Gdy dolatujemy do Faro wita nas gorący, słoneczny poranek.
Bagaże odbieramy po kilku minutach od wylądowania. Jagodę pakujemy do wózka, na rączce x-move wieszamy torby podręczne i biegiem do autokaru, który ma nas zawieźć do hotelu.
Mieszkamy przy samej granicy z Hiszpanią w miejscowości Monte Gordo. Gdy dojeżdżamy na miejsce okazuje się , że nasz hotel, jako jeden z nielicznych ma bezpośrednie dojście do plaży. Cudownie!!! Po szalonym zwiedzaniu Włoch tutaj zamierzamy trochę odsapnąć, a tak bliskie sąsiedztwo plaży na pewno nam w tym pomoże :-)
Check in zaczyna się dopiero koło 14… Na zegarku 11.30. Recepcjonistka tłumaczy nam, że postarają się przygotować pokój jak najszybciej, ale potrwa to minimum godzinę. Zostawiamy bagaże, zabieramy kostiumy i idziemy na basen. I już wiem , że mamy przerąbane… Brodzik od razu staje się ulubionym miejscem Jagodzianki. Skacze, próbuje nurkować, podchodzi do tryskającej w rogu fontanny, a my patrzymy na to wszystko z przerażeniem. Czy ja wspominałam o jakimś odpoczynku ?
Mimo to, że cały czas obydwoje jesteśmy w ruchu to bawimy się świetnie. Co tu dużo mówić. Jest rewelacyjnie, a krzyczące z radości dziewczynki tylko nas w tym przeświadczeniu utwierdzają. Śniadanie w samolocie było mizerne ( a poza tym kiedy to było!) dlatego próbujemy nakłonić Karolinę i Jagodę, żebyśmy poszli coś zjeść. Jadzia tradycyjnie odpowiada: daaaaaaaaaa! Czyli tak :-)
Cóż, już podczas naszego marcowego wyjazdu do Lizbony przekonaliśmy się, że Portugalia nie jest kulinarnym rajem dla wegetarian, dlatego na „obiad” zjadamy portugalską wersję pizzy. Nie jest najlepsza ( trudno się tego było spodziewać po pobycie we Włoszech :-), ale królewny nie narzekają. Z talerzy znika wszytko, co do okruszka.
Gdy wracamy do hotelu, nasz pokój jest już gotowy. Mieszkamy na 4 piętrze. Nie mamy bezpośredniego widoku na morze, ale ponieważ pokój jest usytuowany z boku budynku i tak je widzimy.
Przez pierwsze dwa zwiedzamy na piechotę najbliższą okolicę. Poza niewiarygodnie szeroką i piaszczystą plażą oraz naszym hotelem do niezaprzeczalnych atutów Monte Gordo można zaliczyć małą ilość turystów zagranicznych ( to taka miejscowość, do której przyjeżdżają przede wszystkim Portugalczycy). Wpływa to oczywiście na specyficzne funkcjonowanie tego miejsca. Nie ma tu wykwintnych restauracji, raczej prowadzone przez tutejszych gospodarzy małe knajpki, gdzie za kilka euro można zjeść np. potrawy z grilla. Na ulicy od sympatycznego staruszka kupimy tutaj pyszne figi z domowego ogródka, albo świeżo złowione owoce morza. Ja uwielbiam takie miejsca, ale osoba przygotowana na luksusowy wypoczynek może się trochę rozczarować. Dni mijają nam na bieganiu po plaży, pływaniu w basenie i morzu, lepieniu zamków z piasku i odwiedzaniu po kilka razy dziennie tych samych stoisk z pamiątkami. Dziewczynki są wniebowzięte. Wakacje-marzenie!
Ja też jestem zadowolona, że trochę zwolniliśmy tempo, ale trzeciego dnia rano nieśmiało proponuję jakąś małą wycieczkę. Na początek jedziemy do Taviry, która leży na dwóch brzegach rzeki Gilao.
Parkujemy przy samej rzece. Kierując się drogowskazami na centrum trafiamy na drewniany most, z którego możemy dokładnie przyjrzeć się renesansowej zabudowie. Szukając punktu informacyjnego w końcu jedną z uliczek dochodzimy do murów zamku Maurów. Maciek z Jadzią w wózku zostają na dole, a ja z Karoliną wspinam się na górę, żeby zobaczyć panoramę miasta. Widać stąd dokładnie wieżę zegarową kościoła Santa Maria do Castelo oraz pobliski kościół Nossa Senhora da Graca.
Zmęczeni bieganiem po Tavirze idziemy odpocząć w kawiarni przy rzece. Ponieważ przy miasteczku znajduje się podobno piękna plaża, zastanawiamy się przez moment, czy na nią nie pojechać. Trochę zniechęca mnie informacja, że można się na nią dostać jedynie promem, a my znowu jesteśmy głodni. Plaża musi poczekać, najpierw znajdziemy jakieś fajne miejsce na obiad…
13 września 2011
Sporo czasu zajmuje nam odnalezienie hotelu Porta San Mamolo, w którym mamy zatrzymać się w Boloni. Na mapie dojazd wygląda na łatwy, ale w plątaninie jednokierunkowych uliczek nie sposób się połapać. W końcu prosimy o pomoc taksówkarza. On najlepiej powinien znać to miasto. Na początku uprzedza nas , że niby jesteśmy już bardzo blisko, ale będziemy musieli się nieźle nagimnastykować, żeby dojechać pod hotel samochodem. Super. Bardzo pozytywnie nastawiona jadę sztywno trzymając się wskazówek. Mam zawrócić, na światłach skręcić w prawo, na kolejnych znowu w prawo, potem w dół, następnie w lewo, skręcić w drugą uliczkę w znowu w lewo… Na pewno? Przecież tu jest za wąsko! Trudno jadę dalej. Na końcu uliczki w prawo i po 20 m mam podjechać pod sam hotel. Uff, faktycznie trafiliśmy!!! Parkujemy pod samym Porta San Mamolo.
W recepcji wita nas przesympatyczny właściciel hotelu. Dostajemy klucze i zostajemy zaprowadzeni do naszego pokoju. Apartament na parterze budynku jest baaardzo przytulny. To najładniejsze miejsce ( pod kątem noclegu) do jakiego trafiliśmy we Włoszech.
Po krótkiej kąpieli zabieramy z recepcji mapę, na której właściciel zaznaczył najciekawsze zabytki oraz … najlepsze restauracje :-) Oczywiście bardziej w tej chwili interesują nas lokalizacje tych drugich :-) Obrzeża centrum wydają się prawie wymarłe. Panuje tu niesamowity spokój. Dopiero gdy docieramy do Piazza del Nettuno, wpadamy w wir innych turystów. Zaczynamy sprawdzać adresy knajp, ale wszystkie są jeszcze zamknięte :-( Zapomniałam, że tutaj obiadokolacja zaczyna się najwcześniej o 19.00, a mamy 16.30… Cóż pozostaje nam kanapka, albo kawałek pizzy w barze.
Po zaspokojeniu pierwszego głodu idziemy na dłuższy spacer. Najładniej jest oczywiście we wszelkich zakamarkach i wąskich uliczkach. Na straganie kupujemy świeże owoce i postanawiamy wrócić do naszego cichego hotelu, żeby trochę odpocząć. Jadzia smacznie śpi w wózku, więc jest szansa, że będziemy mogli położyć się we trójkę w łóżku i pooglądać włoską telewizję:-)
Ledwo wchodzimy do pokoju, a Jagoda budzi się i zaczyna przeraźliwie płakać. Oczywiście nic jej nie jest, tylko… ona ma ochotę chodzić po mieście, a nie siedzieć w pokoju :-) Nogi wchodzą mi nie powiem w co, ale… po kolejnym szybkim prysznicu ( żeby się trochę otrzeźwić) i dosłownie 15 minutowym leżeniu ( inaczej nie byłabym w stanie ruszyć nogami) z powrotem wychodzimy z hotelu…Jest 20 z minutami. Jagoda z radości aż klaszcze w ręce :-) Terrorystka…
W sumie to był dobry pomysł z tym spacerem. Jest już trochę chłodniej, to znaczy nie ma 40 stopniowego upału, tylko w okolicach 27 :-) i spaceruje się bardzo przyjemnie. Znowu dochodzimy do Piazza del Nettuno, na którym odbywa się koncert. Chłopcy z zespołu grają bardzo przyjemną , elektryzującą muzykę i są śmiesznie przebrani. Ich występ przyciąga coraz więcej ludzi, a ja czuję , że chłonę to miasto wszystkimi zmysłami.
Karolina jest znowu głodna ( !!!) więc idziemy szukać jakiegoś przyjemnego miejsca na kolację. Jest już prawie 21, więc tym razem nie powinniśmy mieć problemów. W końcu znajdujemy to, czego szukaliśmy. Siadamy przy stoliku na zewnątrz i zamawiamy tradycyjnie pizzę, makaron i dwa kieliszki białego wina. Karola z Jagodą biegają pomiędzy stolikami, a my udajemy, że jesteśmy na romantycznej kolacji :-)
Do hotelu wracamy okrężną drogą. Jest tak przyjemnie, że już nawet zapominam o tym, że bolały mnie nogi. Gdy o 23 wchodzimy do pokoju, dziewczynki w sekundę padają jak muchy. A my razem z nimi…
Śniadanie możemy zjeść albo na zadaszonym tarasie albo na świeżym powietrzu. Wybieramy to drugie. Siadamy przy stoliku pod drzewem. Jadzia z zapałem zaczyna grzebać w ziemi, ale dzięki temu na spokojnie możemy zjeść kanapki i napić się kawy. Taki leniwy poranek mogłabym przeciągać w nieskończoność. Niestety musimy się spakować i ruszać w dalszą drogę. Długo żegnamy się z właścicielem hotelu i obiecujemy sobie, że musimy tutaj wrócić.
Przed wylotem z Forli chcemy jeszcze zrobić małe zakupy, żeby przywieźć z wyjazdu jakieś prezenty dla najbliższych. Jest stosunkowo wcześnie, a od lotniska dzieli nas może 70 km. Godzinka i będziemy na miejscu. Nic z tego. W połowie drogi stajemy w korku…
Do Forli dojeżdżamy ponad godzinę później niż planowaliśmy. Jedziemy do centrum, ale jest już sjesta, więc wszystko jest zamknięte. Pozostaje nam jakiś duży supermarket.
Karolina najchętniej wyniosłaby pół sklepu, ale jakoś udaje nam się zachować zdrowy rozsądek. Gdy wylatujemy z Włoch trochę jest mi smutno, ale… szybko przypominam sobie, że przecież to dopiero pierwsza część naszej podróży, bo za chwilę przeniesiemy się do słonecznej Portugalii…
6 września 2011
Moje obydwie córeczki mają jedną wspólną cechę. Gdy tylko się obudzą, chcą żeby „coś się działo”. W zasadzie mi to nie przeszkadza, bo jestem podobna, ale na wakacjach mogłyby dać sobie na wstrzymanie i poleżeć przynajmniej 15 minut w łóżku. Nic z tego. O 9.00 rano już jesteśmy na basenie… Ma to oczywiście swoje zalety, bo oprócz nas nad basenem nie ma żywej duszy.
Pływamy, skaczemy na „bombę” i robimy dużo hałasu. Żeby nadążyć za naszymi królewnami, zmieniamy się z Maćkiem co kilkanaście minut,a one w ogóle nie wyglądają na zmęczone!
Po szaleństwach w basenie idziemy na plażę. Zbliża się 12.00. Temperatura rośnie. Po godzinie, mimo, że lubię upał, nie jestem w stanie dłużej wytrzymać na słońcu.
Pakujemy się do naszego klimatyzowanego samochodu i wyruszamy do Pizy.
Na wielkim placu przed Krzywą Wieżą tłum ludzi wszelkiej narodowości robi sobie zdjęcia na tle zabytku. Dookoła kuszą kolorowe stoiska z pamiątkami. Mini zakupy również nas nie omijają :-)
Krzywą Wieżę budowano od roku 1173. Dokładnie 101 lat później zauważono pierwszy przechył.
W latach 90-tych ubiegłego stulecia przeprowadzono remont, który uratował konstrukcję przed upadkiem. Patrząc na wieżę, aż strach pomyśleć, że kiedyś może jej w tym miejscu zabraknąć. Prawie wszyscy turyści robią sobie na jej tle zdjęcia. Takie, jakby chcieli ją podtrzymać. Karolcia również prosi nas o zrobienie podobnego. W dalszym ciągu jest bardzo ciepło, więc idziemy odpocząć w cieniu przy katedrze. Leżymy na trawie na Campo dei Miracoli ( Pole Cudów ), Jagoda biega i krzyczy ( z radości:-) dookoła, a Karolcia bawi się nowymi, kupionymi na starganie miśkami w koszulkach z napisem „ I LOVE PISA”. Oj, tak kocham Pizę !
Kilkanaście kilometrów od Pizy znajduje się małe urokliwe miasteczko Lucca. Podoba mi się już sama nazwa. Bez najmniejszego problemu parkujemy przy samym starym mieście. Idziemy w kierunku rynku, ale zatrzymuje nas zapach pizzy. W tym momencie przypominam sobie jak bardzo jestem głodna. Zabytki muszą poczekać :-)
Siedzimy przyklejeni do muru uliczki, po której jeżdżą lokalne samochody, motocykle i rowery. Miasteczko małe, uliczka wąska, a ruch jak na Marszałkowskiej. Pizzę pochłaniamy w oka mgnieniu i ruszamy dalej. Na rynku stoi piękna, kolorowa karuzela. Zauważam ją w tym samym momencie co moje dzieci. Widząc ich reakcję wiem, że zabytków już nie zobaczę, natomiast w kasie karuzeli zostawię kilkanaście euro… No i się nie mylę…
Nocleg zarezerwowaliśmy w Montecatini Terme. Właściwie trafiamy tu dzięki Karolinie, która przed wyjazdem mocno zaangażowana w nasze przygotowania, buszowała w internecie ( ma 8 lat!!!) znalazła hotel, który wyjątkowo jej się spodobał ( bo był z basenem :-) i zapytała, czy możemy w nim nocować. Sprawdziliśmy cenę i okazało się, że jest niższa niż przypuszczaliśmy.
Do Montecatini dojeżdżamy, gdy jest już ciemno. Mamy problem z odnalezieniem ulicy, na której mieści się hotel, ale w końcu, po kilku wskazówkach miejscowych, dojeżdżamy na miejsce.
Mieszkamy w samym centrum uzdrowiska! Panuje tu niesamowity nastrój. Mimo dużej ilości turystów jest tu cicho i spokojnie. W jednej z pijalni wód właśnie odbywa się potańcówka. Panowie i panie ( średnia wieku 60 lat ) tańczą przytuleni na parkiecie. Aż mam ochotę się do nich przyłączyć. Zostaję przegłosowana i idziemy na lody. Mmmmm najlepsza kolacja, jaką mogłam sobie wymarzyć.
Po śniadaniu i krótkiej wizycie na basenie idziemy zobaczyć, jak wygląda uzdrowisko w ciągu dnia.
Jest jeszcze ładniejsze niż wydawało nam się w nocy. W jednej z pijalni wód spędzamy prawie 4 godziny!!! Zachwycamy się wszystkim: fontanną z zielonego szkła, posadzką z czerwonego i białego marmuru, ręcznie malowanymi kafelkami… Nawet nie pijąc wody można poczuć uzdrawiający wpływ tego pięknego otoczenia. Mogłabym zostać tu dłużej , ale czas nas goni. Chcemy dojechać do Bologni…
Jagoda jest bardzo zmęczona. I tak wysokie temperatury znosi świetnie , ale nie chcemy męczyć jej i Karoliny. Pakujemy się do samochodu i ruszamy w dalszą drogę.
Autostradą A11 dojeżdżamy do okolic Florencji. Tu skręcamy w prawo na A1 i jedziemy w kierunku Bologni. Ruch jest umiarkowany, dlatego bardzo szybko dojeżdżamy do miasta.
30 sierpnia 2011
Wstajemy bardzo wcześnie. Na zewnątrz upał i piękne, bezchmurne niebo. Idziemy na typowo włoskie śniadanie, czyli sok, kawa, mała kanapka i ciastko. Dziewczynki decydują się na jogurt. Po śniadaniu wracamy na lotnisko żeby odebrać zarezerwowany samochód. Formalności trwają chwilę i już po kilku minutach możemy wsiąść do srebrnej Astry. Pod hotelem pakujemy bagaże ( wózek bez najmniejszego problemu mieści się w bagażniku) i ruszamy w drogę.
Pierwszym miejscem, które zamierzamy zobaczyć jest stolica Toskanii-Florencja.
Krętą i wąską drogą SS67 nie jedzie się zbyt komfortowo . Zwłaszcza za miejscowością San Benedetto in Alpe robi się mało ciekawie, bo serpentyny przypominają te, którymi jeździliśmy na Korfu. Gdy w końcu docieramy do Florencji jestem cała pospinana, zdenerwowana i … głodna.
Zaparkowanie przy centrum miasta staje się kolejnym wyzwaniem. Dookoła same jednokierunkowe uliczki. Zdesperowana po 30 minutach kręcenia się w kółko staję w miejscu przeznaczonym dla mieszkańców okolicznych kamienic, ale mój żołądek daje mi już takie sygnały dźwiękowe, że jest mi wszystko jedno, czy zapłacę mandat, czy nie. Oczywiście przekonuje Maćka, że absolutnie żaden patrol straży miejskiej podczas naszej nieobecności się tu nie pojawi. Dla świętego spokoju zgadza się.
Okazuje się, że zaparkowaliśmy tuż przy kościele Santa Croce, na którego schodach siedzą tłumy turystów. Każdy próbuje odsapnąć trochę w cieniu przed dalszym zwiedzaniem. Wchodzimy w jedną z uliczek odchodzących od placu przed kościołem i próbujemy, na czuja, iść w kierunku katedry. Przykryta wspaniałą kopułą Brunelleschiego robi wrażenie. Szybko zapominam, że jeszcze przed chwilą byłam taka głodna. Przez moment zastanawiam się nawet czy nie wejść na usytuowaną naprzeciw katedry dzwonnicę z czerwonego, zielonego i białego marmuru. Jednak informacja, że na szczyt prowadzą 414 stopnie szybko studzi mój zapał. Musi wystarczyć mi podziwianie kunsztu włoskich architektów z ziemi :-)
Po pewnym czasie głód boleśnie o sobie przypomina. Poza tym teraz i Maciek, i Karola, i Jagoda zaczynają sygnalizować, że chętnie by coś przegryźli. W końcu, w jednej z uliczek, trafiamy na maciupeńki bar, w którym dwóch sympatycznych chłopaków serwuje wino i kanapki. Miejsce jest tak małe, że jest w stanie pomieścić tylko ich. Klienci jedzą na zewnątrz. Siadają na krawężniku oraz parapecie okna sąsiadującego sklepu. Kieliszki z winem odstawiają na półki przymocowane do fasady budynku. Co za klimat! Uwielbiam takie miejsca! Zjadamy po kanapce z mozarellą i pomidorem, Maciek wypija kieliszek wina i ruszamy dalej.
Krążąc po mieście trafiamy nad rzekę Arno. Mimo natłoku turystów jest tu spokojniej niż w ścisłym centrum, przy katedrze. To dobre miejsce na chwilę odpoczynku. Patrząc na Ponte Vecchio ( Stary Most) mam wrażenie, że za moment się rozpadnie, ponieważ poprzyklejane fragmenty konstrukcji wyglądają jakby wisiały w powietrzu. Dobrze, że to tylko złudzenie, bo osobiście uważam, że to jedna z bardziej klimatycznych budowli Florencji.
Po długim spacerze czas wracać do samochodu. Miałam rację. Żadnego mandatu :-)
Droga z Florencji do Tirreni, nadmorskiej miejscowości koło Livorno, nie jest już tak męcząca. Gdy docieramy do hotelu, szybko zostawiamy w nim bagaże i idziemy na plażę.
Kanapki z Florencji zdążyły nam się już dawno strawić, dlatego po krótkich oględzinach plaży idziemy poszukać czegoś smacznego i treściwego. Prowadzeni szóstym zmysłem trafiamy do restauracji, która na pierwszy rzut oka nie wygląda wcale wyjątkowo, ale jedzenie…
Czegoś tak pysznego dawno nie jadłam!!! Zamawiamy, domowy makaron z sosem pomidorowym, pizzę z pieca na drewno, sałatkę i gnocchi. Mniej więcej przez godzinę przeżywam rozkosz :-) Boże, jak oni to robią, że z trzech prostych składników potrafią wyczarować coś tak dobrego! Potrawy są tak pyszne, że gdybym mieszkała w Tirreni na stałe, w ogóle nie zawracałabym sobie głowy gotowaniem, tylko stołowała się w tej restauracji. Obserwując innych gości dochodzę do wniosku, że chyba myślą podobnie.
Wychodząc, kilka razy dziękujemy właścicielowi za pyszną kolację.
Wieczorem, mimo wysokiej temperatury powietrza i cudnego zachodu słońca, plaża jest praktycznie pusta. Szalejemy z dziewczynkami na piasku. Jadzia chce w ubraniu wbiec do morza,a Karolina wskakuje Maćkowi na barana. Dopiero, gdy robi się zupełnie ciemno wracamy do hotelu.
23 sierpnia 2011
Tegoroczne wakacje były wyjątkowe. Zawsze staramy się, by ten okres maksymalnie wykorzystać na podróżowanie, ale takiej ilości pięknych miejsc chyba jeszcze nigdy nie udało nam się odwiedzić.
W dniu wyjazdu do Włoch rano jeszcze prowadzimy warsztaty z gotowania w klubie Tamika na Ochocie. To kawiarnia i miejsce spotkań dla mam z dziećmi. Duża, jasna przestrzeń zachęca do zatrzymania się tu na małą kawę z ciastkiem. Warsztaty kończymy o 13.00, ale prawie 2 godziny zajmuje nam zebranie się do wyjścia. Spotkanie jest tak miłe , a panie tak zainteresowane tajnikami zdrowego gotowania:-), że ciężko nam się z nimi wcześniej rozstać.
Samolot do Włoch wylatuje o godzinie 20.05, czyli na lotnisku musimy być najpóźniej o 18.00. Hmmm, mamy niecałe 3 godziny na ogarnięcie mieszkania, przygotowanie kanapek na drogę ( bo przecież nasze księżniczki 5 minut po starcie samolotu zrobią się niewyobrażalnie głodne :-) i spakowanie się. Mam bliskiego znajomego, który na samą myśl o tych wszystkich czekających go czynnościach dostałby wysokiej gorączki, ale my właściwie cały czas robimy wszystko na ostatnią chwilę, więc nawet nie jestem odrobinę spanikowana.
Dzielimy się obowiązkami. Maciek zajmuje się mieszkaniem i spakowaniem swoich ubrań, na mojej głowie zostają ciuchy dziewczynek, kosmetyki, zabawki oraz kilka własnych sukienek plus kostium kąpielowy.
Nie mam pojęcia jak nam się to udaje , ale… o 17.30 jesteśmy gotowi do wyjścia!!! Szok.
Do taksówki pakujemy trzy walizki oraz wózek, najnowszy model x-landera, który będzie nam towarzyszyć podczas całej naszej podróży. Mamy sprawdzić na własnej skórze czy x-move sprawdza się we wszystkich , nawet najbardziej ekstremalnych sytuacjach, które mogą nam się przytrafić podczas wyjazdu z małymi dziećmi. Zobaczymy…
Po otrzymaniu biletów idziemy do kontroli. Jednym ruchem zdejmujemy górę wózka oraz 4 kółka i razem z innymi bagażami oddajemy do prześwietlenia. Dół wózka, ponieważ jest bardzo szeroki, po złożeniu przenosimy przez bramkę.
Uff, po kontroli idziemy na małe zakupy w strefie bezcłowej i nagle z dwóch godzin robi się 30 minut!!! Jest późno, więc musimy biec. Nasz gate jest oczywiście na końcu hali odlotów… Standardowo złożony wózek zostawiamy przed samolotem i na pokład wchodzimy tylko z bagażem podręcznym.
Lot mija nam bardzo szybko. Tuż przed 22.00 lądujemy na malutkim lotnisku w Forli ( Bolonia), które „przetestowałam” podczas kilkudniowego wyjazdu do Włoch z moją przyjaciółką Kamilą. Lotnisko jest mikroskopijnej wręcz wielkości, a w ciągu dnia obsługuje tylko parę lotów, ale ma kilka ważnych zalet. Po pierwsze, nie sposób się na nim zgubić :-), ma kilkanaście dobrze działających wypożyczalni samochodów, a przede wszystkim w odległości 100 m od niego znajduje się mały, bardzo przytulny hotel, w którym przed wyjazdem zarezerwowaliśmy nocleg.
Jednak po dojściu do hotelu okazuje się, że popełniłam mały błąd… Przez pomyłkę dokonałam rezerwacji apartamentu, a nie pokoju. Różnica polega na tym, że apartamenty znajdują się… 3 km od hotelu, a my samochód mamy odebrać dopiero następnego dnia rano :-(
Pani w recepcji szybko uspokaja nas, że ma jeszcze wolny 3-osobowe pokój, ale musielibyśmy do niego dopłacić. Po całym dniu biegania, prowadzenia warsztatów, nerwowego pakowania jestem w stanie zapłacić za niego każde pieniądze, byle tylko móc już położyć się spać :-)
Gdy kładę się na łóżku, czuję jak powoli odpływam. Spanie? Jakie spanie? Moje plany wcale nie są na rękę ani Karolci, ani Jagodzie. Stanowczo żądają przynajmniej krótkiego spaceru. Karolcia werbalnie, a Jadzia ( jak to Jadzia :-) waląc pięściami w drzwi. No cóż, czego się nie robi dla dzieci… Powłócząc nogami wychodzę z pokoju. Jagoda jest jednak trochę zmęczona, w przeciwieństwie do Karoliny, która chce w nocy przespacerować się do centrum miasteczka ( !!!). Nic z tego, nie dam rady. Jagoda ląduje w wózku, a ja zgadzam się na wyjście pod warunkiem, że wrócimy najpóźniej za 40 minut.
Gdy wracamy do hotelu Jadzia już smacznie śpi. Karola jest trochę rozczarowana, ale obiecuję jej, że od następnego dnia będziemy bardzo intensywnie „wypoczywać”. Przed nami masa jeżdżenia i zwiedzania. Na pewno nie będzie narzekać na brak atrakcji :-)
16 sierpnia 2011
Pamiętacie swój pierwszy rower? Bo ja bardzo dokładnie. Czerwony, błyszczący, na trzech gumowych kółkach z okrągłym bagażnikiem. Małe cudo produkcji radzieckiej. Mimo to sprawdzał się znakomicie. Mieszkałam na dolnym Mokotowie, tuż obok parku Morskie Oko w Warszawie, więc terenu do jazdy miałam bardzo dużo. Niestety wszystko co dobre, szybko się kończy. Po cudownym okresie jazdy na trójkołowcu, przesiadłam się na zielonego „Pelikana”. W porównaniu z radzieckim maluszkiem ten wydawał się ogromny. Na początku jazda na „dorosłym” rowerze z bocznymi plastikowymi kółkami bardzo mi się podobała, ale ku mojemu wielkiemu przerażeniu, któregoś dnia kółka zniknęły. Za siedzeniem mój tata wbił drewniany kij i zakomunikował mi, że nauczymy się jeździć na dwóch kołach. Miałam ochotę uciec.
Nie wiem ile czasu zajęła mi nauka, ale ze strachu bardzo długo bałam się rozwinąć większą prędkość, w obawie, że ojciec mnie puści! Widziałam to już wcześniej na przykładzie innych uczących się dzieci. Z drugiej strony park już mi nie wystarczał, chciałam pojechać gdzieś dalej.
Mówi się, że jazda na rowerze jest dziecinnie prosta… Gdy już jeździsz -tak, ale sam proces uczenia nie jest przyjemny. Poobijane kolana, łokcie i ten ciągły brak zaufania do rodziców, bo przecież muszą nas oszukiwać, żebyśmy w końcu pojechali samodzielnie. Ale satysfakcja, gdy w końcu się uda jest ogromna. To jak pierwszy egzamin.
Po trudnym okresie nauki w końcu nadszedł czas na upragnione wycieczki rowerowe. Warszawa nigdy nie była rowerowym Eldorado, ale i tu miałam szczęście. Mieszkałam obok jednej z pierwszych ścieżek rowerowych w stolicy. Prowadziła do parku w Powsinie. W jedną stronę około 10 km. Dla 5-letniej dziewczynki to jak kilkudniowy maraton.
Przygotowaliśmy się bardzo precyzyjnie: kanapki, picie, kocyk, kurtki przeciwdeszczowe i w drogę. Po 2 km wpadłam na betonowy śmietnik, który stał przy przystanku autobusowym i stłukłam nogę. Bolało, ale zacisnęłam zęby i udawałam, ze nic się nie stało. Po kolejnych dwóch, w okolicach Wilanowa tata… złapał gumę… Tego nie przewidzieliśmy, ale pomógł nam jakiś pan i po kilkunastu minutach mogliśmy ruszać dalej. Limit nieszczęść wykorzystaliśmy.
Przez cały dzień jeździliśmy po lesie. Mój ojciec tylko nie przewidział jednego. Wieczorem nie miałam siły wrócić do domu. Do kierownicy przywiązał mi kawałek sznurka, który z drugiej strony zaczepił o swój bagażnik i tak holował mnie do domu. Ja byłam bardzo zadowolona, nie musiałam robić nic, poza trzymaniem kierownicy. On po powrocie do domu padł wykończony. Nigdy więcej nie pojechaliśmy razem na tak długą wycieczkę…
W liceum była moda na „górale”. Na swój wymarzony, ponownie czerwony, czekałam bardzo długo. W końcu kupiłam go za własne zarobione pieniądze. W między czasie przeniosłam się na Kabaty, więc wycieczki do Powsina straciły na atrakcyjności ( las był pod nosem), więc postanowiłam zorganizować sobie jakiś poważniejszy wyjazd.
Przejazd pociągiem z rowerami do Szczecinka ( zachodniopomorskie) wykończył mnie, ale tydzień jeżdżenia po okolicy był tego wart. Jeziora, piękne lasy i zero turystów. Przejechane codziennie kilkadziesiąt kilometrów dość mocno czułam w nogach. Najbardziej niezwykłe było zwiedzanie Borne Sulinowo, miasta, które przez wiele lat w ogóle nie było zaznaczone na mapach. W latach 90-tych, gdy opuściła je radziecka armia zaczęli się tu sprowadzać mieszkańcy z okolicznych wiosek. W miejscowym teatrze znalazłam propagandowy plakat, który chciałam ze sobą zabrać. Niestety był zbyt duży i ciężki. Musiało mi wystarczyć jego zdjęcie.
Rower górski towarzyszył mi jeszcze dość długo, aż w końcu wymieniłam go na coś bardziej stylowego. Różowy amsterdam z dużym srebrnym dzwonkiem znacznie lepiej prezentował się w zestawieniu z romantyczną sukienką i butami na obcasie. Zamontowany na bagażniku dziecięcy fotelik trochę psuł całość, ale czego się nie robi dla ukochanej córeczki. Karola w ten sposób najbardziej lubiła być odwożona do przedszkola. Przejazd przez most nad torami wyciskał ze mnie siódme poty, ale jej uśmiech nawet to wynagradzał.
Rok temu miałam przerwę. Z brzuchem wielkości piłki lekarskiej lepiej nie jeździć na rowerze. Z zazdrością patrzyłam nawet na pedałujące maluchy, ale w te wakacje zamierzam nadrobić zeszłoroczne zaległości. Już znalazłam przez internet śliczną przyczepkę rowerową. W sam raz dla mojej młodszej córeczki Jagódki. Szkoda tylko , że nie jest różowa…
8 sierpnia 2011
Pod koniec tygodnia Karolka po długich namowach zaprasza do siebie przyjaciółkę ze szkoły. Dziewczyny tak szaleją, że po kilkunastu minutach Maciek zabiera je na spacer, żeby wybiegały się poza domem. Karolcia wpada na genialny pomysł, żeby… wykąpać się w fontannie, która kilka miesięcy temu powstała na naszym osiedlu. Zabiera dwa kostiumy kąpielowe i dwa ręczniki. Dla siebie i Emilki. Zabawa jest rewelacyjna. Wracają całe mokre. Tata Emilki, gdy widzi swoją przemoczoną do suchej nitki córkę, nie wygląda na zadowolonego…
Weekend mija nam na rezerwacjach noclegów i samochodu, który będzie nam potrzebny podczas pobytu we Włoszech. Jedziemy też na drugie urodziny córki naszych znajomych. Na imprezę przychodzi bardzo dużo osób z dziećmi. Niestety w wieku zbliżonym do Jagody, więc Karolinka trochę się nudzi.
Już chyba o tym kiedyś wspominałam, ale… zupełnie nieoczekiwanie ( absolutnie o to nie zabiegając:-) ) stałam się etatową, dbającą o zdrowie swoje oraz swojej rodziny, mamą. A to powoduje, że coraz częściej mam przywilej prowadzenia różnych ciekawych spotkań i imprez z zakresu ekologii, żywienia itp. Dzięki temu tuż przed naszym wyjazdem do Włoch prowadzę spotkanie dotyczące zrównoważonej diety dla kobiet w ciąży, młodych mam i ich dzieci.
Na początku panie dietetyczki opowiadają o zalecanej ilości wody, którą powinniśmy spożywać w ciągu dnia, o produktach, których nie powinno zabraknąć w zbilansowanej diecie, o tym, czego należy unikać. Ja opowiadam o swoich doświadczeniach z okresu ciąży oraz o patentach na zdrowe posiłki dla dzieci. Po części teoretycznej ze wszystkimi chętnymi udaję się na warsztaty z gotowania.
Na pierwszy ogień idzie koktajl z pomarańczy i natki pietruszki. Panie nie wyglądają na zachwycone, ale wystarcza pierwszy łyk koktajlu, by zmieniły zdanie. Przyznają, że nie spodziewały się czegoś tak smacznego!
Potem przygotowujemy caprese z buraka i oscypka. Buraki każdemu kojarzą się standardowo z dodatkiem do schabowego i ziemniaków. Taki typowy, polski obiadek. Tymczasem wystarczy pokroić je ( najlepiej przy pomocy mandoliny) na cienkie plasterki, poprzekładać plastrami oscypka, posypać orzeszkami pini, polać odrobiną octu balsamicznego i sosu pietruszkowego i… Trzeba tego spróbować!!! To jedna z lepszych sałatek jakie jadłam!!!
Po „przystawce” czas na zupę. Chłodnik to kolejna propozycja na podanie buraków w trochę innej postaci. Przyjęło się, że chłodnik MUSI mieć w swoim składzie jajko, szczypiorek, rzodkiewkę i ogórki. Hmmmm, nasz nie zawiera żadnego z tych składników…
W zamian za to proponujemy „kursantkom” duuuuży pęczek koperku, dużą ilość startych, ugotowanych buraków ( poza botwiną),cytrynę, pieprz, śmietanę, kefir, jogurt i świeże, miękkie, dojrzałe awokado. Całość rozpływa się w ustach, nie powoduje przykrych skutków ubocznych ( odbijanie ;-) i przepięknie wygląda . Różowy chłodnik plus zielone kawałki awokado- CUDO!!!
Na zakończenie coś ciepłego.
Na samo hasło : makaron razowy, niektóre panie reagują mało pozytywnie. Na nic nie zdają się moje przekonywania, że będzie rewelacyjny. Nie są do tego pomysłu przekonane.
Maciek gotuje razowe spaghetti, a my w tym czasie robimy domowe pesto pietruszkowe. Dziewczyny nie mogą wprost uwierzyć, że coś, co w sklepie jest zapakowane w malutki słoiczek i niemało kosztuje można przygotować w tak banalny sposób, wykorzystując do tego celu np. bardzo tanią natkę pietruszki, odrobinę startego, twardego sera, sok z cytryny, oliwę z oliwek, czosnek i orzechy brazylijskie zamiast pinioli. Wszystko miksujemy na jednolitą masę i mieszamy z ugotowanym makaronem. Pesto pachnie obłędnie!!! Każdy nakłada na talerz dużą porcję makaronu. Pierwszy kęs i… słyszę znajome mruczenie :-) Czyli smakuje :-)
Ponieważ makaronu Maciek ugotował tyle, co przysłowiowego „ szarego mydła”, kilka porcji zanoszę fotoreporterom. Nie mogą uwierzyć, że w kilka minut ugotowaliśmy coś tak pysznego.
Po warsztatach pędem wracamy do domu. Pakujemy się, zabieramy wszystkie niezbędne dokumenty, bilety oraz potwierdzenia rezerwacji, zamawiamy taksówkę i… o 18.00 jesteśmy na lotnisku.
Lecimy do Włoch :-)))))
1 sierpnia 2011
Karolci ósme urodziny wypadają 21 lipca. W tym samym dniu urodziła się moja mama. Osiem lat temu podczas pierwszej wizyty w szpitalu położniczym powiedziała mi, że nie mogłam jej zrobić piękniejszego prezentu. Też tak uważam :-)
Świętujemy na działce. Wszyscy narzekają, że lato w tym roku jest wyjątkowo kiepskie, a podczas naszych wszystkich wyjazdów świeci słońce… Może po prostu wiemy, gdzie jechać.
Maciek przygotowuje tort naleśnikowy, a ja lody domowej roboty i bitą śmietanę z jagodami. Nie przepadam za słodyczami , ale te home made :-) zawsze znikają w sekundę. Karolcia dostaje kilka drobiazgów w prezencie.
Na piątek i sobotę wracamy z Jagódką do Warszawy. W sobotę mam zdjęcia, poza tym musimy złożyć papiery w urzędzie paszportowym…, bo Jadzi za kilka dni kończy się ważność paszportu. Teraz małym dzieciom co roku trzeba wyrabiać nowy, co mocno komplikuje sprawę, zwłaszcza w sezonie urlopowym. Całe szczęście nie zajmuje nam to tyle czasu , co rok temu, ale w dalszym ciągu uważam, że procedury powinny zostać uproszczone. Dzięki przymusowemu powrotowi do Warszawy udaje mi się kupić dla Karolci prawdziwy prezent urodzinowy. Wizyta w sklepie sportowym z biegającą między regałami Jagodą nie jest najłatwiejsza, ale w końcu z Jadzią pod jedną pachą, toczkiem pod drugą i wózkiem popychanym prawą nogą, zziajana i mokra docieram do kasy.
Sobotnie zdjęcia kończę przed 19, w domu jestem przed 20. Wsiadamy w samochód i na działkę dojeżdżamy koło 22. Karola jeszcze nie śpi. Z prezentem trafiamy w dziesiątkę. Następnego dnia rano nasza mała dżokejka zabiera toczek ze sobą na lekcję. Dumna wsiada na konia. Faktycznie wygląda przepięknie :-)
Lubię wychodzić gdzieś wieczorem z Maćkiem, bo mam wrażenie, że wspólne „odreagowywanie rodzicielstwa” :-) działa bardzo dobrze na związek. Nie zawsze jest to jednak możliwe, dlatego, gdy czujemy, że musimy trochę odetchnąć od „ domowego ogniska” robimy sobie wyjścia pojedyncze z naszymi przyjaciółmi. Mnie podczas takich wypadów najczęściej towarzyszy Alinka, moja przyjaciółka, którą poznałam kilka lat temu w… Hiszpanii :-)
Mamy piękny, ciepły wieczór. Zaczynamy od kieliszka białego wina w centrum Warszawy. Po godzinie przenosimy się na plac Zbawiciela, który moim zdaniem jest wprost stworzony do spotykania się ze znajomymi i plotkowania. Kilka przyjemnych knajp gwarantuje, że zawsze znajdziemy tu miejsce dla siebie i… na pewno kogoś spotkamy :-)
Zamawiamy talerz przystawek, pieczywo, oliwę oraz… butelkę włoskiego musującego wina. Mamy powód do świętowania. Zresztą z Alą zawsze znajdzie się jakiś powód ;-), bo u niej cały czas się coś dzieje! Siadamy na zewnątrz, przy małym stoliku obok drzwi.
Huk otwieranego korka powoduje, że parę osób zaczyna nam się z uwagą przyglądać. Nie jest to komfortowe uczucie, ale…
Po godzinie zaczynają pojawiać się znajomi Ali. Przychodzą wznoszą z nami toast i przemykają do kolejnych zauważonych osób. Mam lekkie wyrzuty sumienia, że ja tu się świetnie bawię, ą Maciek w tym czasie pewnie próbuje uśpić nasze księżniczki… Dzwonię. Już dawno śpią !!! Uff..
Koło 23 wsiadam w taksówkę i po kilkunastu minutach jestem w domu. Kolejny dzień należy do Maćka :-) On wybrał wyjście poranne. Ja dopieszczam moją duszę , a on ciało. Na regularne ćwiczenia ciągle trudno mi się zdecydować. Wieczorem ponownie Maciek zostaje w domu, z Jagódką, a ja zabieram Karolcię na premierę nowych przygód … „Kubusia Puchatka”. Film może trochę zbyt dziecinny dla Karoliny, ale z Jagodą takie wyjście byłoby jeszcze zbyt ryzykowne. Poza tym lubię takie nasze wypady sam na sam. Możemy wtedy na spokojnie porozmawiać, a w kinie kupić wielką paczkę popcornu.
Wbrew moim oczekiwaniom film jest bardzo fajny, a Karolina wcale nie wygląda na znudzoną. Po kinie wracamy prosto do domu, bo w czwartek, od rana cały dzień mam zdjęcia w serialu Hotel 52.
Jestem szczęściarą, bo jakimś cudem udaje mi się być najprawdziwszą Matką Polką. Tylko sprzątanie nie jest moją mocną stroną :-)))))))))))))))))))))))))))
25 lipca 2011
W sobotę, w dniu naszego wyjazdu z Sasina pogoda jest tak ładna, że ciężko nam zdecydować się na powrót do Warszawy. Pakujemy samochód i z bagażami jedziemy do Dębek.
Podejrzewam , że to miejsce kiedyś wyglądało podobnie jak Sasino. Kilka domków lokalesów, jeden sklep spożywczy, budka z lodami i goframi i koniec. Teraz przez Dębki trudno przejechać, a jeszcze trudniej… znaleźć miejsce do zaparkowania. W końcu zostawiamy auta na polu namiotowym „Kaszub”, na którym spaliśmy pod namiotem z Karolką 2 lata temu. W porównaniu z Sasinem stąd nad morze jest raptem kilka kroków :-) Do samej plaży prowadzi ubita ścieżka, która na wysokości wydm, gdzie piasku zaczyna przybywać, wyłożona jest chodnikami z gumy. Przeprawa nawet z wózkiem to tutaj bułka z masłem. Niestety przy samym wejściu usytuowana jest ogromna scena, z której nawet w ciągu dnia dochodzi muzyka. Dla młodzieży to z pewnością atut, dla rodzin z malutkimi dziećmi- niekoniecznie. Dlatego odchodzimy jakieś 200 m dalej. Szczęśliwie zaraz po rozstawieniu parawanu muzyka zostaje całkowicie wyłączona. Ktoś nam czyta w myślach :-) Miejsce jest genialne dla małych dzieci, bo woda jest tu dość płytka. Jadzia szaleje, Karola z Łucją też, tylko Alinka nie daje się przekonać nawet do zmoczenia stópek.
Na plaży jesteśmy do 17.30 Potem gofry, zapiekanki, owoce na drogę i o koło 19.00 ruszamy do Warszawy.
Wracamy tą samą trasą, tylko Jagódka bardziej dokazuje niż poprzednio. O 1.00 w nocy już leżę w łóżku w moim kochanym mieszkanku, by o 9 rano w niedzielę stawić się na zdjęciach w Chyliczkach. Cudowny urlop i powrót do cudownej pracy, love it!
W Warszawie nie zostajemy zbyt długo. W ciągu trzech dni załatwiamy większość spraw służbowych. Przy okazji ustalamy plan wyjazdu z x-landerem. Kupujemy bilety, bookujemy hotele, Jadzi robimy zdjęcia do nowego paszportu… Podczas naszej wyprawy odwiedzimy Włochy, Portugalię i Hiszpanię. Już się nie mogę doczekać. Dociera do nas także długo wyczekiwany nowy model wózka, który mamy zabrać ze sobą i przetestować. Jest duży, w kolorze limonki, na wielkich pompowanych kołach, z mnóstwem udogodnień . Już go lubię!
W środę późnym wieczorem jedziemy na działkę.
Sezon już w pełni, ale jest tu wyjątkowo cicho. Czyżby sąsiedzi wybrali urlop w ciepłych krajach?
Pogoda idealna. Karolina w prezencie urodzinowym od swojego chrzestnego kilka dni wcześniej dostała super basen. Po długich poszukiwaniach w końcu w piwnicy udaje mi się znaleźć pompkę. Do pompowania angażuję dzieciaki. Wyrywają sobie ją z rąk, a ja mam problem z głowy :-)
Nalewamy wodę i już można się kąpać. Woda jest lodowata, ale to nie przeszkadza dziewczynkom. Temperatura powietrza jest tak wysoka, że sama z przyjemnością do nich dołączam :-)
Jagoda skacze i nurkuje, trochę się o nią martwię , bo przecież nie umie pływać, ale w ogóle nie pozwala się dotknąć, więc pozostaje mi tylko bacznie ją obserwować, żeby nie zrobiła sobie krzywdy.
Karolina z Łucją w sierpniu miały wyjechać razem na pierwszy obóz jeździecki. Ze względu na nasz wyjazd do Włoch, Karolka nie może wziąć w nim udziału, dlatego proponujemy dziewczynkom, że będziemy je wozić codziennie na konie do stadniny w Bindużce. Karola od dwóch lat przyjeżdżała tam sporadycznie, więc pomysł bardzo jej się podoba. Trafiamy na instruktora Jarka. Już po kilku pierwszych minutach widać, że ma świetne podejście do dzieci. Dziewczynki słuchają go, wykonują wszystkie, nawet bardzo trudne polecenia. Pierwsza jazda trwa krótko, żeby małe nóżki się przyzwyczaiły :-) W ciągu następnych dni, panny robią oszałamiające postępy. Cudownie się na nie patrzy. W aksamitnych toczkach na głowie maszerują wyprostowane.
Laura jest bardzo spokojnym i kochanym konikiem. Łucja z Karolą uwielbiają ją. Przynoszą jabłka, trawę i nawet po skończonych zajęciach długo głaszczą i rozmawiają z nią :-) Nasza córeczka oczywiście powraca do tematu związanego z kupnem własnego konia. Okazuje się, że kupno i utrzymanie konia poza Warszawą wcale nie jest takim nieosiągalnym marzeniem. Jeżeli ta pasja okaże się długoterminowa to… może, może…
Tymczasem z radością patrzę jak moja córeczka z czułością pielęgnuje Laurę, czesze ją, karmi. Jest w tym coś wzruszającego, gdy widzi się tak małe dziecko, które z troską zajmuje się tak dużym zwierzęciem i nie odczuwa przy tym najmniejszego strachu.
18 lipca 2011
Praca na planie pochłania mnie bez reszty. Nie przyjeżdżam na zdjęcia codziennie, ale i tak sprawia mi to tak ogromną przyjemność, że mogę bez końca o tym opowiadać. Mimo nadal znajduję czas na kończenie książki i mamowe obowiązki :-) Cóż, im mniej czasu, tym lepsza organizacja. Ta prosta zasada u mnie zawsze się sprawdza. Między 4 a 9 lipca nie mam zdjęć. Zapowiadają całkiem przyzwoitą pogodę, więc szybko wyszukuję w internecie jakieś wolne pokoje nad morzem. Mam jedno ulubione miejsce, którym jest miejscowość Sasino. Bardzo szybko znajduję super domki z aneksami kuchennymi ( będziemy mogli dalej pracować nad książką, a przy okazji trochę poleżeć na plaży!). Ciekawe czy są jeszcze wolne miejsca. Szybki telefon. Odbiera bardzo sympatyczna pani. Tak, właśnie zwolniły się dwa. Super. Rezerwujemy jeden i dajemy sygnał Bartkowi (Maćka brat). Może jemu też uda się wyjechać w tym terminie. Karola uwielbia wyjazdy w towarzystwie Łucji. Bartek z Dominiką też podejmują natychmiastową decyzję. Świetnie, spędzimy cudowny urlop nad morzem w rodzinnym gronie.
3 lipca cały dzień mam zdjęcia. Pogoda nas nie rozpieszcza. Praktycznie cały czas pada, a my mamy do zgrania same plenerowe sceny… Do domu docieram tuż przed 19.00, do walizki wrzucam same niezbędne rzeczy. O 20.45 wyruszamy nad morze. Kilka minut po opuszczeniu parkingu dzwoni do nas Bartek, który do Sasina wyjechał o 11.00. Mówi, że siedzi właśnie na tarasie i podziwia zachód słońca. Pyta, gdzie już jesteśmy. Gdy odpowiadam, że jeszcze na Bemowie, nie może opanować śmiechu. Oni jechali nad morze 9 godzin z przerwami… Czyli dotrzemy koło 6 rano? Nieeeeeee!
Po wyjechaniu z Warszawy szybko orientuję się, że nam podróż zajmie zdecydowanie mniej czasu.
Ruch jest znikomy i przestało padać. Jedziemy zupełnie inną trasą niż zazwyczaj i w ten sposób udaje nam się zaoszczędzić mnóstwo czasu.
50 km przed Trójmiastem, koło godziny 24 Maćkowi zamykają się oczy ze zmęczenia. Zmiana. Przesiadam się na miejsce kierowcy. Maciek zasypia, a ja docieram o 2 w nocy na miejsce. Jesteśmy w Sasinie, ale mamy problem ze znalezieniem naszych domków. Błądzimy po okolicy pół godziny. W końcu zdesperowany Maciek na moją prośbę dzwoni do Bartka, który z latarką wychodzi nam na przeciw. Udaje świetlika… Kurcze, byliśmy tak blisko, ale po ciemku nic tutaj nie widać.
Koło 3.00 nad ranem, w wygodnych łóżkach możemy w końcu położyć się spać.
Dzieciaki budzą nas już o 8 rano. Nawet nie jestem zła, bo i tak chcę jak najszybciej pójść na plażę.
Samochodem dojeżdżamy na parking, a stąd czeka nas 1,5 km spacer nad morze.
Pogoda jest cudowna. Mijamy wydmy, widać wodę. Jest pięknie i praktycznie pusto! Poza nami znajduje się tu może 20 osób. Rozstawiamy parawan i rozkładamy koce. Już tak niewiele dzieli mnie od błogiego odpoczynku. Maciek pierwszy decyduje się na pilnowanie Jadzi, więc mam chwilę na poczytanie książki. Zabrałam ze sobą cienkie opowiadanie Marqueza, więc jest szansa , że przez 6 dni uda mi się je skończyć :-) Po 20 minutach zmiana. Teraz moja kolej. Idę z Jagodą na spacer wzdłuż plaży. Po kolejnych 20 minutach zasypia na rękach. Huraaaaa, Jaga do wózka i mogę wrócić do czytania książki!
Po kilku godzinach nad morzem jesteśmy tak głodni, że decydujemy się na obiad w restauracji. Gotować zaczniemy od jutra. W Sasinie jest jedna bardzo dobra knajpa – „ Ewa zaprasza”. Nazwa dość specyficzna, ale jedzenie jest świetne. Wybieramy z menu wszystkie wegetariańskie dania obiadowe plus sałatki i deser. Jesteśmy naprawdę głodni.
Jedzenie nie jest tak smaczne jak ostatnim razem, ale wychodzimy wystarczająco usatysfakcjonowani.
Kolejne dni mijają nam na wycieczkach do Lubiatowa, Lęborka i Dębek. Pogoda w kratkę, ale i tak udaje nam się opalić i wypocząć. Okolica zachęca do biegania po lesie ( raz, moje 30 minutowe poranne bieganie kończy się prawie 3-godzinnym błądzeniem po okolicy), wycieczek rowerowych ( podczas jednej z nich ścieżka nagle kończy się w lesie, nie lubię zawracać, więc z Karolcią przedzieram się przez godzinę przez pokrzywy i niezaznaczone na mapie strumyki…), zbierania grzybów ( znajduję jednego prawdziwka…) oraz jagód, które wyjątkowo smakują naszej Jagódce :-) Gdy nie mamy siły na eskapady po okolicy leżymy w ogródku przed domkiem, a dzieci bawią się na palcu zabaw lub huśtają na hamakach. Znalazłam idealne miejsce na rodzinny urlop i mam zamiar regularnie je odwiedzać :-)