X-lander

Blog X-lander

15 czerwca 2010

URODZINOWY WEEKEND

To był zwariowany tydzień.

Zaczęło się we wtorek. Miałam pojechać na zdjęcia próbne do serialu, którego realizacja rozpocznie się najprawdopodobniej jeszcze w te wakacje. Fragmenty scenariusza, które dostałam oraz krótki opis wszystkich odcinków bardzo mi się spodobały, dlatego tym bardziej ucieszyła mnie ta propozycja. Samym castingiem nie denerwowałam się aż tak bardzo, ale cały czas zastanawiałam się, czy Jagoda wytrzyma kilka godzin mojej nieobecności ( pomimo dwóch butelek odciągniętego mleka:) Moje obawy okazały się bezpodstawne. Mała podobno jadła z wielkim apetytem obdarzając tatusia ( czyli Maćka) szerokimi uśmiechami. Po moim powrocie spała słodko z błogim wyrazem twarzy.

Ponieważ wszystko poszło zadziwiająco gładko postanowiliśmy zaryzykować jeszcze bardziej i wyjść razem na piątkowe urodziny naszego przyjaciela. Miała nam w tym pomóc moja mama, która swierdziła, że będzie to dla niej czysta przyjemność… Z niecierpliwością czekałam na piątek…

W czwartek pojechałam na krótką prezentację nowej kolekcji Calzedonii i Intimissimi do Jazzowni na rynku Starego Miasta. Bielizna była bardzo smakowita :). Koronki, tiule, delikatna bawełna -istny raj dla kobiet.Upatrzyłam sobie kilka rzeczy.
Podobno już w lipcu będą dostępne w sklepach :).

Po wizycie na starówce pojechaliśmy z dziewczynkami na wizytę kontrolną do lekarza. Panienki mają niezły apetyt, bo obydwie mocno przytyły i urosły. Jagoda od urodzenia przybrała na masie prawie 1,5kg!!! Wizyta spowodowała, że sami poważnie zgłodnieliśmy, dlatego korzystając z pięknej pogody pojechaliśmy do Regeneracji na ul. Puławskiej, gdzie zjedliśmy pyszną sałątę z pestkami dynii, chłodnik i zapiekanki. Z ilością trochę przesadziliśmy, bo już idąc na obiad napchaliśmy się słodkimi truskawkami i równie smacznymi czereśniami. Byłam zakoczona, że już można kupić tak dobre czereśnie. I tu pora na drobną dygresję: jestem gigantyczną szczęściarą, bo moje maleństwo nie tylko pięknie przesypia noce, ale również ( odpukać) jak na razie nie wykazuje uczulenia na pokarmy, które pochłania jego mama ( czyli ja). A truskawek potrafię zjeść naprawdę dużo…

Obiad zajął nam trochę za dużo czasu i o mały włos Maciek spóźniłby się po odbiór wizy (wyjeżdża za 2 tygodnie, ale jeszcze nie będę zdradzać dokąd:). Po załatwieniu wszystkich formalności w ambasadzie wróciliśmy do domu, a wieczorem, w ramach spaceru, wybraliśmy się do kawiarni naszego znajomego Konrada ( Forty Cafe), gdzie czekała na mnie miła niespodzianka. Od Ewy i Kondzika dostałam… prezent urodzinowy. Kolczyki i broszkę z malutkim drewnianym misiem:).

Piątek rozpoczęłam wizytą w Dzień Dobry TVN. Znowu musiałam zadbać o zapas mleka dla Jagody. W studiu na Marszałkowskiej wszyscy przyjęli mnie bardzo ciepło, pytali o małą, o to jak się czuję i kiedy wrócę do poniedziałkowego gotowania:). Chciałabym jak najszybciej, ale nic nie będę robić kosztem Jagodzianki. Zobaczymy. Po programie rozpoczęłam nerwowe poszukiwania prezentu dla Marcina. To mój najlepszy przyjaciel ( właściwie jest jedynym przyjacielem, bo oprócz niego mam jeszcze tylko trzy przyjaciółki). Poznaliśmy się w podstawówce, ale dopiero w liceum zaczęliśmy traktować tę znajomość na poważnie. Marcin został chrzestnym Karolinki, a ja świadkową na jego ślubie. Możemy nie odzywać się do siebie miesiącami, ale wiem,że zawsze mogę na niego liczyć.Wieczorne wyjście na jego imprezę urodzinową całe szczęście przebiegało bez większych utrudnień. Jagoda trochę marudziła, ale udało mi się ją uspokoić przed wyjściem. Na miejscu dzwoniłam co prawda dwa razy do mamy, żeby się upewnić, czy wszystko ok. Było nawet lepiej niż ok :) więc wróciliśmy do domu o 24. Mała obudziła się dopiero koło 3 nad ranem i nakarmiona szybko zasnęła ponownie.
W sobotę bawiliśmy się na kolejnych urodzinach naszych przyjaciół z Milanówka. Ponieważ sami mają 2-letniego synka, przygotowali popołudniowe garden party, na które mogliśmy przyjechać całą rodziną. Karola zachwycona kąpała się z innmi dziećmi w wielkim dmuchanym basenie, a Jagoda prawie połowę imprezy przespała w wózku.

Na niedzielę przygotowaliśmy rewanż i to my zaprosiliśmy znajomych z dziećmi na 7 urodziny Karoliny na działkę mojej mamy. Maciek upiekł placki chleba, z którego robił prawdziwe włoskie panini. Był domowy tort czekoladowy, sałatki, bruschetty z pomidorami, warzywa w sosie jogurtowym, młoda kapustka w sosie pomidorowym i koktajl jogurtowy z mango.Gotowaliśmy do 1 w nocy, 5 godzin snu, a następnie od 6 rano… Karolina dostała taką masę prezentów, że cześć z nich rozpakowywała jeszcze następnego dnia :). A w tym tygodniu kolejne urodziny. Tym razem jednej z moich przyjaciółek… Oj będzie się działo :).

 

8 czerwca 2010

Dzień dziecka i dłuuuugi weekend

Gdy byłam małą dziewczynką z utęsknieniem czekałam na wiosnę i lato. Było to spowodowane różnymi czynnikami, ale najistotniejszym był fakt, że w maju obchodziłam imieniny oraz urodziny, 1 czerwca hucznie świętowałam Dzień Dziecka, a trzy tygodnie póżniej cieszyłam się z zakończenia roku szkolnego i rozpoczynających się wakacji. Wydłużone weekendy, których przyczyną była obecność pochodów 1-majowych, święta uchwalenia konstytucji 3 maja oraz Bożego Ciała były dodatkowym bonusem, który uatrakcyjniał ten okres.

Teraz mam 30 lat, edukację szkolną zakończyłam (przynajmniej na chwilę ; ) jakieś 5 lat temu, ale nadal są to moje ulubione miesiące w roku ;) Całe szczęście, że Karola jest tak podobna do mnie. Zima kojarzy jej się głównie z jazdą na nartach i sankach, ale i te atrakcje w pewnym momencie przestają jej wystarczać. Zaczyna się natomiast narzekanie na zbyt niską temperaturę, krótkie dni i konieczność wielowarstwowego ubierania się. Dlatego każdy ciepły, słoneczny dzień traktujemy jak ogromny dar od losu i staramy się jak najlepiej wykorzystać. Oczywiście często nie jest to możliwe, ale wówczas pamiętamy przynajmniej o krótkim spacerze. Dobrym pomysłem jest też przeniesienie miejsca spożywania posiłków na… balkon:) Ten nasz nie należy do największych, ale jest nienajgorszym substytutem wiejskiego tarasu :) I tak ziarnko do ziarnka i okazuje się, że lato w mieście jest do wytrzymania.

Nasze lato w mieście na razie przebiega bardzo obiecująco. Co prawda dalej nie mogę się pogodzić z brakiem możliwości wyjazdu na Thasoss, ale to dodatkowo mobilizuje mnie do organizowania większej ilości atrakcji w zasięgu granic naszego pięknego kraju:).

Pierwsze próby podjełam właśnie 1 czerwca, czyli w Dzień Dziecka. Wiedziałam, że cieżko będzie wybrać się nam gdziekolwiek całą rodziną, bo Maciek zaczyna pomału gonić własny cień. Dlatego pomyślałam sobie, że zaryzykuję i zupełnie sama wybiorę się gdzieś z dziewczynkami. Jagoda skończyła właśnie 3 tygodnie, więc było to dosyć ryzykowne. Zapakowałam małą do samochodu, wzięłam głęboki oddech i… wyruszyłam do przedszkola Karoliny. Nie obyło sie bez małych stęków, ale do przedszkola dotarłyśmy całe i zdrowe. Zachęcona pierwszym sukcesem zapytałam Karolkę, czy w związku z jej świętem ma ochotę pojechać na plac Wilsona do Kalimby i na plac zabaw. Odpowiedź była łatwa do przewidzenia. Na miejscu zamówiłyśmy ciastka, kawę zbożową i gorącą czekoladę. Jagoda na razie musiała zadowolić się mlekiem. Byłam z siebie taka dumna. Zwłaszcza podczas jednoczesnego karmienia i jedzenia puszystego sernika lewą ręką. Do tego gazetka, a nad głową rozwrzeszczane dzieciaki ( usiadłyśmy pod antresolą :) Cudownie !!!

Wielki weekend czerwcowy nie zapowiadał się zbyt optymistycznie. Wisiała nade mną wizja czterodniowego siedzenia w domu ( Maćkowi zostało ostatnich 5 dni na wyprowadzenie się z pracowni). Może za sprawą mojej jednoznacznej miny, a może w związku ze świetną organizacją pracy, Maćkowi udało się zakończyć działania w pracowni w czwartek rano. Na moją reakcję nie musiał czekać zbyt długo. Spakowałam się w oka mgnieniu. Zadzwoniłam do mojej mamy, której na wyjazdy również nie trzeba namawiać. Zaprosiliśmy mojego brata z dziewczyną i koło godziny 14 wyruszyliśmy na działkę.

Zaraz po przyjeździe poszliśmy na długi spacer, z którego wróciliśmy kompletnie mokrzy. Choć nic na to nie wskazywało najpierw zaczęło delikatnie kropić, a po chwili lunęło nie zostawiając na nas suchej nitki. Jagoda, szczęściara, śpiąc wygodnie w wózku przykrytym szczelnie folią przeciwdeszczową chyba nawet nie zorientowała się, że z nieba ktoś wylał na nas parę kubłów lodowatej wody. Ulewa była chyba tylko elementem powitalnym, bo przez kolejne dni temperatura sięgała ponad 20 stopni, a na niebie nie pojawiały sie najmniejsze chmurki. Dlatego zrobiliśmy Karolinie przyjemność i pojechaliśmy z nią do sąsiedniej miejscowości -Bindużki- na konie. Karola siedziała na koniu może 2 razy w życiu, a patrząc na nią miałam wrażenie, że jeździ konno od urodzenia.

Stadnina w Bindużce ma coś z klimatu ” Spalonych słońcem”. Pan Paweł ( właściciel) w białym, lnianym garniturze wygląda jak żywcem przeniesiony z innej epoki, a łąki okalające posiadłość tylko zachęcają do udania się na krótką przejażdżkę. Przyglądając się córeczce sama nabrałam na to ochoty. Może następnym razem…?

 

1 czerwca 2010

Ostatni tydzień maja

Jak na razie pogoda nas nie rozpieszcza. Gdy już wydaje mi się, że w końcu zrobi się naprawdę ciepło, znowu zaczyna lać … Mam dosyć.

Dlatego w zeszłym tygodniu wpadłam na sprytny plan :). Chciałam wyrobić jak najszybciej Jagodzie paszport, żeby jeszcze w czerwcu wyjechać na tydzień na jedną z greckich wysp np. na Thassos. Byliśmy do tej pory na Rodos, Krecie oraz Korfu i każda z tych wysp bardzo nam się podobała. Szybko przejrzałam dostępne oferty, ceny mnie zamurowały, więc już cieszyłam się perspektywą rychłego opuszczenia Warszawy… Niestety, nie tak szybko…

Sprawdziłam bardzo dokładnie jakie dokumenty są wymagane w Urzędzie Paszportowym, zrobiłam Jagodzie zdjęcia ( wyszły dość dziwnie, ale taki paszport jest przyznawany tylko na rok, więc i tak szybko będziemy musieli go wymienić), wyciągnęłam Maćka ( bo przy podpisywaniu papierów muszą być obecni obydwoje rodzice) i pełna optymizmu pojechałam na ul. Kruczą w Warszawie. A tu doszło do szybkiego zderzenia z rzeczywistością… Przede mną w kolejce czekało… prawie 50 osób!!! Czyli minimum 1,5 h czekania. Poza tym zapomniałam, że poza aktem urodzenia potrzebny jest mi również pesel dziecka, a ten Jagoda bedzie miała najwcześniej za 3 tygodnie. Czas oczekiwania na paszport to kolejne 4, więc … z naszego czerwcowego wyjazdu nici :(
Pozostaje działka i tysiące żarłocznych komarów ;).

We wtorek miałyśmy niezapowiedziane odwiedziny położnej środowiskowej. Nie lubię takich wizyt, bo łapię paranoję, że zaraz ktoś będzie sprawdzać, czy wszędzie jest wystarczający porządek, czy mała ma odpowiednie ubranka, pieluchy, kosmetyki itd. Ale nie było najgorzej, przestraszyłam się tylko szybkim skierowaniem do przychodni ze wzgledu na niepokojacy wygląd pępka Jagody. W przychodni nastraszono mnie jeszcze bardziej, ponieważ dostałam kolejne skierowanie tym razem do szpitala. Dodatkowo okazało sie, że mała ma przepuklinę pępkową. I zaczęło się straszenie operacjami itp. Dlatego pędem wróciłam do domu i razem z Maćkiem pojechałam do najbliższego szpitala na ostry dyżur. Na miejscu okazało się, że pępek wystarczy co drugi dzień w szpitalu przypalać lapisem, a przepuklina najprawdopodobniej sama sie wchłonie. Uff , a już zaczęłam panikować… Przy okazji powinnam chyba pochwalić sprawność działania szpitala na ul.Działodowskiej, bo właśnie do niego pojechaliśmy. Jestem w szoku, ponieważ każda z wizyt ( a byliśmy do tej pory 3 razy) trwała nie dłużej niż 15 minut (!!!). Okazuje się, że można. Sam wygląd szpitala może nie budzi zaufania ( przydałby mu sie generalny remont), ale atmosfera jest naprawdę godna pozazdroszczenia. Tak trzymać:)!

Dzień Dziecka zaczęliśmy swiętować już w sobotę 29 maja:). Na naszym osiedlu z inicjatywy Urzędu Gminy zorganizowano całą masę atrakcji dla dzieci. Był pokaz tańca, sztuk walki, tor przeszkód dla najmłodszych, konkursy i kilogramy waty cukrowej :). Karola nie chciała brać czynnego udziału w zabawie. Wolała przyglądać się z boku,a potem wyciągneła nas na plac zabaw. Swoją drogą z coraz większym przerażeniem patrzę na to, co wyprawia na różnego rodzaju drabinkach, rurkach, zjeżdżalniach itp.

Największe atrakcje zaplanowaliśmy jednak na niedzielę. Najpierw sama z Karolą pojechałam do Egurrola Dance Studio ( Maciek w tym czasie spacerował z Jagodą po parku Szczęśliwickim). Tam poza nauką tańca, czekały na dzieci rozmaite gry i zabawy. Było malowanie buzi ( Karola wybrała wzór w kształcie motylka), słodkie i słone przekąski oraz… wykład dotyczący zagrożeń czyhających na dzieci podczas wakacji ( choroby układu pokarmowego, intensywne opalanie, choroba lokomocyjna, ugryzienia owadów itp.). Impreza zakończyła się wręczeniem dzieciom masy upominków. Karola była zachwycona :)

Po imprezie całą rodziną pojechaliśmy na Saską Kępę. Najpierw wylądowalismy w kawiarni Rue de Paris na małej przekąsce, a potem na obiad udaliśmy się do Trattoria Rucola, gdzie zjedliśmy pyszną sałatkę ze szpinakiem, najlepszą w Warszawie pizzę ( nie żartuję) oraz focaccie z solą i rozmarynem. Niestety to tylko rozdrażniło nasze kubki smakowe, dlatego umówiliśmy sie z naszymi przyjaciółmi z Milanówka i wspólnie wybraliśmy się jeszcze na hinduski deser ( słodki ryż oraz halawę). Po zjedzeniu solidnej porcji poczułam się usatysfakcjonowana :).

 

24 maja 2010

Pierwszy tydzień w domu

Pogoda na początku tygodnia nie zachęcała do wychodzenia na dwór.

Jagódka okazała się małym zmarźlakiem, ktory nawet w domu chętnie nosi czapkę i ciepłe skarpetki, dlatego z pierwszym spacerem postanowiliśmy zaczekać na odrobine wyższą temperaturę i brak opadów deszczu.

Już we wtorek musieliśmy przynajmniej na chwilę opuścić nasze zaciszne mieszkanko ze względu na kontrolną wizytę w szpitalu spowodowaną moim cesarskim cięciem. Po wizycie w szpitalu postanowiliśmy zrobić Karolinie niespodziankę i przyjechaliśmy po nią do przedszkola razem z Jagódką. Była zachwycona, bo mogła pochwalić sie swoją młodszą siostrą wszystkim koleżankom i kolegom. Nam również było bardzo miło, bo wszyscy nam gratulowali i życzyli powodzenia oraz dużo zdrowia.

Po południu przed odebraniem Karoliny z przedszkola, ponieważ pogoda coraz bardziej przypominała wiosenną, a nie z połowy listopada :) podjechaliśmy obejrzeć pierwszą na Bemowie prawdziwą kawiarnię naszego znajomego Konrada. Forty Cafe znajdują sie na ul.Osmańczyka i zajmują narożnik na parterze jednego z budynków. To bardzo przytulne, rodzinne miejsce, w którym można napić się wyśmienitej kawy, zjeść domową szarlotkę, ciasto marchewkowe i zamówić koktajl owocowy. Jest to również miejsce przyjazne dzieciom, które znajdą tu dla siebie dużo gier planszowych i specjalne miejsce do malowania i rysowania. W kawiarni nie wolno palić, co np. dla mnie jest dość istotną informacją.

Pod koniec tygodnia już zaczęło mnie nosić:) Postanowiliśmy z Maćkiem, że jeżeli pogoda w dalszym ciągu będzie ładna, wybierzemy się na weekend z naszymi dziewczynkami na działkę rodziców.

W czwartek wieczorem otrzymałam bardzo miłego i zaskakującego maila. Nasza druga książka “Fajna babka, ale ciacho” została zauważona aż w Hiszpanii!!! Główny organizator międzynarodowego konkursu dotyczącego książek kulinarnych poprosił o przesłanie trzech egzemplarzy ksiązki wraz z wypełnionym kwestionariuszem. Najpierw są wybierane najlepsze książki ze swojej kategorii językowej, potem z tych najlepszych w języku polskim, angielskim, niemieckim, hiszpańskim itd ( języów wymienionych było ok. 20!!!) jest wybieranych pięć z każdej kategorii tematycznej. Ogółem ok. 100 książek z całego świata, z czego 20 tych naj naj zostaje przetłumaczonych i wydanych w kilku językach. Trzymajcie kciuki!!! Chyba padłabym z wrażenia widząc swoją książkę w księgarnii za granicą przetłumaczoną na język obcy :).

Dlatego w piątek szybciutko wypełniłam zgłoszenie, zapakowałam do koperty trzy książki i pobiegłam na pocztę. Ogłoszenie wyników niestety dopiero w listopadzie…
Mielismy nadzieję, że uda nam się wyjechać w piątek z Warszawy zaraz po odebraniu Karoli z przedszkola, ale konieczność dzielenia się obowiązkami ze względu na opiekę nad Jagodzianką trochę nam te plany pokrzyżowała. Przez Wisłę przeprawialismy się w porze największych korków. Zdecydowanie można było wyczuć ogólne poddenerwowanie i irytację. W końcu koło 20.00 udało nam się dotrzec na działkę. Odetchnęliśmy z ulgą. Dwa dni na świeżym powietrzu, full słońca, spacery z naszym zielonym x-landerem:) i … gigatnyczne ilości komarów. Tak mniej wiecej w skrócie można opisać ten weekend. Karolina ze swoją młodszą siostrą cioteczną Łucją w końcu mogły nacieszyć się swoim towarzystwem, powygrzewać na slońcu a nawet popluskać w dmuchanym basenie oraz zamoczyć stopy w pobliskim jeziorku. Jagoda nie spędziła tego wyjazdu może aż tak aktywnie, ale duża ilość świeżego powietrza bardzo jej służyła. Moskitiera założona na gondolkę wózka zdecydowanie uratowała ją przed atakiem wygłodniałych komarów. A podróż samochodem? Po zainstalowaniu w foteliku samochodowym trójkątnej poduszki, która była w zestawie, okazał się on wystarczająco wygodny nawet dla 2-tygodniowego malucha. Jagoda przespała w nim praktycznie całą podróż. Dlatego planujemy już kolejne wypady na działkę, a może nawet dalej:)

 

17 maja 2010

Urodziny moje i córeczki

Udało się:)

Ostatni tydzień był z jednej strony jednym z najpiękniejszych i najgorszych zarazem…
Po kolejnym ktg zostałam ponownie odesłana z kwitkiem do domu. Wiedziałam, że jeżeli nic nie zacznie się dziać, to następnego dnia i tak zatrzymają mnie w szpitalu na obserwacji, ponieważ minie 10 dni po wyznaczonym terminie porodu. Ta wizja nie była zbyt pocieszająca. Przerabiałam to już 7 lat wcześniej, z Karoliną. Czekanie w domu doprowadza do szału, ale wyczekiwanie w szpitalu jest NIE DO ZNIESIENIA.
Córeczka postanowiła ułatwić mi życie i wieczorem skurcze zaczęły się poważnie nasilać. Myślałam, że może ustąpią, ale koło 23 były już na tyle silne, że pojechaliśmy do szpitala. Po badaniach i … kolejnym ktg zostałam przyjęta do szpitala.
A potem było długie 11 godzin walki z naturą, która w rezultacie i tak zakończyła się cesarskim cięciem, ponieważ kilka minut po podaniu znieczulenia malutkiej zaczęło coraz słabiej bić serce:(
Szybka interwencja lekarzy zakończyła się sukcesem :) i tak o godzinie 11:46, 11 maja urodziło się moje drugie największe szczęście:).

W czasie całego porodu ogromne wsparcie dawał mi jak zwykle Maciek, położna- Grażynka Sarna oraz pewna młodziutka studentka Angelika, której spokój i opanowanie udzielało sią nam wszystkim. Z kolei zaraz po przewiezieniu na salę pooperacyjną nie poradziłabym sobie bez ogromnej pomocy pani Joli.

Kolejne dni w szpitalu mijały dość podobnie. Za oknem świeciło piękne majowe słońce, a ja ubolewałam, że nie mogę jeszcze wyjść ( malutka miała żółtaczkę). Porody w domu muszą być czymś niesamowitym, ponieważ i kobieta i dziecko od razu znajdują się w super komfortowym miejscu, co z pewnością ma duży wpływ na samopoczucie jednego i drugiego. Mnie komfortu psychicznego trochę zabrakło. Zresztą nie tylko mnie. Kobiety płakały, bo miały problemy z karmieniem piersią, ostatni obchód pediatryczny odbywała się w okolicach godziny… 22.00, a sprzątanie często zaczynano przed 7.00 (?!). Absurd prawda, a tak niewiele potrzeba, by ułatwić młodym mamom życie, które dla wielu i tak jest wystarczająco skomplikowane przez sam fakt opieki nad dzieckiem.

Miałam nadzieję, że zostaniemy wypuszczone ze szpitala 14 maja, w dzień moich urodzin.
Byłby to dla mnie najlepszy prezent, ale pomimo spadku bilirubiny we krwi córeczki znacznie poniżej normy ( co sugerowało, że żółtaczka zaczyna ustępować), lekarze zadecydowali żebyśmy zostały jeszcze jeden dzień. Myślałam , że się poryczę… Uratowały mnie telefony z życzeniami od przyjaciół, odwiedziny mojej przyjaciółki, która przyniosła mi śliczny prezent i… najnowszy numer Voyage, który, na przemian z książka Tysiąc dni w Wenecji ( Tysiąc dni w Toskanii okazała się rewelacyjna;), przenosił mnie daleko poza szpitalne mury. Przysłowiową wisienką na torcie były odwiedziny Maćka z Karolą, którzy poza prezentami przynieśli mi … tort :) Jego głównym składnikiem były duszone jabłka i ricotta.

15 maja po wielu godzinach oczekiwań na wypis udało nam się w końcu wyjść ze szpitala. Poczułam się tak, jakbym znowu mogła normalnie oddychać. Chodziłam po domu i cieszyłam się jak dziecko. A noc we własnym łóżku była TOTALNYM MISTRZOSTWEM ŚWIATA!
Ponieważ nie mogłam się nacieszyć odzyskana wolnością, następnego dnia postanowiliśmy zaprosić najbliższą rodzinę.
Świętowaliśmy podwójne urodziny oraz szczęśliwy powrót do domu. Zajadaliśmy się smakołykami, które przygotował Maciek ( 2 rodzaje nigiri, sałatka, kasza z parmezanem, szpinak z panirem, marchewka duszona z masłem, bułeczki z mąką kukurydzianą, deser jabłkowy i tarta z gruszkami;)

Cudownie być w domu…

 

9 maja 2010

Moje imieniny

4 maja były moje imieniny. Myślałam, że moja mała córeczka zrobi mi prezent , ale chyba zbyt wiele od niej wymagam. Za to starsza stanęła na wysokości zadania i przygotowała dla mnie specjalne przedstawienie o pieskach, kotku, nietoperzu i duchu. Było rewelacyjne. Z Maćkiem pękaliśmy ze śmiechu, ponieważ wszystkie postaci występujące w spektaklu były pozawieszane na sznurkach, za które Karola pociągała siedząc na górze łóżka piętrowego. Wszystko jej się plątało i spadało, co nas doprowadzało do rechotu , a ją … do szału:).

Maćko z tej okazji przygotował wyjątkowe menu, które składało się najróżniejszego pieczonego w domu pieczywa oraz dodatków. Dostałam śliczne tulipany i stokrotki ( te drugie z sentymentu, bo były pierwszymi kwiatkami, które dostałam od mojego męża:).

A wieczorem wybraliśmy się do kina na film ( moja mamusia zaopiekowała się Karolką). Nie mieliśmy zbyt dużego wyboru i tak padło na „ KICK ASS”. Wiem, że plakat nie budzi zaufania, opis filmu też nie jest najlepszy, ale zapewniam, że ten film TRZEBA obejrzeć!!!

Film opowiada o chłopaku, który pod wpływem fascynacji komiksowymi super bohaterami również postanawia takowym zostać. Problem polega na tym, że nie ma żadnych super mocy, nie jest nawet typem sportowca… Kupuje przez internet obcisły, obciachowy zielony kostium, wymyśla sobie pseudonim Kick Ass i wyrusza w miasto nieść pomoc wszystkim poszkodowanym… Można uznać, że film zaczyna się banalnie, ale gwarantuję, że ten cukierkowy początek to taka sprytna zmyłka :) Szkoda, że dystrybutorzy zrobili tak niewiele i pewnie film przejdzie bez większego echa…

Kolejnego dnia z samego rana wybraliśmy się na ktg, które oczywiście nic konkretnego nie pokazało. Ponieważ byliśmy całkiem blisko jednej z naszych ulubionych kawiarnio-piekarni Vincent, wstąpiliśmy do niej na gorące, świeże bułeczki ( część zabraliśmy ze sobą do domu).
Ponieważ nie zatrzymano mnie w szpitalu mogła się odbyć u nas w domu sesja zdjęciowa do lipcowego numeru miesięcznika „Pani”. Zdjęcia wyszły ślicznie. Podczas pracy było trochę zamieszania, bo w między czasie dotarł do nas kurier z… wózkiem X-lander:). Karola nie mogła się doczekać i zatrudniając do pomocy oświetleniowca zaczęła składać spacerówkę. Poradziła sobie pierwszorzędnie ( wniosek: złożenie x-landera jest dziecinnie proste :). Wybraliśmy kolor zielony z kolekcji na 2009 rok i był to strzał w dziesiątkę! Po zdjęciach podjechaliśmy jeszcze do naszej znajomej Marlenki z firmy BEBELULU i wybraliśmy chustę. Mała będzie opływać w luksusy :)

Czwartku nie będę opisywać, bo miałam gigant doła ( złożyło się na to kilka czynników, chyba przede wszystkim dość mocno zaczęło mi przeszkadzać to ciągłe wyczekiwanie i brak możliwości planowania).

W piątek mój stan zdecydowanie się poprawił, choć praktycznie cały dzień spędziłam w szpitalu. Ze względu na zły zapis musiałam… czterokrotnie wykonywać ktg. Po jednym z nich nawet lekarz zastanawiał się, czy nie zatrzymać mnie na oddziale do obserwacji. Ostatnie jednak wyszło prawidłowo i koło 19.00 wypuszczono mnie do domu.

Sobota zaskoczyła aurą chyba wszystkich mieszkańców Warszawy ( nie wiem jak było w innych miejscach). Słonko świeciło z małymi przerwami przez cały dzień. A my zaraz po śniadaniu musieliśmy znowu jechać na ktg. Po przybyciu na izbę przyjęć okazało się, że pań oczekujących na badanie jest taka masa, że nawet nie ma wolnych miejsc siedzących. Dlatego zaraz po zapisaniu w rejestracji zapytaliśmy, kto jest ostatni i wybraliśmy się na spacer na Starówkę. Wiedziałam, że moja kolej nadejdzie najwcześniej za godzinę, więc wolałam zaczerpnąć świeżego, wiosennego powietrza zamiast siedzieć w dusznym holu. Było dość wcześnie, więc na Starym Mieście nie było jeszcze takich tłumów. Doszliśmy aż do Nowego Miasta, na którym odbywał się kiermasz produktów regionalnych, a w drodze powrotnej odkryliśmy kolejne niezwykłe miejsce- kawiarnię Ogrody na rynku na Mariensztacie. Po wypiciu pysznego, orzeźwiającego koktajlu wróciliśmy do szpitala. Tu kolejna niespodzianka. Okazało się, że właśnie nadeszła moja kolej na badanie:). Po 20 minutach było po wszystkim. A po obiedzie razem z Karolą, tatą, Bartkiem ( Maćka bratem) i jego córeczka pojechaliśmy do parku powylegiwac sie na trawie.

 

4 maja 2010

I co? I nic!

To miał być ostatni tydzień we trójkę. Ale naszej drugiej córeczce chyba się nie spieszy i woli jeszcze posiedzieć w moim brzuchu:)

We wtorkowym Dzień Dobry przygotowaliśmy kilka dań dla dzieci ( i nie tylko) na diecie bezglutenowej. Powstały podpłomyki z pastą bakłażanowo-pomidorową, makaron gryczany z sosem grzybowym, wafelki z paprykarzem oraz ciasteczka sezamowo- amarantusowe. Po programie postanowiliśmy wybrać się do szpitala, żeby sprawdzić, czy nasze dziecko ma zamiar dołączyć do nas w najbliższym czasie. Podczas 20 minut leżenia i wsłuchiwania się w miarowe bicie serca dzidziusia prawie zasnęłam, a po badaniu lekarz oznajmił, że na razie nic z tego nie będzie. Dlatego wieczorem wybrałam się z moją przyjaciółką Alą na przedpremierowy pokaz serialu internetowego pt.” Nie-zła mama”, który opowiada o losach młodego małżeństwa z dzieckiem. Co ciekawe pokazano w nim poza urokami wychowywania potomka również te mniej sympatyczne chwile. Emisja serialu w sieci już za moment:)

Kolejnego dnia spotkałam się z moją koleżanką „po fachu”-Gosią ( również miała urodzić w tym tygodniu:) Siedziałyśmy w kawiarni, wcinałyśmy pyszne ciastka i zastanawiałyśmy się ile czasu jeszcze będziemy mogły tak beztrosko biegać po mieście. Po naszym spotkaniu razem z Maćkiem odwiedziłam prześliczny sklep z wyjątkową biżuterią – Lilou. Od mojego kochanego męża dostałam w prezencie dwie zawieszki przedstawiające dziewczynki, na których wygrawerowano imiona naszych córeczek. Upominek spodobał mi się tak bardzo, że od razu kupiłam dwa podobne dla moich koleżanek z imionami ich dzieci.

Ponieważ nadal nic się nie działo następny dzień poświęciliśmy załatwianiu rozmaitych spraw służbowych ( nie znoszę bezczynnego siedzenia:), a wieczorem udaliśmy się na 5 urodziny Maćka bratanicy- Łucji. Zupełnie niepotrzebnie przed wyjściem zjedliśmy kolację, ponieważ Dominika (mama Łucji) przygotowała smakowicie wyglądające przekąski. Udało mi się zmieścić tylko szklankę koktajlu truskawkowego i kawałek urodzinowego tortu ( był przepyszny!!!). W planach mieliśmy jeszcze wieczorną wycieczkę na działkę, ale stwierdziliśmy, że wstaniemy wcześnie rano, wyjedziemy przed 8.00 i w ten sposób dojedziemy na miejsce koło 10.00 na śniadanie.

Udało się! Wszystko poszło zgodnie z planem. O 10.30 jedliśmy śniadanie „prawie” na trawie:)
Pogoda w piątek była niesamowita. Prawie 30 stopni, bezchmurne niebo i… plaga komarów, które dały nam spokój dopiero po wysmarowaniu potwornie śmierdzącym kremem… Postanowiłam, że w tym dniu nie będę nic robić tylko opalać się i czytać książkę. Nie udało się. Po 2 godzinach leżenia zabrałam się do mycia samochodu ( Karola dzielnie pomagała mi przy odkurzaniu), a potem zainspirowana moją lekturą ( książka pt.” Tysiąc dni w Toskanii” Marleny de Blasi ) postanowiłam przygotować jakiś pyszny makaron na obiad – przepis znajdziecie na forum:)

W niedzielę musieliśmy wrócić do Warszawy, bo miałam wykonać kolejne badanie ktg ( ze względu na gigantyczna kolejkę i długi czas oczekiwania postanowiliśmy przenieść je na kolejny dzień). Po krótkiej i mało przyjemnej wizycie w szpitalu pojechaliśmy zrelaksować się do kawiarni Kafka, gdzie Karolina wpałaszowała prawie całą miskę makaronu z pesto. Ja z Maćkiem wybrałam koktajl jagodowy. A wieczorem kolejne urodziny. Tym razem naszych przyjaciół z Milanówka. Kupione na prezent zawieszki Lilou sprawdziły się pierwszorzędnie :)

 

26 kwietnia 2010

Pokaz mody Arkady

Poprzedni tydzień minął tak szybko, że nawet się nie zorientowałam i już mamy kolejny poniedziałek… To prawdopodobnie mój ostatni poniedziałek z brzuszkiem:)

Wtorek miał być dość spokojny, dlatego nastawiałam się na bieganie po sklepach w poszukiwaniu ostatnich rzeczy potrzebnych dla maleństwa.

W poniedziałek wieczorem okazało się, że nic z tego. Awaryjnie mieliśmy gotować w Dzień Dobry. Wstaliśmy o 5 rano, żeby od 8.30 przygotowywać na antenie różne smakowitości z wykorzystaniem oscypków.

Po Dzień Dobry sprintem poleciałam na wcześniej umowiony wywiad, z wywiadu do domu po książki i materiały dla dziennikarzy, żeby o 15 pojawić się na spotkaniu w związku z najnowszą książką w jednym z wydawnictw.

Koło 17 myślałam, że zasnę na stojąco. ..

Kolejne dni faktycznie nie były aż tak zwariowane, ale mimo wszystko przebiegały dość aktywnie. W środę razem z Maćkiem obejrzałam dyplomowy pokaz mody MSKPU, który odbył się w Arkadach Kubickiego (piękne miejsce). Ponieważ w pokazie wzięło udział 28 młodych projektantów, z których każdy przygotował po kilkanaście kreacji, cała impreza trawała ponad 2 godziny. Najboleśniej odczuły to wszystkie osoby, dla których nie starczyło miejsc siedzących ( a była ich znakomita większość). Mnie najbardziej podobała się kolekcja zatytułowana “Jestem w kropce”- niestety nie pamiętam nazwiska autorki :(

Piątek 23 kwietnia był całkowicie podporządkowany imprezie niespodziance, jaką chciałam zrobić Maćkowi.

Maciek ma urodziny dokładnie za miesiąc, ale z wiadomych przyczyn w tym terminie trudno byłoby mi cokolwiek przygotować. Dlatego obdzwoniłam wszystkich najbliższych przyjaciół i znajomych i zaprosiłam ich do nas do domu na piątek na godzinę 20.00. Od samego rana udawałam bardzo zmęczoną. Poprosiłam Maćka żeby odebrał Karolę z przedszkola i pojechał razem z nią na zakupy. Ja w tym czasie obskoczyłam kilka osiedlowych sklepików, zrobiłam zakupy spożywcze i przygotowałąm sobie wszystkie niezbędne składniki na wieczorną ucztę. Dzień wcześniej kupiłam bilety do kina na wieczorny seans bajki pt. ” Jak wytresować smoka”, ale oczywiście tuż przed wyjściem zapytałam Maćka , czy ze względu na moje kiepskie samopoczucie nie mógłby pójść z Karolą zamiast mnie. To dało mi niecałe 1,5 h na przygotowanie wszystkich przekąsek dla gości, którzy pojawili się wyjątkowo punktualnie :)
Parę minut po 21 w drzwiach pojawił się Maciek z Karolą ( która nawet nie psinęła o niespodziance). Gdy zobaczył, że w dużym pokoju czeka na niego ponad 20 osób z dziećmi i śpiewają mu ” Sto lat” zamurowało go…

W sobotę z Karoliną i jej 3 przyjaciółkami pojechałam na premierę przedstawienia ” Ferdynad Wspaniały” w teatrze Bajka. Dziewczynki były zachwycone, chociaż przedstawienie z krótką przerwą trwało prawie 2,5 godziny. Po spektaklu dla dzieci przygotowano niespodziankę w postaci ogromnego tortu i innych smakołyków. A w niedzielę? W niedzielę wylegiwaliśmy się na słońcu na Polach Mokotowskich, skąd przenieśliśmy się do naszej ulubionej kawiarni na Żoliborzu- Kalimby na pyszną kawę zbożową i lemoniadę… Po tak udanym weekendzie, aż miło od poniedziałku znowu zabrać się do pracy:)

 

20 kwietnia 2010

Zakopane

Na początku kwietnia wyjechaliśmy na kilka dni w góry, żeby spędzić tam święta i oficjalnie zamknąć kolejny sezon narciarsko-snowboardowy.

Udało nam się namówić rodziców Maćka żeby pojechali razem z nami, dlatego wynajęliśmy pół góralskiego domku, żeby wszyscy czuli się swobodnie.

Po drodze do Zakopanego na obiad zatrzymaliśmy się w rewelacyjnej pizzerii w Kielcach, którą, pomimo, że nie jest ulokowana w ścisłym centrum miasta, powinien odwiedzić KAŻDY wielbiciel włoskich placków z dodatkami. Zamówiliśmy pizzę z ricottą, ze szpinakiem i zwykłą margaritę. Na naszym stole wylądowały trzy ogromne cieniutkie placki, które miały ok. 45 cm średnicy!!! Nie daliśmy rady zjeść wszystkiego, chociaż pizza była baaardzo smaczna. Resztę zabraliśmy ze sobą.

Na miejsce dotarliśmy dość późno, zmęczeni dlatego szybko zaplanowaliśmy strategię na kolejny dzień i poszliśmy spać.

Następnego dnia rano zaraz po śniadaniu wyruszyliśmy w kierunku Kasprowego. Maciek z deską, Karola i tata z nartami, a ja z mamą… ciepło ubrane.

Do kolejki nie było … kolejki:), więc na górę dostaliśmy się bardzo szybko. Trafiliśmy na bardzo kiepskie warunki, była mgła, zaczął padać śnieg i otwarty był tylko wyciąg na Gąsiennicową. Karolina założyła narty, ale po przejechaniu dosłownie 20 m usiadła i zaczęła płakać, że bardzo się boi i nie chce dalej zjeżdżać. Dlatego we trzy z mamą poszłyśmy na gorąco czekoladę, a panowie postanowili zmagać się z górą.

Maciek odpuścił po jednym zjeździe i również wybrał odpoczynek w barze, natomiast tata dzielnie jeździł przez prawie 2 godziny ( później przyznał, że nie sprawiało mu to specjalnej przyjemności:).

Kolejny dzień zapowiadał się zupełnie inaczej. Ponieważ obudziło nas słoneczko, postanowiliśmy sprawdzić, czy działa wyciąg na Szymoszkowej. I to był strzał w dziesiątkę, przynajmniej jeśli chodzi o Karolinę. Jeździła z małą przerwą prawie 5 godzin (!!!) i nie wykazywała najmniejszych oznak zmęczenia. Ja z mamą wybrałam opalanie w jednym z barów usytuowanych na stoku. Było cudownie! Myślałam, że się rozpłynę z rozkoszy.

Ostatniego dnia naszego pobytu ponownie wybraliśmy sie w to samo miejsce. Tym razem w końcu udało nam sie spotkać z naszymi znajomymi i moją przyjaciółką Alą. Zazdrościłam im bardzo tego, że mogą tak aktywnie spędzać czas, dlatego wybrałam sie z mamą na spacer w stronę Gubałówki, żeby choć trochę sie ruszyć. A po obiedzie namówiłam wszystkich żebyśmy pojechali na spacer do doliny Kościeliskiej ( ostatni raz byłam tam będąc równolatką Karoliny).
Umiarkowana ilość turystów sprawiła , że spacer był bardzo przyjemny. I te widoki…
W lany poniedziałek ( oj działo sie działo:) niestety musieliśmy wyjechać z Zakopanego.
Po drodze zatrzymaliśmy się w WYŚMIENITEJ restauracji Mamma Mia w Krakowie na ul. Karmelickiej, odwiedziliśmy zawsze piękny kościół Mariacki i kupiliśmy kilka drobiazgów na rynku, W Kielcach również zaliczyliśmy godzinny przystanek u naszych znajomych, aż w końcu w późnych godzinach wieczornych dotarliśmy do Warszawy.

 

13 kwietnia 2010

Fuerteventura część 3

Samochód wypożyczyliśmy na 3 dni, więc po dwóch dniach zwiedzania środkowej i północnej części przyszedł czas na eksplorację południowych zakątków wyspy.

Pomimo złożonej obietnicy byliśmy zmuszeni ponownie wjechać w głąb lądu, ponieważ… tylko jedna droga prowadziła do południowych miejscowości.

Po krótkim przystanku w Tarajalejo, które niestety nie było zbyt zachwycające ( poza tym , co dość dziwne na Fuercie, plaża pokryta była drobniutkim czarnym piaskiem) udaliśmy się na plażę pomiędzy Bahia Calma i Playa Esmeralda. To chyba najlepsze miejsce na całej wyspie do uprawiania Kitesurfingu. Duża przestrzeń, łagodne zejście do morza i potwornie silny wiatr to tylko nieliczne atuty tego miejsca. Duże wrażenie robi ponadto bardzo zachęcający spot, w którym można wypożyczyć sprzęt, umówić się na lekcję, napić drinka lub poleżeć na leżaku wśród palm :).

Na sam dół wyspy za bardzo nie chciało nam się jechać dlatego po krótkim przystanku w Costa Calma wróciliśmy do naszej miejscowości Caleta del Fuste.

Resztę dnia postanowiliśmy spędzić nad basenem łapiąc ostatnie promyki słońca.
Karola szalała z Maćkiem w basenie, a ja wygrzewałam się na leżaku czytając książkę. Po prawie trzech godzinach baaaardzo głodni pobiegliśmy na kolację, po której wybraliśmy się na długi spacer.

Ostatni dzień naszego pobytu na wyspie spędziliśmy praktycznie cały nad wodą. Ćwiczenie jogi na plaży było bardzo przyjemnym doświadczeniem, chociaż swobodniej czułam się na tarasie naszego hotelowego pokoju ( zasłonięta ze wszystkich stron szczelnym żywopłotem:) Starałam się jednak o tym nie myśleć, bo plaża była praktycznie pusta.

Ostatni dzień pobytu na wakacjach wiąże się przeważnie z kupowaniem pamiątek z wyjazdu dla siebie oraz bliskich. Niestety poza paroma drobiazgami nie udało nam się znaleźć nic nadzwyczajnie interesującego. Po długim szukaniu stanęło na trzech małych książkach kucharskich, wiklinowej torbie, sosach mojo oraz kilku zwierzątkach z materiału, które Karola miała zamiar rozdać swoim koleżankom w Warszawie.

Przed kolacją zostaliśmy wyciągnięci jeszcze na plac zabaw. Do pokoju wróciliśmy bardzo późno. Żeby odsunąć od siebie myśl nieuchronnego wyjazdu postanowiliśmy spakować sie dopiero następnego dnia rano.

Lot do Warszawy wydawał się o wiele dłuższy niż na Fuertę. Dodatkowo prognozy pogody nie nastrajały nas zbyt optymistycznie. Wsiadając do samolotu miałam na sobie jedynie sukienkę i sandałki ( Karola podobnie). Gdy dolatywaliśmy do stolicy, większość pasażerów samolotu zaczęła nakładać na siebie kolejne warstwy ubrań. Panika okazała sie jednak zbędna, bo na zewnątrz panowała znośna 10 stopniowa temperatura.

A kolejnego dnia zaczęło świecić piękne słońce i rozpoczęła się prawdziwa wiosna :)