Jeśli chodzi o organizację krótkich wyjazdów, to mogę nieskromnie powiedzieć, że nie mam sobie równych :-)
Za nami bardzo intensywny okres. Przed nami również, bo trzeba zadbać o promocję książki, dlatego przyda nam się kilka dni oddechu. A akurat mamy długi weekend :-)
Od dłuższego czasu marzyliśmy o pobycie w … ruskiej bani, dlatego moje poszukiwania są zdeterminowane bliską lokalizacją sauny opalanej drewnem. Wcale nie jest to takie proste, bo w pierwszej kolejności w wyszukiwarce wyskakują mi sami producenci… W końcu udaje mi się trafić na piękne miejsce za Augustowem, gdzie bania została zbudowana nad samym jeziorem, żeby po solidnym wygrzaniu kości wskoczyć bezpośrednio do lodowatej wody! Wygląda super, tylko czy jest sens jechać z dzieciakami taki kawał na niecałe trzy dni?
Szukam dalej.
„Ptasia osada” w malutkiej miejscowości Ploski, nad Narwią wydaje się być idealnym miejscem. Jest dużo bliżej, bo w połowie drogi między Białą Podlaską, a Białymstokiem.
Z Warszawy wyjeżdżamy w piątek o 10.15 i o 13.00 jesteśmy na miejscu. Osada w rzeczywistości wygląda jeszcze ładniej niż na zdjęciach. Zarezerwowaliśmy największy domek, bo na wyjazd namówiliśmy jeszcze Bartka ( brata Maćka ) z żoną Dominiką, 6-letnią Łucją i 1,5 roczną Alinką. Nasza Karolina powiedziała, że bez Łucji nigdzie nie jedzie… a myślałam, że bunt zaliczymy w okolicach 13 roku życia…
Ponieważ do osady docieramy 2 godziny przed czasem, nasz domek nie jest jeszcze dostatecznie nagrzany. Mimo próśb pani recepcji, żeby Maciek z rozpalaniem kominka zaczekał na zajmującego się tym pana, mój mąż podejmuje próbę samodzielnego nagrzania w naszym domku…Ja na wszelki wypadek zabieram dziewczynki do znajdującej się na terenie „Ptasiej osady” restauracji na pierogi. Gdy w domu jest już szaro od dymu, Maciek. decyduje się jednak na pomoc. W końcu we dwójkę raźniej… Razem z „panem specjalistą” mój mąż doprowadza do takiego stopnia zadymienia, że włącza się… alarm przeciwpożarowy…
Pierogi kresowe z marchewką, kapustą i serem oraz ruskie są wprost cudowne! Gdy dziewczynki są po obiedzie, Maćkowi udaje się opanować kominkową awarię. Podobno komin był mocno wychłodzony i dlatego dym wracał do pomieszczenia, a nie wylatywał na zewnątrz…W środku czuć jeszcze zapach wędzonki, ale sama siebie przekonuję, że przecież o to właśnie mi chodziło.
Bartek z Dominiką przyjeżdżają 3 godziny po nas. Pokoje są już wywietrzone i wystarczająco nagrzane, a na stole w jadalni czeka na wszystkich obiad, wino i świece, bo Bartek ma imieniny :-)
O 19.30 idziemy z dzieciakami do ruskiej bani. Na zewnątrz jest bardzo zimno, ale w pokoju, który jest dołączony do sauny jest około 30 stopni C ! Dzieci rozbierają się na golasa, ale nie chcą wchodzić do środka. Jagódka wchodzi na sekundę z Maćkiem, ale wyskakuje jak oparzona krzycząc głośno : „Siiiii!”
Na zmianę zajmujemy się maluchami tak, że w bani jednocześnie leżą dwie osoby.
Jest piekielnie gorąco, ale tego właśnie potrzebowałam. Po kilku minutach również na golasa wybiegam na zewnątrz z wiadrem zimnej wody, którą polewam całe ciało. Ale uczucie!!! Jakbym duszkiem wypiła trzy napoje energetyzujące!!!
Wychodzimy po godzinie i na kolejny dzień zamawiamy banię na 2 godziny. O 21.00 jesteśmy tak zmęczeni, że z trudnością trzymamy się na nogach. Niestety Jagoda z Aliną są w dużo lepszej kondycji…
Kolejnego dnia jedziemy do Białowieży odnaleźć jedno z miejsc mocy. Zanim docieramy na miejsce jest już szarawo i szybko robi się ciemno. Spacer przez stary las już dostarcza adrenaliny, bo jesteśmy pewni, że zgubiliśmy drogę. W końcu trafiamy do celu. Nikt nic nie czuje, ale wszyscy macają wielkie kamienie, korzenie i drzewa stojące dookoła. Tak na wszelki wypadek :-)
Wieczorem znowu powtórka w ruskiej bani i wszyscy zasypiamy jak niemowlaki.
W niedzielę po długim spacerze opuszczamy „Ptasią Osadę”i jedziemy na obiad do rodziców, którzy postanowili ostatni weekend spędzić na działce. Tutaj wszystko smakuje wyjątkowo, nawet zwykły kalafior z bułką tartą.
28 listopada 2011
Listopad zaczynam pod znakiem piękna :-)
Czuję, jak moje ciało domaga się intensywniejszego wysiłku, dlatego kupuję karnet na 8 wejść w miesiącu na astanga jogę. Może efektów „cielesnych” jeszcze nie widać, ale za to jaki mam „piękny umysł” hi hi :-) Oj tak, żarty żartami, ale joga naprawdę dobrze robi na głowę :-)
Ogromną radość sprawia mi również odebranie pierwszych egzemplarzy naszej trzeciej książki p.t.”Przemytnicy na wakacjach”, której X-LANDER jest głównym sponsorem, ponieważ w książce znalazły się zdjęcia z naszej x-landerowej, wakacyjnej wyprawy :-) Wyszła przepięknie. W KSIĘGARNIACH JEST DOSTĘPNA OD 9 LISTOPADA!
Tuż przed pojawieniem się publikacji na rynku wpadamy na szalony pomysł nagrania booktrailera, czyli video zapowiedzi naszej książki. O pomoc prosimy Patryka Bugajskiego, który przygotowywał już wcześniej podobne materiały.
Dzień przed zdjęciami dostajemy od niego dokładną listę rzeczy, które będą mu potrzebne: mąka, olej, świeże warzywa, patelnia, miski… To wszystko mamy, ale muszę kupić jeszcze kolorową kredę(?). Patryk nie chce zdradzać szczegółów. W dniu zdjęć też nie opowiada nam o całej koncepcji filmu, tylko mówi, co będziemy po kolei kręcić. Smażymy placki, kroimy warzywa, wsypujemy do miski mąkę, a potem wychodzimy na spacer… Po skończonych zdjęciach Patryk tylko informuje nas, że najprawdopodobniej następnego dnia film będzie gotowy. Tempo pracy ma imponujące:-)
Gdy Maciek dostaje maila z adresem strony, na której możemy obejrzeć trailera, nie mogę się doczekać żeby w końcu nacisnąć PLAY! (tu link) Jest pięknie!!! Nie spodziewałam się, że będzie podobać mi się aż tak bardzo! Karolcia z Jagódką dodają mu wyjątkowego uroku. Chcę jeszcze!!! Film jest krótki, bo trwa tylko minutę, ale idealnie opisuje nas i książkę :-)
Czuję silną potrzebę, by naszymi małymi sukcesami podzielić się z gronem najbliższych przyjaciół. Zapraszamy kilka osób do nas na kolację. Maciek zajmuje się Jagódką, a ja szaleję w kuchni. Chcę żeby wszystko smakowało jeszcze lepiej niż zazwyczaj. Powstaje 10 dań!!! Wszystko wygląda świetnie, otwieram wino i wznosimy toast za naszą trzecią publikację!
W związku z premierą książki oraz akcją miesięcznika Zwierciadło „Piękno w zdrowiu” zostaję zaproszona do programu Katarzyny Montgomery „Mała Czarna”. Podtytuł Zwierciadła- Sens jest naszym patronem medialnym, dlatego przy okazji całej akcji, która na różnych płaszczyznach wspiera zdrowe inicjatywy, mogę opowiedzieć o jednym z naszych sposobów dbania o zdrowie- o gotowaniu. Jest to tylko zapowiedź tego, co będzie miało miejsce na finale akcji 5 listopada. Podczas imprezy poza opowieściami o zdrowym odżywianiu biorę udział w pokazie mody ekologicznej Odzieżowego Pola. Sukienki są piękne i w większości wykonane z naturalnych tkanin.
Dwa dni po promocji książki podczas imprezy Zwierciadła, gotujemy i opowiadamy o niej w Dzień Dobry TVN. Mimo wyjątkowo dużych ilości przygotowanego przez nas jedzenia kilka minut po zakończeniu programu stół świeci pustkami. To najlepsza rekomendacja dla „Przemytników…” :-)
Nie wiem, czy to zasługa naszego zapału do pracy, ale Karolcia od dłuższego czasu prosi nas, żebyśmy przygotowali koszulki z jej rysunkami, które będzie mogła sprzedawać podczas jednego z wielu kiermaszy odbywających się przed świętami w Warszawie. Ma całą teczkę cudnych prac, aż trudno coś wybrać. Na początek decydujemy się na małego, kolorowego kota. Kupuję kilka koszulek i dziecięce body. Tak na próbę. Chcę zobaczyć na czym wydruki będą wyglądać najlepiej.
Koszulki z długim rękawem to mój faworyt. Świetnie wyglądają też body. Do kiermaszu zostało jeszcze trochę czasu, więc może uda nam się zrobić kilka wzorów?
9 listopada jedziemy sprawdzić, czy „Przemytnicy na wakacjach” są już w księgarniach.
To niesamowite uczucie zobaczyć coś nad czym pracowało się tyle czasu na półce w największej księgarni w Polsce!!! Przed nami jeszcze dużo pracy związanej z promocją tytułu, ale już mam ogromną satysfakcję z tego, co udało nam się zrobić.
Chyba zasłużyliśmy na kilka dni urlopu :-)
21 listopada 2011
Mój ostatni wyjazd do Londynu miał miejsce jeszcze w czasie ciąży. Z okrągłym brzuszkiem biegałam po mieście, szukając wyjątkowych okazji na poświątecznych wyprzedażach. Szczególną uwagę zwracałam na malutkie kolorowe ubranka dla niemowlaków. Przywiozłam ich oczywiście zdecydowanie za dużo i nie mogłam się doczekać, kiedy założę je na mojego maluszka.
Ponieważ od tej wizyty minęło już bardzo dużo czasu wpadam na szalony pomysł. Po konsultacji z Maćkiem, który tydzień wcześniej zaliczył weekendowy wyjazd w męskim gronie, kupuję bilety w Wizzair i dzwonię do Kamili ( mojej przyjaciółki, która mieszka w Londynie na stałe). Jej reakcja jest łatwa do przewidzenia. Jest tylko trochę niepocieszona, że wpadnę na 3 dni, a nie na dłużej.
Zabieram tylko bagaż podręczny, żeby zminimalizować koszt przelotu, bo przy wszelkich dodatkowych atrakcjach, tanie loty są już tanie tylko z nazwy… Przed pakowaniem sprawdzam dokładnie zalecane wymiary bagażu, żeby na lotnisku nie mieć niespodzianki.
Walizka o kilka centymetrów jest mniejsza, więc zupełnie spokojna o 3.00 nad ranem w piątek wsiadam w taksówkę. Gdy dojeżdżam na lotnisko mam nieco ponad godzinę do odlotu.
Wszystko idzie jak z płatka, przechodzę do strefy bezcłowej. Kupuję kilka gazet, wodę do picia i wino dla Kamy :-) i biegiem do samolotu… Dwie stewardessy sprawdzają bilety oraz wymiary bagaży podręcznych. Gdy przychodzi moja kolej, podchodzę na pewniaka, ale jedna z nich każe mi wcisnąć walizkę do zespawanej z metalowych rurek skrzynki, która podobno ma wymiary takie jak wymiary bagażu podane na stronie Wizzair… , ale moja walizka nie mieści się… Najpierw na spokojnie staram się tłumaczyć, że mam metkę z wymiarami, która jest przyszyta przez producenta, ale pani jest nieubłagana. Informuje mnie tylko, że będę musiała dopłacić za nadbagaż (!!??). Jaki nadbagaż? Mam w walizce 2 pary majtek, sukienkę, kosmetyczkę, gazety i butelkę wina. Całość waży może 2 kilo! Druga stewardessa ma dużo milsze usposobienie i radzi mi żebym spróbowała włożyć walizkę do góry nogami. Jakoś się udaje.
Jest 5 rano. Rewelacyjnie rozpoczęłam dzień…
Trzy dni i dwie noce w Londynie…. Praktycznie cały czas spędzam z Kamą, jej nowym facetem, Olą, która chodziła z Kamą do liceum, ale też przeniosła się do Anglii oraz jej chłopakiem. Jest wyjątkowo, bo pierwszy raz widzę Londyn skąpany w słońcu, a nie szary, mokry i nieprzyjemny. Chodzimy po mieście, po sklepach ( przecież nie mogę wrócić bez prezentów dla dziewczynek:-), odwiedzamy londyńskie parki, puby i gotujemy… W sumie to ja gotuję, a reszta je i mruczy z rozkoszy. Uwielbiam takie reakcje. W niedzielę jedziemy na długi spacer, co chwilę zatrzymujemy się na kawę, kanapkę lub inną przekąskę. Nie potrafimy przestać jeść :-)
Po spacerze wracamy do Kamili domu, gotuję pożegnalny obiad, podczas którego umawiamy się wszyscy na wspólny, zimowy wyjazd do Włoch.
Na lotnisku Luton niestety ponownie czeka mnie przeprawa z kolejną uroczą stewardessą. Z tą idzie mi jeszcze gorzej niż w Warszawie. Po kilku minutach odpuszczam i idę zapłacić za moją „gigantyczną i super ciężką” walizkę… Jestem wściekła.
W botkach na obcasach, w krótkiej czarnej sukience, leginsach z portfelem i paszportem w ręku czuję się bardzo dziwnie. Po chwili chce mi się śmiać z całej sytuacji.
Gdy taksówką przyjeżdżam do domu jest 24.00, więc dziewczynki już śpią. Ja padam zaraz po umyciu zębów.
Za mną intensywny weekend, a przede mną pracowity tydzień. Poniedziałkowe DDTVN po 5 godzinach snu jest wyzwaniem. W ciągu kolejnych dni zastanawiam się, czy nie mam już rozdwojenia jaźni, bo felieton do listopadowego Playboya ( temat swoją drogą przyszedł mi do głowy podczas pobytu w Londynie) piszę zaraz po zapoznaniu się z planem warsztatów „ Zdrowy przedszkolak” podczas których mam opowiadać o moich patentach na zdrową dietę dla dzieci… Trochę dziwne zestawienie, ale kocham takie „ wybuchowe mieszanki”! Gdy jeszcze raz na jakiś czas mogę wskoczyć w buty na obcasie,założyć koronkową sukienkę i poczuć się przez chwilę jak 100% kobieta, to myślę sobie: „ Ale to życie jest fajne!” :-)
14 listopada 2011
Ale jest pięknie. Może to skutek powiększającej się dziury ozonowej, może frontu atmosferycznego znad Afryki, a może mojego zaklinania pogody ( w końcu nie od dziś wiadomo, że jestem czarownicą :-) Ale jest pięknie! Ktoś postanowił nam zrobić duuuuży prezent i cały czas dmucha na nas powietrzem ciepłym jak z suszarki! Jesień? Jaka jesień, mamy wiosnę :-)
Jedziemy na działkę do mojej mamy. Mój brat po drodze zabiera babcię i dziadka. Moją babcię i dziadka , czyli Karolci i Jagódki pradziadków. Trzymają się świetnie. Dziadek cały czas żartuje, głownie z babci, a ona udaje, że nie słyszy, tylko wystawia twarz do słońca i opala się. Ja przygotowuję zupę. Myślałam, że będzie chłodno ( w końcu to jesień !) dlatego przywiozłam składniki na włoską rozgrzewającą zupę minestra di farro… Warzywa podsmażam na oliwie z masłem, dorzucam pozostałe ingrediencje, wlewam wodę i… idę się zdrzemnąć na kocyku. Mam ½h relaksu, bo mama obiecuje zająć się moimi rozwrzeszczanymi dziećmi. Słyszałam o zmianie czasu, ale zmiana pór roku???
Zupa gotowa! Dziadek nie dowierza, że bez solidnej porcji mięsa można w ogóle cokolwiek ugotować, ale już po pierwszej łyżce zupy stwierdza, że jest wyśmienita. Oj, z ust dziadka to ogromny komplement. Po obiedzie czas się ruszyć. Idziemy na spacer.
Działka mamy jest bardzo blisko Warszawy, ale w niczym nie przypomina takiej z podmiejskich willowych osiedli. Wystarczy położyć się na trawie, zrobić głęboki wdech i… jesteśmy na wsi:-)
To idealne miejsce na szybkie podładowanie baterii. Gdy wiemy, że czeka nas pracowity weekend i o wyjeździe na dwa dni nie ma mowy, to jedziemy na 2-3 godzinki do „ babci Bożenki”:-)
Jest jeszcze kilka miejsc, które nam, mieszczuchom ratują życie.
Mam kilku znajomych, którzy są bardzo mocno wkręceni w wakeboarding. Jeżdżą na zawody, „testują” nowe wyciągi i pływają nawet podczas mało sprzyjających warunków atmosferycznych, np. na Zalewie Zegrzyńskim. Na jedne z takich zawodów wybieram się z Alą, moją przyjaciółką i Jagódką. Zalew Zegrzyński nie kojarzy mi się najlepiej, ale plaża w Rynii, przy której odbywają się zawody, jest zupełnie inna od tej w Nieporęcie. Rozkładamy się między drzewami. Niestety w zasięgu wzroku Jagódki pojawia się chłopczyk z malutkim, czerwonym, dwukołowym rowerkiem bez pedałów… Mam pozamiatane. Po szybkiej ewakuacji przenosimy się do hotelu obok na obiad. Nie przypuszczałam, że będzie tak dobry:-) Gdy wracamy na zawody, chłopca, a co istotniejsze, rowerka już nie ma. W umiarkowanym spokoju możemy poobserwować zawodników na wodzie. Koło 17 w Rynii pojawia się Maciek z Karolcią. Zabiera Jagodę, a ja… mam wieczór dla siebie:-)
Planujemy z Alą szalony tour po stolicy, a w rezultacie… zostajemy w domu, w ciepłym łóżeczku i oglądamy… komedie. Jedna z nich to moja ulubiona – „ Kobiety pragną bardziej” , a druga polska. Jakby to powiedzieć… nie wiem co się stało z polskim kinem, bo kiedyś powstawały u nas wybitne filmy,ale ten, który oglądamy na pewno się do takich nie zalicza… Mimo to bawimy się świetnie:-)
Zaczynam pomału czuć, że Jagoda staje się dzieckiem, przy którym mogę sobie pozwolić na odrobinę swobody. Ma już prawie 1,5 roku! Od września zapisuję się na jogę. Na razie muszą mi wystarczyć zajęcia raz w tygodniu, ale dla mnie to i tak dużo. Jestem takim typem, który nie potrafi zmobilizować się do ćwiczeń w domu, a przynajmniej nie w takim zakresie, jaki by mnie satysfakcjonował. Ponieważ Ewa Jaros, z którą przygotowywałam się do zdjęć w książce „ Joga dla kobiet w ciąży” otworzyła właśnie szkołę w nowym miejscu, czuję, że to idealny moment dla mnie, by zacząć od zera :-)
Po pierwszych zajęciach w Astanga Joga Studio czuję się świetnie i dopiero teraz dociera do mnie, jak bardzo mi tego brakowało. W prezencie od Maćka dostaję też nową matę do jogi. Może to wpłynie na przyspieszenie efektów ćwiczenia :-) Jedno wiem na 100% Robię to wyłącznie dla siebie, nie mam zamiaru się z nikim ścigać i rozciągać na siłę. Przede wszystkim czuję jak odpoczywa moja…. głowa, a tego najbardziej w tej chwili potrzebuję. Na godzinę wyczyszczam ją ze wszystkich myśli ! To naprawdę działa.
7 listopada 2011
Chyba jesień cały czas o nas zapomina. Jak dla mnie zimy w tym roku też może nie być. Niech śnieg sypie, ale tylko w górach, bo za deską trochę się jednak stęskniłam.
Oczywiście w najmniej odpowiednim momencie jesienna aura postanawia o sobie przypomnieć…
W czerwcu zaczęłam zdjęcia do serialu Hotel 52. Gram w nim niewidomą koleżankę Artura, który jest recepcjonistą oraz chłopakiem Natalii, właścicielki hotelu.
Ponieważ Artur zaczyna chorować ( co jest konsekwencją postrzału ), nie chce swoimi kłopotami obarczać Natalii i postanawia się z nią… rozstać. W między czasie, w ramach walki z losem, zaczyna ćwiczyć na siłowni, mimo że lekarz wyraźnie zakazał mu nadmiernego wysiłku. I tu poznaje mnie:-), Joannę Zarańską, niewidomą dziewczynę, która przygotowuje się do wystartowania w… maratonie.
W związku z tym, że Joasia jest osobą bardzo bezpośrednią, szybko proponuje Arturowi, żeby zaczął trenować razem z nią. Na jednym z treningów chłopak przyznaje się jej, że chwilowo nie bardzo ma gdzie mieszkać, a ona namawia go, aby w związku z tym przeprowadził się do niej.
Matko, gdyby w rzeczywistości wszystko było takie proste, o ile łatwiej współżyłoby nam się z mężczyznami :-)))
I tak raptem po kilku spotkaniach Artur przeprowadza się do Asi. Znajomość się rozwija, nabiera rumieńców, po drodze Artur jeszcze traci pracę ( chyba w myśl zasady, że nieszczęścia chodzą parami), a Asia się coraz bardziej wkręca… Pewnego dnia postanawiają wybrać się na wycieczkę nad jezioro. No właśnie… Nad jezioro.
W dniu, w którym mieliśmy kręcić tę scenę zapowiadali minimum 20 stopni, słońce i piękne bezchmurne niebo. Ustalona z dziewczynami od kostiumów krótka sukienka z odkrytymi ramionami, wydawała się idealnym rozwiązaniem. Cóż, w dniu zdjęć pogoda postanowiła przypomnieć, że mamy już jesień, a nie środek lata i temperatura nie przekraczała 13 stopni. Na samą sukienkę i gołe nogi to trochę za mało… Od razu dostałam ciepłe rajstopy, gruby sweter i szary płaszczyk, pod którym podczas scen nad wodą, gdzie potwornie wiało, wcisnęłam na siebie jeszcze jedną warstwę ubrań. A miało być tak romantycznie i zmysłowo…
Nie będę zdradzać jaki będzie finał znajomości Asi z Arturem, ale bardzo żałuję, że już zakończyły się zdjęcia do jesiennej transzy. Ekipa na planie była wyjątkowa!
30 października 2011
Krowy z Mlecznej Drogi nie są zwykłymi krowami, to rasa Jersey, która słynie z wyjątkowo tłustego mleka. Idealnego na przetwory! Ania z Rafałem zanim podjęli odważną decyzję o wyprowadzeniu się na wieś oraz hodowaniu krów, skomplikowanej sztuki serowarstwa uczyli się zagranicą. Szukając miejsca na własne gospodarstwo przez wiele miesięcy jeździli po Polsce w poszukiwaniu idealnej lokalizacji. Odpoczywając po obfitym śniadaniu składającym się z rozmaitych produktów wytwarzanych z ich mleka, duszonych warzyw, dżemów domowej roboty, chrupiącego pieczywa, aromatycznej kawy, stwierdzam, że lepiej wybrać nie mogli. Przede mną rozciąga się stary owocowy sad, za którym pasą się krowy. Na horyzoncie las, a ponad nim błękitne, jesienne niebo.
Koło południa pomału zaczynamy się zastanawiać, czy nie fajnie byłoby pojechać na jakąś krótką wycieczkę. W Kazimierzu byłam już kilka razy, poza tym jest niedziela i nie mam ochoty przeciskać się w tłumie ludzi, którzy z obłędem w oczach biegają po rynku z drożdżowymi kogucikami w rękach… , ale w Kazimierzu jest prom. Można nim przepłynąć na drugą stronę Wisły do małego cichego Janowca.
Jedziemy po kocich łbach, drogą wzdłuż wału. Trzęsie nami niemiłosiernie. Wychodzimy na pomost. Okazuje się, że prom nie pływa ze względu na niski poziom wody w rzece…,ale kilka kilometrów dalej, podobno jest kolejny, który powinien przewieźć nas na drugi brzeg.
Faktycznie w Bochotnicy trafiamy na działający prom! Cała przeprawa zajmuje nam parę minut.
Pogoda bardziej przypomina lipcową lub sierpniową.
Janowiec, tak jak myślałam, jest ślicznym, cichym miasteczkiem. W samym centrum znajduje się piekarnia połączona z restauracją i sklepem, w którym kupujemy pełnoziarnisty, ciemny, razowy chleb, ogórki w zalewie pomidorowej ( pyszności!), duszoną paprykę z cebulą ( pyszności do kwadratu!) oraz tutejszą pamiątkę czyli wypiekany z ciasta drożdżowego zamek z Janowca :-) To będzie prezent dla Karolinki.
Od wielkiej serowej uczty na tarasie minęło już trochę czasu, więc część naszych skarbów pochłaniamy już na schodach prowadzących do sklepu. Chyba musimy wyglądać dziwnie, bo jedna z ekspedientek wychodzi do nas i proponuje żebyśmy nasze „drugie śniadanie” zjedli w ogródku restauracji :-)
Trochę przesadziłam z ilością chleba, ale był taki dobry… żeby jak najszybciej wykorzystać świeżo zdobyte kilokalorie zaczynamy wspinać się pod górę, żeby obejrzeć zamek.
Budowę zamku rozpoczęto w 1508 roku. Jego pierwszym właścicielem był Mikołaj Firlej. Na początku zamek miał charakter późnogotycko-renesansowy. W roku 1656 spłonął i został odbudowany przez rodzinę Lubomirskich . Holenderski architekt Tylman podczas odbudowy nadał mu styl bardziej barokowy. Aż do roku 1783 zamek był własnością rodziny Lubomirskich, ale Jerzy Marcin Lubomirski przegrał go… w karty. Następni właściciele też nie byli w stanie go utrzymać, aż w końcu został on opuszczony i popadł w ruinę.
W 1931 roku zakupił go Leon Kozłowski, który co prawda zdołał wyremontować tylko dwa pomieszczenia w baszcie, ale przynajmniej udało mu się powstrzymać wandali. Po jego śmierci zamek został przekazany państwu i od tego momentu jest stopniowo remontowany.
Pomimo dużych zniszczeń cała budowla i tak robi wrażenie. Przy zamku znajduje się śliczny park, że starymi ogromnymi drzewami. Szkoda, że nie mamy czasu żeby poleżeć w nim na trawie…
Wolimy wrócić do Mlecznej Drogi i znowu na tarasie zjeść przygotowany dzień wcześniej, kwaśny barszcz ukraiński.
Po obiedzie musimy się zbierać. Ciężko nam opuścić to miejsce. Przed wyjazdem robimy serowe zakupy, a w prezencie dostajemy malutką dynię hokkaido. W domu przygotuję z niej leczo.
To był nasz pierwszy taki weekend od urodzenia Jagódki. Było fantastycznie, ale już tęsknię za dziewczynkami. Wiem, że w Mlecznej Drodze im też by się podobało…
Po powrocie do domu pokazuję zdjęcia Karolci. Jest trochę zła, bo też bardzo lubi takie wyjazdy. Jeszcze wieczorem sprawdzam prognozę na kolejny weekend. Zapowiadają… 25 stopni!!! Hmmm.
Dzwonię do Ani i pytam, czy mają wolne miejsca. Duża, 8-osobowa jurta jest wolna. Rezerwuję:-)
I w ten sposób w towarzystwie moich trzech koleżanek i dzieci w kolejny weekend ponownie leżę na tarasie w Mlecznej Drodze :-))))))
23 października 2011
Zawsze wydaje mi się, że wakacje mijają zbyt szybko. Ja na moje narzekać nie będę, bo były wyjątkowe, ale jeżeli tylko mogę chociaż odrobinę wydłużyć ten okres, to staram się to wykorzystać.
Wyjazdy z dziećmi są oczywiście cudowne :-), ale czasami warto sobie przypomnieć jak to było, gdy byliśmy tylko we dwoje…
Szukając miejsca na romantyczny weekendowy wypad przeglądam oferty w okolicach Kazimierza nad Wisłą. Rok temu trafiłam tam na bardzo przytulne apartamenty z basenem tuż przy samym rynku. Dzwonię. Niestety wszystkie pokoje są już zajęte. Zaczynam telefonować pod inne adresy, ale wszędzie słyszę to samo: „ To prawdopodobnie ostatni tak ładny i ciepły weekend, więc wszystko mamy już zarezerwowane”. Gdy udaje mi się w końcu trafić na wolne miejsce, jego cena skutecznie mnie odstrasza. Takiej kasy za dwuosobowy pokój nie będę płacić, jeszcze nie zwariowałam. Zrezygnowana zmieniam kryteria wyszukiwania i z hoteli oraz pensjonatów przerzucam się na gospodarstwa agroturystyczne. Bingo! Strzał w dziesiątkę! Agroturystyka Mleczna Droga od razu rzuca się w oczy.
Najbardziej przekonują mnie zdjęcia ślicznych, niebieskich… mongolskich jurt porozstawianych w sadzie. Dookoła pasą się krowy. Z ich mleka gospodarze, młode małżeństwo z dwójką uroczych dzieci, samodzielnie przygotowuje cheddar, fetę oraz jogurty. Dzwonię. Przesympatyczna dziewczyna po drugiej stronie informuje mnie, że mają wolną jeszcze jedną jurtę. Koszt? 40 zł od osoby, a śniadanie dodatkowe 15zł. W porównaniu z 4-gwiazdkowym hotelem, taniocha! Poza tym będziemy tak blisko natury…
W sobotę rano dziewczynki odwozimy do babci Bożenki i… dajemy nogę :-)
Przed kompletnym odcięciem się od świata w Mlecznej Drodze, jedziemy jeszcze na obiad do Zielonej Tawerny w Kazimierzu. Mmmmmmm za dobrą pastę oddam wszystko! Zamawiam makaron ze szpinakiem i odpływam.
Po obiedzie jedziemy szukać Mlecznej Drogi. W miejscowości Wąwolnica tuż za znakiem z ograniczeniem prędkości mamy skręcić w prawo. Uliczka jest jednak tak mała, że za pierwszym razem przejeżdżamy ją… Zawracamy i przy prędkości 20km/h po raz drugi udaje nam się jej nie przeoczyć.
Na miejscu wita nas uśmiechnięta Ania i jej mąż Rafał. Mimo weekendu są bardzo zajęci ( krówki trzeba doić codziennie:-), dlatego Ania szybko oprowadza nas po gospodarstwie i wraca do pracy.
Jurta wygląda jeszcze ładniej niż na zdjęciach. W środku już czeka wielkie łóżko, z grubymi, puchowymi kołdrami. Dookoła stoją stare bibeloty: porcelanowy dzban i miska,toaletka, lampy. Moja pierwsza myśl? „Ale by się tutaj spodobało dziewczynkom”. Minęło kilka godzin , a ja już o nich myślę:-) Po krótkim telefonie do babci przekonuję się, że one o mnie nie myślą wcale, dlatego bez wyrzutów sumienia wracam do planowania dalszej części naszego romantycznego pobytu.
Idziemy na dłuuuugi spacer. Okolica jest piękna. Trafiamy na opuszczone pole pełne malin. Pysznych, słodkich malin, które tylko zaostrzają nam apetyt na coś konkretnego. Wsiadamy w samochód i jedziemy na małe zakupy do Nałęczowa.
Już wiem, co będę robić na emeryturze!!! Przeprowadzę się do Nałęczowa i będę przynajmniej 5 razy w tygodniu biegać do spa :-) Żartuję, ale faktycznie miasteczko i samo uzdrowisko jest bardzo ładne.
W samej jurcie nie ma „aneksu kuchennego”, bo raczej trudno byłoby go tam zbudować, ale goście odwiedzający Mleczną Drogę mają do swojej dyspozycji drewniany domek, w którym są łazienki, kuchnia, jadalnia oraz zadaszony taras. Szybko gotujemy kaszę z warzywami i naszą kolacją delektujemy się na tarasie przy ostatnich promieniach zachodzącego słońca.
Następnego dnia budzi nas muczenia krów, które są wypasane tuż obok. Zachowują się jak psy. Wyciągają głowę żeby je głaskać,albo robią maślane oczy, żeby przynieść im jabłko lub gruszkę z sadu. Są urocze do granic możliwości…
15 października 2011
Doszłam do wniosku, że żyję na bardzo „nieekonomicznej” szerokości geograficznej, ale nie tylko ona jest winna całej sytuacji. Dodatkowych czynników jest bardzo dużo.
Pomimo wielokrotnych prób kupowania mniejszej ilości ubrań lub robienia tego w bardziej przemyślany sposób z przykrością muszę stwierdzić, że chyba nadal jestem w tym temacie zielona. I absolutnie przymiotnik „ ZIELONA” nic tutaj nie ma wspólnego z moimi proekologicznymi dążeniami. Niestety. Czasami pojawia się światełko w tunelu i myślę sobie wtedy: ” Ho, ho pani Mrozowska, ale pani sprytnie z tych dualizmów szopingowych wybrnęła”, ale za moment dopada mnie tzw. potrzeba chwili i wtedy termin „przemyślane zakupy” bierze w łeb.
Najbardziej obwiniam za to oczywiście wspomniane miejsce zamieszkania. Bo jak tu ograniczyć ilość kupowanych ciuchów, gdy latem temperatura w tym wyjątkowym miejscu na Ziemi dochodzi do plus 35 stopni Celcjusza, a zimą do -20? I tak w szafie przewalają się cienkie jak pergamin krótkie sukienki, bawełniane, miękkie bluzy, jeansowe spodnie, grube swetry, jeszcze grubsze skarpety i rajstopy, kamizelki, podkoszulki… W przedpokoju obok przeciwdeszczowej, wiosennej ortalionówki, wisi elegancki czarny płaszcz, snowboardowa kurtka i sztuczny kożuch. Na ziemi piętrzą się japonki, szmaciane espadryle, tenisówki, szpilki, botki, kozaki, adidasy… Oczywiście wymieniam tylko moje elementy garderoby. Wszystko należy przemnożyć przez minimum 4, czyli ilość członków mojej najbliższej rodziny. Wniosek? Przez przedpokój niedługo nie będzie można przejść.
Najbardziej wkurzające jest to, że w dalszym ciągu większość ciuchów, które trafiają do mojej szafy najprawdopodobniej nie powstaje w przyzwoitych dla wytwórców warunkach. Ciężko znaleźć wystrzałową wieczorową sukienkę wyprodukowaną z fairtraidowej bawełny… Oj ciężko. Kupując „małą czarną”, ładnie wyeksponowaną w sklepie i zapakowaną w elegancką papierową torebeczkę zachwycona zanoszę ją do domu. No właśnie nie jestem zachwycona… Bo gdzieś tam gryzie sumienie, czy przypadkiem śliczne, błyszczące cekiny nie zostały na nią naszyte przez jakieś małe chińskie rączki. Jestem z siebie taka dumna, gdy uda mi się znaleźć coś wyjątkowego w second handzie. Niestety najłatwiej jest z dziećmi. Im młodsze, tym lepiej… ubrane. Jagoda 80% ubrań ma z tzw. drugiej ręki. Część dostaje „w spadku” po starszych koleżankach. Nówki sztuki od wielkiego dzwonu. Najczęściej daję się ponieść, gdy mruga do mnie z wystawy wielki czerwony napis „WYPRZEDAŻ”. To takie hasło-wabik, które skutecznie przyciąga mnie do sklepu na początku stycznia oraz pół roku później. Wtedy wymyślam sobie, że brakuje mi tego czy tamtego, co nie zawsze jest zgodne z prawdą, ale jakoś ciężko mi z tej wyjątkowej, niepowtarzalnej okazji nie skorzystać. Choć już nie krążę jak kiedyś otumaniona, wśród półek zarzuconych różnej maści szmatkami. Skutecznie działa dokładne czytanie metek… 50% mniej wydrukowane wielkimi literami nad wejściem do sklepu nie musi pokrywać się z ceną na naszej wygrzebanej ze sterty podobnych ciuchów zdobyczy. Bo chyba 45 zł w stosunku do 49 to nie jest połowa ceny? Chyba, że od czasu mojej matematycznej edukacji coś się zmieniło. W lumpeksie przynajmniej wiem za co płacę. 54 zł za kilogram i wszystko jasne ;-) Czarna sukienka w białe groszki-8, 5zł, fioletowa do kostek ( robiła furorę na ślubie mojej przyjaciółki)- 23 zł, bo miała dużo falbanek i niebieska w kolorową panterkę- niecałe 7 zł. Trzy hity, które nie kosztowały więcej niż jeden t-shirt z sieciówki…Jest jeszcze jeden szkopuł. Te sukienki w dalszym ciągu wyglądają tak samo, jak w momencie gdy je kupowałam. W ogóle się nie niszczą! Kombinezon z popularnego sklepu na 4 litery po dwóch praniach nadaje się już tylko na działkę. Apropos działki. To kolejny sposób na skuteczne ograniczenie garderoby. W mieście zawsze czuję lekką presję estetycznego i możliwie oryginalnego wyglądu. Na działce jest prościej. Dresik rządzi. Wstajesz rano i dylemat pod tytułem „co mam dziś na siebie nałożyć” nie istnieje! Do szarych lub czarnych spodni dresowych pasuje wszystko. Nawet góra od kostiumu kąpielowego.
Zaprowadzenie ładu w ubraniach, które już znalazły się w moim posiadaniu nie jest proste. Przeprowadzane raz na pół roku „selekcje”, które pozwalają mi się pozbyć przynajmniej części niepotrzebnych rzeczy trochę ratują sytuację, ale na ich miejscu pojawiają się kolejne przyniesione z „używek” lub te, które kupuję otumaniona obniżkową gorączką. Na skuteczne pozbycie się problemu jeszcze nie znalazłam lekarstwa. Lubię miasto, więc nie przeprowadzę się na wieś, by przez okrągły rok biegać w gumiakach i bluzie z kapturem. Choć znając mojego męża, on byłby tym zachwycony… Hmmm, same kaloszki i bluza ?…
4 października 2011
Jak już chyba wspominałam mieszkamy bardzo blisko granicy z Hiszpanią. Ponieważ kilka lat temu spędziliśmy cudowny urlop w hiszpańskiej miejscowości Tarifa , postanawiamy udać się na poszukiwania podobnych miejsc w okolicach Huelvy.
Jedziemy autostradą A22 w kierunku Sewilli. To niewiarygodne, ale zaraz po przejechaniu mostu na rzece Guadiana, która stanowi naturalną granicę oddzielającą Portugalię od Hiszpanii, widać różnicę w architekturze budynków, w krajobrazie… Portugalia jest bardziej uporządkowana, w Hiszpanii panuje lekki nieład. Przeglądając strony internetowe przed wyjazdem zwróciłam uwagę na małe miasteczko z piękną plażą. Mamy problem z odnalezieniem kierunkowskazów na Isla Cristinę, ale mój niezawodny intuicyjny gps :-) doprowadza nas do samego miasteczka. Gdy oglądałam fotografie w internecie najbardziej spodobała mi się plaża, do której prowadził długi, drewniany most. Niestety nie udaje nam się odszukać tego miejsca, ale przyjemną zacienioną drogą przez las dochodzimy do … jeszcze przyjemniejszego beach baru:-))) To w Hiszpanach uwielbiam. Z kilku desek, słomianych mat, rattanowych krzeseł i stolików potrafią zrobić tak przytulne miejsce, że ma się ochotę przesiedzieć w nim pół dnia! Zamawiamy sałatkę, frytki i piwo. Zimne, pyszne piwo z gęstą pianą . Czy musimy iść na plażę? Tu jest tak fajnie. Nic z tego, dziewczynki już zauważyły wodę i przebierają nerwowo nogami.
Udaje nam się jakoś je ubłagać , żeby dały nam wypić jeszcze jedno piwo i przenosimy się na piasek.
Ocean bardziej przypomina jezioro. Praktycznie nie ma wiatru, więc tafla wody jest spokojna. Brak wiatru przekłada się również na dużo wyższą temperaturę odczuwalną. Wydaje mi się, że większość dnia spędzimy w wodzie, która swoją droga też nie daje schronienia przed upałem, bo ma chyba z 30 stopni!!!
Dziewczynki, gdy nie bawią się w wodzie, siedzą pod kolorowym parasolem. Ja nie narzekam, bo właśnie na to czekałam na tych wakacjach, ale po dwóch godzinach zaczynam się denerwować o Karolcię i Jagódkę… Chyba musimy się zbierać.
Jedziemy do kolejnej nadmorskiej miejscowości, żeby znaleźć jakieś miejsce z dobrym jedzeniem. I tak po 40 minutach poszukiwań lądujemy w… duuuużym sklepie spożywczym :-)
Kupujemy sałatę, pomidory, oliwki, ser, oliwę z oliwek, świeże bagietki, jednorazowe talerzyki oraz noże i idziemy zrobić sobie „piknik” pod palmą przy plaży :-) Lunch najlepszy na świecie. A jakie widoki! Jagoda bardzo szybko orientuje się, że niedaleko naszej „ restauracji” znajduje się zejście na plażę z prysznicem i małą fontanną z wodą do picia. Zanim Maciek do niej dobiega jest już cała mokra…
Po obiedzie pakujemy się do samochodu i jedziemy do Santo Antonio, które znajduje się tuż przy granicy po stronie portugalskiej. To portowe miasteczko zostało zbudowane według projektu markiza de Pombal w 1774 roku. Przypomina trochę lizbońską dzielnicę Baixa, która została odbudowana po trzęsieniu ziemi również zgodnie ze wskazówkami markiza.
Wizytę w Antonio zaczynamy od spaceru w porcie. Jagoda po dniu pełnym wrażeń zasypia w wózku. Dzięki temu my też mamy chwilę czasu żeby trochę odpocząć od biegania za nią :-)
Dochodzimy do pięknego placu z kościołem Igreja Martiz i siadamy na jednej z ławek, które otaczają plac. Zbliża się wieczór, czas kolacji, więc na placu robi się coraz gwarniej. Okoliczne knajpki zaczynają wystawiać na zewnątrz stoliki, a klienci powoli zaczynają składać pierwsze zamówienia. To przedostatni dzień naszego wyjazdu, więc idziemy rozejrzeć się za pamiątkami. Kupujemy kilka kolorowych, bawełnianych obrusów, fajansowe naczynia w kształcie muszli,porcelanowe kubki, magnesy na lodówkę z portugalskim kogucikiem…
Ostatni dzień spędzamy na plaży. Niebo jest zachmurzone. Nie jest już tak gorąco. Pogoda psuje się, jakby ktoś nie chciał, żeby było nam przykro z powodu wyjazdu ;-) Nawet gdyby padało i grzmiało i tak będzie nam szkoda, że to już koniec, ale do domu wrócimy z masą wspomnień i zdjęć. I chyba nikogo nie będziemy musieli przekonywać, że z dwójką dzieci można spędzić bardzo aktywne i niezapomniane wakacje. Bo wszelkie ograniczenia znajdują się wyłącznie w naszej głowie, ale gdy się ich pozbędziemy okaże się, że podróżowanie nawet z najmłodszymi członkami naszej rodziny jest… dziecinnie proste ;-)))
27 września 2011
Cacela Velha- malusieńka osada rybacka nad samym morzem ( usytuowana na wysokim klifie) zachwyca biało-błękitną zabudową i wyjątkowym klimatem. Niby nic tutaj nie ma .Kilka domków, XVIII wieczny kościół i dwie restauracje, ale trudno odmówić temu miejscu uroku. Z zachodniego krańca miasteczka po zejściu na dół jedną z rybackich motorówek można dostać się na wyjątkową plażę, oddzieloną od reszty lądu laguną. My zostajemy w Caceli dosłownie na pół godziny. Siedzimy na tyłach kościoła i patrzymy na ocean. To super miejsce na złapanie oddechu przed dalszym podróżowaniem.
Kolejnym miejscem, które podobno musimy zobaczyć jest Albufeira, czyli turystyczna stolica Algarve. Zanim docieramy do starej części miasta, przez chwilę błądzimy.
Po zaparkowaniu pakujemy na wózek ręczniki, kostiumy, kolorowy parasol i ruszamy w poszukiwaniu drogi do plaży. I znowu sukces! :-) Okazuje się, że zaparkowaliśmy jakieś 30 m od starej części miasta. Czytałam, że w Albufeirze jedną z możliwości dostania się do oceanu jest przejście przez tunel. Hmm , nie ma to jak intuicja :-) Wychodzimy na Rua 5 de Outubro przy samym tunelu :-)
Na plaży sporo ludzi, ale udaje nam się znaleźć dobre miejsce przy samej wodzie. Rozstawiamy nasz cały kramik i idziemy się kąpać. Woda jest ciepła jak zupa. Skaczemy przez fale. Jagoda w ogóle nie chce wychodzić z wody.
Idę z Karolcią wzdłuż plaży na spacer w poszukiwaniu muszli, których jest tutaj od groma. Wybieramy tylko te największe, najpiękniejsze i niepopękane. Z trudem donosimy je do wózka. Opłukane w wodzie wrzucamy do torebki. Będą super prezentami dla babć i koleżanek ze szkoły.
Koło 15.00 uciekamy z plaży. Jest nam już tak gorąco, że musimy się schować przed palącym słońcem. To dobry moment, żeby pójść na obiad.
Po jedzeniu wsiadamy w samochód i przenosimy się dalej na zachód wybrzeża. Autostradą A22 jedzie się bardzo wygodnie i szybko. Od wielu osób, m.in. od chłopaka z wypożyczalni samochodów, słyszeliśmy , że koniecznie musimy zobaczyć Lagos. Miasto leży nad jedną z największych zatok Algarve. Cała stara część otoczona jest fortyfikacją. Było to jedno z pierwszych miejsc, w którym rozpoczęto… handel żywym towarem. Proceder ten upamiętnia tablica przy Rua da Senhora da Graca. W latach 1576-1756 Lagos było stolicą Algarve.
Miasteczko jest bardzo zatłoczone, ale nie można odmówić mu uroku. Przeciskamy się z wózkiem wśród stolików restauracyjnych, ludzi, którzy grają na różnych instrumentach, puszczają gigantyczne bańki, żonglują kulkami. Trochę czuję się tak, jakby ktoś wpuścił nas na zaplecze cyrku. Żeby trochę odsapnąć uciekamy w boczną uliczkę i trafiamy do małej, cichej kawiarni. Niestety w bliskim sąsiedztwie znajduje się stragan z dmuchanymi balonami. Po długich namowach Karoliny w końcu zgadzamy się na kupno jednego. Muszę przyznać, że różowy delfin przyczepiony do zielonego wózka wygląda bardzo surrealistycznie :-)
Gdy zachodzi słońce robi się chłodno. Pierwszy raz podczas naszego wyjazdu żałuję, że nie mam przy sobie chociaż bluzy. Karolina w cieniutkiej sukience też narzeka, że jest jej zimno, a lekko sine usteczka Jagódki mówią same za siebie… W jednym ze sklepów z pamiątkami znajduję szybko śliczne wełniane pareo. Pytam sprzedawcę, czy jeżeli kupię dwa dostanę jakiś upust. Tłumaczy, że to produkt lokalny, wysokiej jakości i, że niestety nie ma takiej możliwości. Trudno. Są tak ładne, a dziewczynkom jest tak zimno, że nie mam siły się z nim licytować :-) Kupuję jedno z brązowym , a drugie z granatowym wykończeniem. Moje skarby wyglądają prześlicznie, a ja mam pewność, że jest im ciepło.
Po godzinie spacerowania po mieście postanawiamy wrócić do Monte Gordo. Dziewczynki po dniu spędzonym na plaży oraz bieganiu po mieście zasypiają w samochodzie, gdy tylko włączam silnik. Droga powrotna mija nam bardzo szybko. Portugalia nawet w nocy ma w sobie coś elektryzującego. Gdy docieramy do hotelu, zanosimy śpiące córeczki do pokoju, otwieramy szeroko balkon i wsłuchujemy się w szum fal dochodzący znad oceanu. Czuję jak powoli zamykają mi się oczy. Chyba jednak też jestem zmęczona :-), ale nie mogę się już doczekać kolejnego dnia i odkrywania kolejnych pięknych miejsc.