiowie, babcie, ciocie… Niby jestem twardą babką, ale w takich sytuacjach… chce mi się płakać… Ze wzruszenia oczywiście.
Dzieci z Karoli klasy przygotowały dla swoich mam jeszcze jedną niespodziankę. Po występie, w klasie każda dostaje piękny obrazek z kolorowymi kwiatkami. W drodze powrotnej moja mała aktorka opowiada mi o swoich przeżyciach związanych z występem. Patrzę na nią i zastanawiam się jak to możliwe, że ma już 8 lat !!!
Uwielbiam gotować, dlatego biorę udział w warsztatach kulinarnych organizowanych przez dziewczyny z Testa Communications. Prowadzi je Kurt Scheller. Mamy do przygotowania dwie potrawy na bazie szparagów białych i zielonych. Na pierwszy ogień idzie zupa-krem. Wychodzi całkiem smaczna, ale za dużo przy niej zamieszania i brudzenia dużej ilości naczyń. Gotowanie, miksowanie, przecedzanie, ponowne gotowanie, zagęszczanie… Drugie danie to szparagi z melonem i grillowanym arbuzem… To już zupełnie nie moja bajka. Jedzenie wygląda bardzo efektownie, ale pod względem smaków, nie do końca mi to pasuje. To kwestia gustu ;-)
Pod koniec tygodnia umawiam się na zdjęcia z Eryką i Jackiem, którzy wspólnie przygotowują książkę o makijażu. Są parą prywatnie i zawodowo i robią naprawdę piękne rzeczy. Już pierwsza próbę mamy za sobą, ale okazuje się zbyt „pojechana” w porównaniu z resztą stylizacji, które znajdą się w ich albumie. Dlatego zdjęcia musimy powtórzyć. Tym razem pierwsza stylizacja jest bardzo prosta. Mam na sobie kremową, cienką podkoszulkę, lekko zmierzwione włosy i bardzo delikatny makijaż. Druga jest bardziej odważna. W jedwabnej koszuli z długimi rękawami i baaardzo głębokim dekoltem czuję się ultra kobieco. Do tego przylizane włosy i jaskrawy błękitny cień na oczach… Szkoda, że trochę brak mi odwagi, by wyjść tak na ulicę :-)
Po 4 godzinach „ mamy to”. Punktualnie o 14.00 przyjeżdża kolejna „modelka”. Do studia wchodzi śliczna, ubrana w długą pomarańczową spódnicę, uśmiechnięta dziewczyna. To Marta Żmuda- Trzebiatowska. Na żywo i bez makijażu wygląda jeszcze ładniej niż na zdjęciach w kolorowych magazynach. Niestety nie mogę zostać dłużej, bo w domu czeka już na mnie Maciek. W drodze powrotnej zabieram mamę, którą ma zająć się Jagódką, podczas naszego gotowania i robienia zdjęć do książki. Przede mną druga sesja zdjęciowa :-)
Kończymy o 23.00. Padamy wykończeni. Planowaliśmy jeszcze wyjście do kina, ale niestety nic z tego nie wychodzi. Rezygnuję z filmu, bo wolę wstać rano i pojechać na 2 dni na działkę.
Koło 8.00 rano wyjeżdżamy z domu!!!
Jest gorąco. Przez dwa dni opalamy się i kąpiemy w mikroskopijnym dmuchanym basenie. Jest z nami Łucja, bratanica Maćka, więc Karolcia jest zadowolona, bo ma towarzystwo do zabawy.
Po powrocie do Warszawy i my i dziewczynki jesteśmy tak opaleni, jakbyśmy spędzili kilka dni nad morzem :-)
Wiem, wiem, powtarzam się, ale ja naprawdę uwielbiam maj!!! To zdecydowanie najpiękniejszy miesiąc z całego roku, pogoda tylko to potwierdza:-)
W poniedziałek w Dzień Dobry mamy dość ryzykowny temat: TRAWA W KUCHNI… Cały kącik kuchenny jest wyłożony trawą z rolki i wygląda przeuroczo. Początkowo obawiam się, czy w takich warunkach w ogóle uda nam się coś ugotować, ale trawnik okazuje się bardzo przyjaznym podłożem do krojenia, obierania i mieszania. Sam temat dotyczy głównie koktajli z trawy pszenicznej, jęczmiennej lub orkiszowej, które są rewelacyjnym źródłem witam i mikroelementów. Podobno w 1 kg takiej trawy znajduje się tyle samo witamin co w 25 kg owoców!!! W Stanach Zjednoczonych wyhodowaną kilkunastodniową trawę można w tej chwili bez problemu kupić nawet w supermarkecie, a gotowe soki z trawy są sprzedawane w fitness clubach, jako alternatywa dla szkodliwych, chemicznych napojów energetycznych! Nie jestem fanką USA, ale trochę pozazdrościłam Amerykanom tych trawiastych koktajli :-) Niestety w Polsce temat jest na razie traktowany z przymrużeniem oka, choć, co napawa mnie optymizmem, w czasie programu pojawia się sporo osób, które z chęcią próbują naszych „wynalazków”. Ale ponieważ nie samą trawą człowiek żyje postanawiamy również coś ugotować, ale również bazując na zielonych składnikach: rukoli, pak choi, mizuni i mibuni. Wszystko wychodzi , nie chwaląc się, chyba smacznie, bo znika nawet wielki talerz sałatki z rukoli …
Wieczorem wychodzimy na chwilę na kolejną branżową imprezę.Odbywa się ona w jednym z moich ulubionych miejsc w Warszawie, czyli w CSW przy Agrykoli i wiem , że spotkamy tam kilku dawno nie widzianych znajomych. Tuż przed 20.00 zostawiamy dziewczynki pod opieką Maćka mamy i wychodzimy. Jest ciepły, przyjemny wieczór. Gdy docieramy do zamku impreza już trwa, trafiamy akurat na krótki koncert, po którym następuje część oficjalna, czyli wręczenie nagród miesięcznika Cosmopolitan. Mimo przyjemnej atmosfery opuszczamy zamek dość szybko, bo na dłuższą metę zdecydowanie preferuję kameralne spotkania w gronie najbliższych przyjaciół.
Na ten dzień czekałam przez ostatnie pół roku :-) No może trochę przesadzam, ale ponieważ wyjazd do Włoch z moją przyjaciółką Kamilą zaplanowałam już w grudniu, od tamtego czasu wysyłałyśmy do siebie maile z krótkimi informacjami pt. „ jeszcze 5 miesięcy”, „ jeszcze 4 miesiące”, „jeszcze miesiąc…”, „jeszcze 2 tygodnie…”. Aż w końcu w kalendarzu pojawiła się data 17 maja. Rano Kamila przyjeżdża do nas do domu zostawić ubrania i kilka drobiazgów, które chce zabrać ze sobą. Oczywiście jak zwykle, w związku z tym , że od zimy nie widziała Karoliny i Jagody, ma dla nich dodatkową wielką torbę prezentów. Zaczyna się przymierzanie sukienek, koszulek, wisiorków… Moje dwie małe panienki biegają po całym domu wystrojone jak baby na odpuście :-) Wylot jest planowany na godzinę 20, więc Kama wraca jeszcze do domu swoich rodziców, a ja też mam kilka godzin, żeby pozałatwiać różne sprawy, odpowiedzieć przynajmniej na część wylewających się z mojej skrzynki maili, czy wymienić pieniądze. Na lotnisku mamy spotkać się o 18. Mnie udaje się przyjechać trochę wcześniej, więc staję w kolejce do nadania bagażu. Akurat gdy przychodzi moja kolej, do hali odlotów wpada zakręcona jak zwykle Kama. Po oddaniu bagażu, z małymi torbami podręcznymi żegnamy się z rodzicami Kamili, a po przejściu przez odprawę paszportową idziemy… wznieść toast za nasz pierwszy od kilkunastu lat wspólny wyjazd. Kieliszek białego wina w strefie bezcłowej kosztuje majątek, ale kto by się tym przejmował :-)
Na pokład samolotu, wchodzimy w bardzo dobrym nastroju. Podróż mija w sekundę, bo buzie nam się nie zamykają. Po 22 dolatujemy do miasteczka Forli w Bolonii. Dlaczego wybrałam Forli? Bo tu udało mi się znaleźć najtańsze połączenia lotnicze :-))) Miały być Włochy, a reszta ani mnie, ani Kamy nie interesowała. Ponieważ dzień wcześniej zarezerwowałam nam nocleg w hotelu tuż obok lotniska, w pierwszej kolejności postanawiamy go odnaleźć, a potem jeszcze wyskoczyć na nocne zwiedzanie. Termin „tuż obok lotniska” jest trochę na wyrost, ale w końcu udaje nam się odnaleźć nasze 3 -gwiazdkowe cudo. Pokój jest czysty i ma wygodne łóżko, a to najważniejsze. Otwieramy butelkę białego włoskiego wina i… o godzinie 1 w nocy dochodzimy do wniosku, że z nocnych wycieczek musimy już chyba zrezygnować. Przed nami zaledwie 4 dni włoskich wakacji. Lepiej wstać rano, szybko wypożyczyć samochód i ruszyć przed siebie. Tuż przed wyjazdem kupiłam przewodnik, może do czegoś się przyda…
Maj jest chyba moim ukochanym miesiącem. Wszystko kwitnie i przeważnie jest już ładna pogoda.
W dodatku 4 maja mam imieniny, 11 maja Jagódka ma urodziny, 14 maja są moje, a 23 Maćka :-) Czyli miesiąc wielkiego świętowania! Imienin nigdy nie obchodzę, ale co roku dostaję mnóstwo telefonów z życzeniami. Zawsze czekam z niecierpliwością na urodziny, bo przeważnie towarzyszy mi w tym dniu mnóstwo gości. Ale w tym roku najbardziej szykuję się na pierwsze urodziny Jagódki, które wyprawiamy dokładnie 11 maja w środę. Gości zapraszamy na godzinę 19, bo wiemy, że możemy mieć problem z wyrobieniem się na wcześniejszą godzinę. I całe szczęście, ponieważ praca nad zdjęciami trochę nam się wydłuża i gdy Maciek wraca z zakupami do domu jest godzina … 17.30… Szczęśliwie wyrabiamy się na ostatni dzwonek ze wszystkim. Są babeczki, które zastąpią tradycyjny tort, jest pięknie przybrany stół, drobne przekąski, a w kuchni gotuje się tajska zupa z cukinią. Punktualnie o 19 zaczynają schodzić się goście. Jagoda jest początkowo przerażona, bo każda z wchodzących do domu osób, coś od niej chce, całuje ją, mówi coś do niej i daje do rączki kolorowe pudełko lub torebkę. O co tu chodzi? Dopiero po odpakowaniu kilku prezentów, zaczyna do niej chyba docierać, że to całe zamieszanie jest spowodowane jej osobą. Zaczyna biegać po mieszkaniu z nowymi, odpakowanymi zabawkami, ale cały czas z niedowierzaniem patrzy na ilość kłębiących się w mieszkaniu osób. Mimo że zaprosiliśmy najbliższą rodzinę ( i tak część:-) mamy 20 gości… Wszyscy jedzą, piją ekologiczne czerwone wino lub zwykłe, ale dobrze schłodzone białe :-) Jest takie zamieszanie, że w pewnym momencie, nawet nie wiem kiedy, Jagoda głową z całej siły uderza mnie w nos, z którego tryska fontanna krwi. Cudem udaje mi się dobiec do łazienki i nie ubrudzić po drodze połowy mieszkania. Za moment moja mama potrącona przez Karolinę wylewa na Jagodę ¾ kieliszka wina… Jedyny plus, że białego…Ot, wesoła rodzinna imprezka :-) Zaraz po zdmuchiwaniu świeczki, którą wetknęłam w jedną z migdałowo-malinowych babeczek, na balkonie Tomek ( mój brat) otwiera butelkę prosecco. Ta czynność jako jedna z nielicznych wychodzi bezkolizyjnie. Po 22.00 imprezę opuszczają ostatni goście. Zostaje tylko mama i tata Maćka, którzy pomagają nam posprzątać. Nie wiem, o której poszlibyśmy spać, gdyby nie ich pomoc.
Następny dzień zapowiada się intensywnie ( w przeciwieństwie do poprzednich , he he:-)
Zaczynam od zdjęć dla telewizji internetowej. Trwają krótko, więc do domu postanawiam wrócić tramwajem. W podziemiach w centrum zaliczam szybki podryw ze strony jakiegoś gościa, który próbuje namówić mnie na wspólną kawę ( nie wiedziałam, że w dobie internetu jeszcze coś takiego ma miejsce :-) Po miłej, ale stanowczej odmowie udaje mi się szybko uciec w stronę przystanku. Mam lekką paranoję, że facet zacznie mnie śledzić, ale gdy wsiadam do tramwaju i upewniam się, że nigdzie go nie ma, oddycham z ulgą i chce mi się śmiać.
W domu przejmuję Jagódkę i razem z nią jadę na Festiwal Piosenki w Świdrze. Do mostu Siekierkowskiego jest w porządku, ale na wysokości Gocławia Jagodzie zmienia się humor i zaczyna przeraźliwie płakać i krzyczeć. Do ośrodka obydwie dojeżdżamy wykończone…
Impreza jest super, ale zostajemy tylko na pierwszej części, bo wieczorem dalszy ciąg obowiązków zawodowych:-)
Na godzinę 21 jadę do nowego studia lotto, gdzie po szczegółowej próbie biorę udział w losowaniu na żywo. Cały program trwa zaledwie 9 minut, więc wszystko musi być wyliczone co do sekundy. Rozmowa z gościem ( czyli ze mną :-) trwa 1,5 minuty. Mimo, że program trwa tylko kilka minut w domu jestem dopiero przed 23. Padam ze zmęczenia…
Kolejny dzień i znowu podwyższone obroty. Robimy zakupy i przygotowujemy menu na sobotnią, kulinarną majówkę w Wola Park. Mamy przygotować 100 porcji degustacyjnych trzech potraw ( czyli łącznie 300!!!) plus deser. Gotujemy zupę tajską, dwie przystawki z suszonych pomidorów, cykorii, serka i pieczonej papryki oraz czekoladowe babeczki. Nasza kuchenka i piekarnik przez cały dzień chodzą na pełnych obrotach :-) Na samej majówce podczas czterech 20-minutowych wejść pokazujemy jak samodzielnie przygotować wyżej wymienione potrawy. Trochę się denerwujemy, ale wszystko się udaje.
Następnego dnia zapraszamy do siebie kilku najbliższych znajomych na moje urodzinowe śniadanie. Maciek o 5.30 zaczyna piec bagietki, co powoduje, że już o 20.00 śpi jak niemowlę. Śniadanie chyba wszystkim smakuje, bo znika wszystko z półmisków, a największą furorę robią domowe bułeczki. Niektórzy nawet zabierają kilka na wynos :-)